czwartek, 20 listopada 2014

Co warto czytać dzieciom - cz. 2

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

W poprzednim poście pt. "Co warto czytać dzieciom" obiecałam opisać kolejną po "Franklinie" książkę, po którą moim zdaniem warto sięgnąć, by czytać ją dzieciom, i którą proponowałam podczas kursu dla rodziców i nauczycieli na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania im. Stefanii Światłowskiej, gdzie bywam moderatorką.

 


A zatem jako moderatorka (od trzech lat), jako oficjalna Ambasadorka Mądrego Wychowania (od pięciu lat) i koordynatorka kampanii "Cała Polska czyta dzieciom" (od lat dwunastu), w pełni świadoma praw i obowiązków:), piszę, co następuje, i to już naprawdę koniec autopromocji:). Teraz będzie promocja czytania dzieciom dobrych książek zamiast koszmarków o disneyowskich księżniczkach i innych potworkach.

Proszę bardzo, oto wspomniana wcześniej książka: "Rico, Oskar i głębocienie" Andreasa Steinhöfela. Oraz dwa tomy kontynuacji.
Wspominam o tej książce, gdyż bardzo pochlebnie pisała o niej Joanna Olech w "Magazynie Literackim" Nr 10-11/2011 - dodatku do "Tygodnika Powszechnego" ( i żadna to reklama, bo mowa o numerze sprzed prawie czterech lat, a dziś to już nie ten sam "Tygodnik", niestety). W ogóle polecam Wam ten dodatek (pojawia się z "Tygodnikiem" raz na miesiąc), ponieważ można w nim znaleźć doskonały wybór książek do czytania dzieciom. A Joanna Olech pisze o nich w taki sposób, że od razu mam ochotę zrobić napad na najbliższą księgarnię.

Ale do rzeczy - dwaj główni bohaterowie to: "głęboko utalentowany" Rico i "wysoce uzdolniony" Oskar, a za rekomendację niech posłuży fragment recenzji pomieszczonej we wspomnianym wyżej piśmie:

Tytułowy Rico to chłopiec "głęboko utalentowany", jak sam o sobie mawia. Słowo "utalentowany" brzmi lepiej od słowa "upośledzony", a tak nazywany jest w szkole specjalnej...
Rico przywykł do samodzielności, bo jego mama pracuje w nocnym klubie. Jest dociekliwy i spostrzegawczy. Nie radzi sobie z liczbami, myli kierunki i jest bezradny, ilekroć w życiu zawodzi prosta logika (czyli często). Poznajemy go letniego poranka, w przededniu wakacji, kiedy znajduje na chodniku przed domem samotną rurkę makaronu rigatoni i próbuje odgadnąć, skąd się tam wzięła. W tym celu odwiedza kolejno swoich sąsiadów, z których żaden nie przypomina stereotypowych dorosłych z wypisów szkolnych. Porzucona przez męża kobieta w depresji; wymuskany gej; zapuszczony, złośliwy zrzęda; nadużywający bimbru dozorca; młody wałkoń, wielodzietna, nieznośnie hałaśliwa rodzina... wszyscy oni sportretowani zostają przez Rico z dobroduszną skrupulatnością, pozbawioną jadu.
Zagadka makaronowej rurki pozostaje niewyjaśniona, ale detektywistyczne talenty Rico mają szansę przydać się w śledztwie w sprawie kidnapera, który terroryzuje Berlin, porywając dzieci dla okupu. W dniu, kiedy mama wyjeżdża, nagle wezwana do chorego brata, "głęboko uletentowany" Rico spotyka "wysoce uzdolnionego" Oskara - chłopca w motocyklowym kasku, o problematycznej urodzie i z obsesją na punkcie bezpieczeństwa. Bystrzak Oskar i nie-dość-rozgarnięty Rico  zaprzyjaźniają się, przyciągani ku sobie przeciwieństwami. Ale znajomość nie trwa długo, bo Oskar znika. Wszystko wskazuje na to, że padł ofiarą porywacza.
[...] odmieńcy budzą szczerą sympatię i podziw, obdarzeni są osobowością, sportretowani z poczuciem humoru i bez uszczerbku dla godności. Pomysł, aby "trudny" temat ożenić z sensacyjną fabułą, wydaje mi się znakomity - dzięki temu konceptowi łątwo obronić tezę, że "inność", jakkolwiek budzi nasz lęk, jest drugą, nieznaną stroną  t a l e n t u  i potrafi przynosić nieoczekiwane pożytki.

Tyle Joanna Olech. Wybaczcie, wiem, że to kilkuletnia "staroć", ale nie mogłam się powstrzymać, żeby o tej książce nie wspomnieć. A czytałabym ją dzieciom tak od zerówki albo i młodszym, zależy, czy ktoś im od urodzenia czytał i jak bardzo są czytelniczo wyrobione. W porównaniu z "Franklinem" obrazków niewiele, ale za to kapitalne dopiski w ramkach! Idealnie kontynuują temat dwie kolejne części serii: "Rico, Oskar i złodziejski kamień" oraz "Rico, Oskar i złamanie serca".

Jeśli natomiast chodzi o to, dlaczego akurat tę książkę wybrałabym dla dziecka chorego, z niepełnosprawnością, z upośledzeniem, o specjalnych potrzebach edukacyjnych.... No cóż...  Chyba nie brałabym wcale pod uwagę upośledzenia ani tzw. specjalnych potrzeb edukacyjnych. Nie dlatego, że je lekceważę, tylko właśnie z tego powodu, że je szczególnie szanuję i staram się im sprostać, jak umiem. Sądzę, że specjalistyczną terapią, reedukacją, rewalidacją, a także wszystkim, co trzeba, zajmują się na odrębnych zajęciach specjaliści, którzy stosują specyficzne metody do specyficznych potrzeb. Natomiast kwestia czytania jest jednak czymś trochę innym. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć z publikacji pp. Koźmińskiej i Olszewskiej oraz polegając na własnej intuicji i logice, jeśli książka ma pomagać w rozwoju, to nie może być idealnie "wstrzelona" w poziom dziecka, lecz powinna go wprowadzać w świat w taki sposób, aby to dziecko (każde, nie tylko to o specyficznych potrzebach) musiało do niej choć trochę "stanąć na palcach", ponieważ to je rozwija. Mam poważne wątpliwości co do różnicowania lektur ze względu na upośledzenie, niepełnosprawność itp. u dzieci. Oczywiście należy lekturę różnicować i do dzieci dobierać, ale raczej nie wg tego kryterium, tylko np. ze względu na zainteresowania, lęki, sytuację życiową (rozwód rodziców, choroba w rodzinie i in. - bajki terapeutyczne) albo choćby porę dnia, porę roku i milion innych powodów. Uważam, że przynajmniej w tej dziedzinie nie należy wznosić kolejnych barier oddzielających świat tzw. normalny (przepraszam za słowo) od świata dzieci odmiennych czy też "głęboko utalentowanych" lub chorych. Czytanie powinno te bariery obalać, stwarzać możliwość ich przekraczania, zarówno przez dzieci tzw. specyficzne, jak i zwykłe. A przepraszam za to nienormalne(sic) słowo, bo nad definicją normalności wielu mądrych się już biedziło, ale jeszcze żaden nie stworzył wiarygodnej, a te, które istnieją, stale są weryfikowane przez życie.
Znów wyszło mi długo nad miarę, wiem, ale jeśli chodzi o książki, to dostaję słowotoku.

PS Niektórzy trochę się dziwią, że piszę o starociach, że rzadko i że tak się nie da współpracować z żadnym wydawnictwem. Otóż właśnie ja nie współpracuję z żadnym wydawnictwem, a książki, o których piszę, to moje osobiste wybory. A czemu nie krytykuję? Ponieważ piszę tylko o tych, które uważam za opisania warte. Innych nawet do końca nie czytam. Szkoda życia:) I Wam tę metodę polecam!

15 komentarzy:

  1. "Innych nawet do końca nie czytam. Szkoda życia:)"

    Sic!

    Żadna siła nie zmusi mnie tracenia nad czymś życia dla idei bez idei.

    I uwielbiam powroty do starych książkowych przyjaciół :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A głaszczesz ich po grzbietach, kiedy nie masz czasu czytać? Bo ja tak:) Przechodzę obok regału, jak idę "do pracy", czyli do pokoiku najmłodszego, czasem nie mogę przejść obojętnie:)

      Usuń
    2. Uch. Nie głaszczę.

      Jakby Ci to powiedzieć...

      Kurzu tyle, że Sherlock Holmes byłby w ekstazie.

      Usuń
    3. A u mnie starszaki na zmianę ścierają:)))))))))))))))))))))))))
      Widzisz, jak się z tego cieszę?

      Usuń
  2. Podpisuję się pod ostatnimi zdaniami, bo ze mną jest tak samo! Jeśli opisuję książki warte przeczytania, robię to tylko z tymi, które mnie zachwyciły. Na inne szkoda mi życia i niepotrzebnych słów. A jednak te podobieństwa, droga My:)
    Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą książką, choć swoim chłopcom czytam od kołyski (teraz już obaj pochłaniają książki, traktując je z ogromnym szacunkiem, a każde wyjście do księgarni jest naszym małym, prywatnym świętem), ale po Twoim opisie uważam, że jest warta przeczytania. Jak myślisz, czy dziewięciolatek dobrze się w niej poczuje? Pochłania naprawdę grube tomiska, obecnie jest na etapie Pana Samochodzika.
    Droga My, dobrze, że jesteś!
    Pozdrawiam Cię bardzo ciepło:)
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, myślę, że Twojemu Synowi spodoba się ta książka, a nawet jej kolejne części. Mojemu w tym wieku podobała się, siostrzenicy również. Chyba została dobrze napisana:), no i edycja jest przyjazna dla takiej "przed-młodzieży". Pan Samochodzik to ładny kawałek mojego dzieciństwa, nawet się biblioteki na sąsiednim osiedlu zapisałam, gdy się w mojej seria urwała i dalszych części nie było.
      Podobieństwa między nami są, bez dwóch zdań:). Ale przyznasz, że kiedyś księgarnie pachniały trochę inaczej? Zdarzało mi się wchodzić, stawać pośrodku i wdychać ten zapach. Raz na jakiś czas szłam się nawąchać:). Teraz kupuję raczej przez internet, o wiele taniej, ale to już nie to.
      Mocno Cię ściskam:)

      Usuń
  3. Musze o niej koniecznie pamiętać przy kolejnym zamówieniu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam na wnuka jakiegoś - tyle nowych książek dla dzieci wyszło przez ostatnie 20 lat, że aż żal, że ich nie przeczytałam :)

    Ściskam serdecznie i mocno :) B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w dzisiejszych czasach ciężko o wnuki:)

      Usuń
    2. Potwierdzam, moja córka nawet nie chce ze mną podejmować tematu wnuków. Odpowiada: Tak, tak, Ty w moim wieku miałaś już mnie i Łukasza. No o tyle o bajkach :)


      ale chętnie czytałam literaturę młodzieżową, zaczekam aż podejmiesz temat :)

      Usuń
  5. Dzięki Tobie będę miała bogatszą biblioteczkę no dobra nie ja a Jaś:) . Co do dzieci "odmiennych" to szykany itp se strony rówieśników są winni rodzice . Mnie to bardzo boli bo ludzie nie są tolerancyjni,nie akceptują inności :( . Takie rzeczy się wynosi z domu . Wczoraj koleżanka opowiadała o tym jak jej synek 6=latek opowiadał,że jego koledzy się śmieją z kogoś bo ma kanapkę z dżemem i mówią,że to kanaka dla biedoty,albo,że matka Ci kupuje ciuchy w ciucholandzie :( .Bardzo smutne takie 6-letnie dziecko musiało to usłyszeć od dorosłych i już tak wcześnie się uprzedza . Nie wiem co o tym myśleć czasem mam wrażenie,że świat schodzi na psy . Odbiegłam od tematu z książki,na chore dzieci a potem na biedne dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Jaś skorzysta:)
      Agnieszka, co do dalszej części Twojego komentarza, to - jak widać - biedota umysłowa i mizeria moralna szerzy się i nie zamierza zniknąć. Ale chwast zawsze spod ziemi wylezie, i bez podlewania przetrwa. Szkoda, że dobro przy okazji zagłuszy. Chyba czas wracać do oświaty:) i powychowywać trochę. Zawsze dawało mi to poczucie, że coś dobrego robię, bo takie podłe zachowania można logicznie zdyskredytować i ośmieszyć, a na ośmieszanie ludzie bardzo wrażliwi są. Przy czym podkreślam: ośmieszyć podłe zachowania, ale oszczędzić zachowującego się, wszak człowiek nie chwast, wyrwać go nie można, "przerobić" na lepsze trza:) No i widzisz, jaka ze mnie gaduła? Książki i wymądrzanie się o wychowaniu - tematy wywołujące słowotok. Już milknę i wracam do pracy:) Uściski!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.