poniedziałek, 20 października 2014

Szafiarskie ostatki. Prawie

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Ostatnimi czasy lekko się zamotałam w różnych projektach "pracowo-marzeniowych", tak mogę je nazwać, i w związku z tym żaden z nich nie szedł, jak należy. W przypływie obłędu byłam nawet bliska jednemu z nich poświęcić niedzielę. Jedną, drugą... I jeszcze jedną, i jeszcze drugą. Bo o wolnych sobotach dawno już z konieczności zapomniałam. Na szczęście dość przyzwoitym refleksem wykazał się mąż, który wywiózł mnie z domu do parku. Prosty sposób na odcięcie od ciut za bardzo wciągającej wirtualnej (choć zawodowej) rzeczywistości. A jaki skuteczny!


No i właśnie dzięki temu mogłam odbyć małą podróż w czasie do dnia 3 września, kiedy to tak byłam ubrana, a fotki nie miał kto zrobić. Bo faktycznie zdjęcie zrobione jest 12 października. Ale ci, co już jakiś czas swoimi odwiedzinami mnie tu zaszczycają, wiedzą o trochę pożądanym, a trochę upierdliwym imperatywie wewnętrznym (buahaha), że jak wszystko, to wszystko, bez wyjątków, choćby i z miesięcznym (lub większym) poślizgiem. Niech Was to nie przestrasza. Ja mam w zanadrzu jeszcze dwie takie zaległe, z czego jedną sprzed ponad dwóch miesięcy, a co! Ale to potem, jak się okazja do przebieranek trafi:)

11 października. Zestawik tyleż znany i zgrany, co ulubiony, choć bluza to łup lidlowy całkiem świeży. Trochę mnie to uwiera, bo miałam nic przez rok nie kupować, ale z drugiej strony, jak się trafia bluza i-de-al-na za trzy dyszki, to grzech w imię wydumanej idei nie kupić, kiedy się jej naprawdę potrzebuje, bo się starą po dwudziestu ponad latach z domowej na śmietnikową awansowało. A przeszłości ubywa... Jak miałam 19 lat, to w tym burzonym obecnie przybytku świętowałam osiemnastkę o rok młodszej koleżanki, bo toto było wtedy prawie nowe i miało w sobie dyskotekę. Prawie nową. Że o przebojach nie wspomnę:)

12 października. Tu zestaw też już widziany, tak zwany "roczkowy". Czasem się tak przebieram. Sama nie wiem czemu, do pracy już tego nie potrzebuję, najbliższa impreza to komunia najmłodszego za lat dobrych parę, a to w szafie wisi i się nie kurzy, bo folią przykryte. A pochodzi z komunii średniego, czyli sprzed lat trzech. No więc przebrałam się i już. A po południu wywieziono mnie do naszego wspaniałego (ale całkiem serio) parku, gdzie i kurortu pozostałości, i pijalnia wód, i "łazienki", i alejki, i jary, i wąwozy, i mostki, i rzeczki, i kasztanowce jadalne, i trochę egzotycznych drzew oraz plac zabaw. Były kurort. Co się zowie. Były. Jest gdzie się kulturalnie poszwendać. No i tam się udając, zafundowałam sobie podróż w czasie do 3 września, co na pierwszej fotce jest:)

14 października. Tak się z dziecięciem najmłodszym do osiedlowego sklepu chadza, kiedy trochę pada, a trochę nie pada, ale blisko jest, to się da nawet troszkę zmoknąć:). Tu baleriny też są nowe, bo stare się na podeszwach przedziurawiły, już się tłumaczyłam z tego nieplanowanego zakupu:)

18 października. Destrukcja najwyższego (haha) budynku w mieście postępuje. Dobiegają mnie stamtąd budzące grozę pomruki, bo to całkiem niedaleko. Widzę, że już nieźle się przechylił, ale jeszcze trochę go stoi:). Ciekawe doświadczenie, obserwować, jak wielka łycha grzebie w kolorowych pokojach i rujnuje ten mało subtelny "przepych" wczesnych lat 90. Ciuchy znane, to nie ma o czym mówić:)

19 października. O, to komplet prawie identyczny z jednym z pierwszych, które niefrasobliwie zatytułowałam "Potrzeba nudy w modzie". I się doczekałam. Ataku wejść z rozbieranych witryn, na których ktoś mnie pooznaczał. Byłam bliska decyzji o zamknięciu bloga, a to był dopiero początek, prawie rok temu. Poszło o niewinne słówko "nudy". No więc w ostatnią niedzielę wściekła zarzuciłam to na siebie  po raz kolejny, choć przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej, bo nie wyglądam w tym na moje hmmm...dzieści, tylko na sto hmmm...dzieści. I tak samo się czuję. Ale jak się ma coś na sznurku mokre, coś w pralce jeszcze suche, coś w koszu na pranie, a coś w szafie, a w dodatku pogoda nie rozpieszcza, to takie są właśnie efekty. Błe!
A wczoraj po południu znów było inaczej, bo się pogoda zmieniła i się sandałkowe ostatki odprawiało, ale o tym następnym razem:)

26 komentarzy:

  1. W imię idei można wiele nawet kupić ubrań kilka:) lub kilka naście tak jak u mnie:) . Ja nawet nie podejmuję się takiego zadania jestem zakupoholiczką jestem chora jak coś nie kupię:( . Podoba mi się bardzo bardzo pierwszy zestaw taki klasyk ponadczasowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Zakupoholiczko:))) Ale nie wierzę w ten nałóg:)

      Usuń
  2. MY, macie w mieście prawie krzywą wieżę, tylko nie wierzycie? Troszkę się zaniepokoiłam kolejną zajętą niedzielą, Odpoczynku Ci życzę więc :))) Pa, B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatka, wiesz, że dawno tam nie byłam, więc może już nie mamy:) Tak sobie próbowałam tłumaczyć, że jak dla marzeń, to nie praca, więc i niedzieli nie szkoda, ale to ślepa uliczka jest, bo w ten sposób można wytłumaczyć prawie każdą pracę. Więc nie. Nie:)

      Usuń
  3. Chyba schudłaś od tej pracy... Ps. Moje baleriny, które mam takie same też się zaczynają dziurawic od spodu, to ich ostatnia jesień...gdzie znajdę takie... a sandałki to we wrześniu pożegnałam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich nie znajdziesz. A jak znajdziesz, daj znać, to ja też kupię:) Bo wygodniejszych w życiu nie miałam. Schudłam? Od pracy? Toż ja nic, tylko siedzę i jem. Fotograf życzliwy:)

      Usuń
  4. szare spodnie, wąskie i na sportowo i na elegancko super

    OdpowiedzUsuń
  5. 11 pażdziernik - o, to bym brała!

    Lapidarnie aż do bólu dziś, ale co począć, Pani, co począć. Znów mam czas burz i naporu (w robocie, w robocie tylko, co należy czytać: ufff...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 - ulubione. Wszystko inne zakładam, bo mam. A na to zawsze szukam pretekstu, żeby znów. Roboty dobrze, że dużo, byle wyzysku nie było. Jak co rano o szóstej siadam przed kompem i zaczyna mi się nie chcieć, to sobie przypominam, że alternatywą jest codzienny sprint o tej samej porze, bieg do ula, szarpanie, nerwy, bieganie, hałas, stres, pretensje, konferencje, zebrania, imprezy i to całe... Słowem - wraca mi trzeźwe myślenie i ni z tego, ni z owego pada hasło: "O rany, jakie ja wspaniałe życie prowadzę!". Na co mąż znad talerza z płatkami wznosi głowę i patrzy dziwnie, ale tylko przez sekundę, bo zaraz łapie, o co chodzi, i rzuca: "Nooo". Jest bosssssko! I w miarę stabilnie:)

      Usuń
  6. Chciałam wyróżnić, któryś z ubrań, ale nie da się, masz świetny styl :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dziękuję bardzo:))) Jak to miło przeczytać, bo ja to tak kombinuję, jak mogę:)

      Usuń
  7. Jak zwykle jesteś świetna. No i zazdroszczę Ci figury. Super. Przyznaj się: czy masz w szafie coś, co omijasz szerokim łukiem i nigdy nie zakładasz, a wyrzucić szkoda, bo dobre i do tego drogie było? Ja takie mam - przede wszystkim kostiumy z poprzedniego wcielenia zawodowego. Solidne, w doskonałym gatunku i drogie były. Nie noszę, bo nie lubię i już nie muszę, a wyrzucić szkoda.
    Pozdrawiam serdecznie :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aśka:) Kopę lat! Mam w szafie rzeczy, których nie lubię, a wyrzucić szkoda. Zwykle omijam szerokim łukiem, ale czasem się w nie przebieram. Chyba z poczucia obowiązku (śmieszne) albo z braku laku. Wyrzucić szkoda, bo czasem, gdy nie ma co założyć, to jest co z czeluści wyciągnąć:) Uściski!

      Usuń
    2. ale dlaczego od razu wyrzucić?
      można oddać.
      zapewne znajdzie się ktoś, komu się przydadzą.
      uważam, że nie ma sensu na siłę niektórych rzeczy trzymać "na zaś", mimo ich jakości itp.

      Usuń
  8. Stylizacja ,,roczkowa,, wspaniała, świetny żakiecik.Jak juz kiedys pisałam szafa to moja ulubiona dziedzina więc teraz czekam na jesienno zimowe stylizacje -wiolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Wiolina, to jest zabawa obliczona na rok:). A zaczęła się chyba 26 października 2013, o ile dobrze pamiętam. To się kończy i to wielka ulga dla mnie. Bo ja już wszystko pokazałam, co mam. I to niejeden raz:) I co teraz? Wszystko w zakładce "Co w szafie piszczy":)))

      Usuń
    2. Wszystkie stylizacje widziałam!:) mam jednak nadzieję że zakupisz coś nowego i pokażesz,przecież nadzieja umiera ostatnia.

      Usuń
    3. A to jest myśl! Zakupy! :))) Zrobię wpis podsumowujący, to się pochwalę, co mi się rozpadło, rozsypało i czego już nie ma. Teraz czekam na jednego świętego, gwiazdkę z nieba albo na świąteczną wypłatę:)
      I naprawdę chyba Cię posłucham. Jak coś dokupię, to się zaraz pochwalę i będę obnaszać, fotki pstrykać i na blogu przynudzać:) Dzięki za podpowiedź! Oraz za chęć zaglądania:)))

      Usuń
  9. pierwszy i przedostatni zestaw- bardzo z mojej bajki!
    też zazdroszczę figury, bo moja coś nie chce wrócić do starej formy :<

    OdpowiedzUsuń
  10. Popieram dziewczyny,ze figura idealna.Najbardziej do gustu przypadl mi 2 zestaw:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!:) Ja też najlepiej czuję się w drugim. No ale co to będzie, jak mi pięćdziesiątka stuknie? W czymże ja, biedna, będę chodzić?

      Usuń
  11. Oj tam, za dziesięć lat przytyjesz, kasa będzie, bo napiszesz kilka książek i na różne Versacze i Bottegi Venety będzie Cię stać ;)
    Serdeczności, Kaśka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ładne perspektywy:) Kilka książek w zamian za kilka kilogramów? Albo odwrotnie. Do tego stopnia nie siedzę w temacie, że nie wiem, kto to Bottega Veneta:). Uściski!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.