piątek, 14 listopada 2014

Co warto czytać dzieciom? Wpis długi niemiłosiernie, a i tak tylko: część 1:)

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Choć wpis nosi tytuł "Co warto czytać dzieciom?", chciałabym go od razu na wstępie doprecyzować i rozwinąć. A zatem: Co warto czytać dzieciom o specjalnych potrzebach edukacyjnych i opiekuńczych? Tak to zostawię, ponieważ wszystkie pozostałe potrzeby - miłości, czułości, dobroci - dzieci mają takie same.

 

To zdjęcie sprzed ponad roku. Pierwsza książeczka

 

Kryteriom wyboru książeczki do czytania i oglądania kilkumiesięcznemu dziecku poświęciłam wpis pt. "Pierwsza książeczka mojego najmłodszego dziecka". Sprawie traktowania książek przez dzieci nieco starsze tekst pt. "W moim domu nie szanuje się książek". A na temat efektów obcowania z książką niemal od urodzenia popełniłam wypracowanie:))) pt. "Kartkowanie. Książka w małych rączkach" - a konkretnie w rączkach 10-miesięcznego malucha. 


"Za moich czasów":) też były. Ale ja wołałam: Poczytaj mi, tato!

Niektórzy z Was pewnie pamiętają, że bywam (albo bywałam)  moderatorką e-learningowych kursów na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania, gdzie rodzice, nauczyciele, wychowawcy, bibliotekarze i w ogóle ludzie pracujący z dziećmi wspólnie spędzają czas, wzajemnie się ucząc o tym, jak wspomóc dzieci, a przynajmniej jak im nie przeszkodzić w harmonijnym, pełnym ciepła, miłości i radości wzrastaniu. Słowem, jak być mądrym wychowawcą i rodzicem, jak mądrze towarzyszyć dzieciom w wyrastaniu na wartościowych i dobrych ludzi. Kursy są o wartościach, o czytaniu dzieciom, o wychowaniu chłopców... i nie tylko:). Zajrzyjcie, a się przekonacie, jak bogata i ciekawa jest oferta IUMW.

Właśnie z takiego kursu pochodzi część moich dzisiejszych refleksji na temat tego, co warto czytać dzieciom, a zwłaszcza tym dzieciom, które potrzebują uwagi i wsparcia w szczególnym zakresie. Chodzi o maluchy ze specyficznymi potrzebami ze względu na ich dysfunkcje ruchowe, emocjonalne lub umysłowe. Głównie o nie. Ale nie tylko.

Co więc warto czytać dzieciom, aby jak najbardziej wspomóc ich rozwój? Czy trzeba w jakiś szczególny sposób dobierać lektury? Na co zwracać uwagę?

Odpowiem krótko: warto czytać dobre książki, trzeba dobierać dobre książki, zwracać uwagę na to, aby książki były dobre. Czyli: pisane piękną polszczyzną, ilustrowane przez prawdziwych artystów (to naprawdę widać, wierzcie mi), zawierające niegłupią i niedyskryminującą treść. Skąd mieć pewność, że taka właśnie będzie książeczka, którą wybraliśmy w bibliotece lub w księgarni, skoro jej jeszcze nie czytaliśmy? No właśnie, od tego są recenzje, kursy na IUMW, strona Fundacji "Cała Polska czyta dzieciom". I ten wpis. Oraz kolejny w cyklu "Rodzicielstwo radosne". Obiecuję. A dziś o "Franklinie". Choć akurat w tym wypadku mówienie o literaturze jest trochę na wyrost:). A jednak.

Co ma Franklin do specyficznych potrzeb dzieci? Wiele. Niektóre dzieci są obdarzone specyficznymi potrzebami na stałe, inne dostają je tylko na chwilę. Każde, bez wyjątku, myśli o sobie, że to niczyje inne, tylko jego własne potrzeby są najważniejsze, wyjątkowe, a w ogóle to nikt takich nie ma. Tak. Należy się z tym zgodzić, ponieważ dzieci same z siebie nie rozróżniają się nawzajem według tych potrzeb. To dorośli je widzą i respektują. Dzieci (piszę z zawodowego doświadczenia) potrafią traktować tak samo (źle albo dobrze) kolegę, który wolniej się porusza albo niedosłyszy (na przykład), i kolegę, który rozwojem wyprzedza rówieśników, więc trzeba przed nim stawiać inne zadania, bo na lekcjach notorycznie się nudzi. A także kolegę, którego to rówieśnicy wyprzedzają rozwojem i przed którym także trzeba stawiać inne zadania, gdyż on także na lekcjach się nudzi. Generalnie nie chodzi o to, na czym polega różnica, tylko o to, że ta różnica w ogóle jest. Ale najbardziej chodzi o świadomość, że różnica dotyczy każdego. Taka albo inna, ale każdego. I to jest w książeczkach o żółwiu.

Do rzeczy.

Seria o Franklinie znana jest od dawna, wychowały się na niej moje dzieci (obecnie nastolatki). Każda książeczka porusza jeden ważny problem pojawiający się w życiu żółwia Franklina. Ich tytuły są dość reprezentatywne dla treści, które przedstawiają, np. "Franklin idzie do szkoły", "Franklin i teatrzyk szkolny", "Franklin mówi: kocham cię", "Franklin uczy się współpracy", "Franklin ma czkawkę", "Franklin boi się burzy", "Franklin uczy się jeździć", "Franklin idzie do szpitala" i wiele, wiele innych, których tytułów już nawet nie pamiętam (oddaliśmy "w spadku" siostrzenicom). Kojarzę tylko, że bohaterowi rodzi się siostrzyczka, że miejsce zamieszkania zmienia jego przyjaciółka Wydra, że ma on problemy z punktualnością itd. No, po prostu wszystkie drobne z pozoru sprawy, które jednak małym ludziom mogą spędzać sen z powiek. Moje własne dzieci od pierwszych zdań podchwytywały temat i najczęściej, zamiast czytania, było rozmawianie i omawianie kolejnych zdań z tekstu podczytywanego w przelocie.
Szczerze powiem, że przy takim ciągłym przerywaniu innych książeczek, np. "Kubusia Puchatka", "Pippi", baśni Andersena albo wierszy Brzechwy, żal mi było tekstu, którego rytm, piękno frazy, nastrój dosłownie szły w rozsypkę. A ja, gorliwa neofitka kampanii czytania dzieciom, tak bardzo chciałam, żeby już, natychmiast, w wieku dwóch lat usłyszały całe piękno prawdziwej, najlepszej pod słońcem literatury. Przy kilkudziesięciu pytaniach na minutę - nierealne. Cud, jak się udało zdanie w całości przeczytać. Jedno zdanie. Sto pytań do. Znów zdanie. I znów pytanie. I pytanie. I pytanie. A tu taki piękny przekład Iwaszkiewicza. Andersena. W rozsypkę. Pierwszy drugiego przekładał i konia z rzędem temu, kto wie, że Iwaszkiewicz znał duński. A że mistrzem prozy był (i nie tylko), pięknie mu te baśnie wyszły, naprawdę. I wszyscy je czytaliście, bo są w słynnym wydaniu z Szancerowską Królową Śniegu na okładce. I księżniczką na ziarnku grochu w środku:).

No, to koniec dygresji, wybaczcie, inaczej nie umiem. A w ogóle dziś dzień dobroci dla bloga, tekstem ciągłym lecę, obrazków z tłustą gęsią i nową torebką nie podpisuję. Cudna książka za pieniądze "czytana" leży odłogiem w otwartym pliku i kwiczy. Niech jej będzie. Mnie dziś boli głowa, a poza tym niedługo zapomnę, jak się własne myśli w zdania układa, bo tylko czytam i czytam. W cudzysłowie.

O czym to ja...?:) A, że przy czytaniu naprawdę małym dzieciom prawdziwej literatury żal jej po prostu, tak bardzo jest pytaniami, wyjaśnieniami, bezustannymi powrotami na te same strony rwana. A przy "Franklinie" nie żal, bo to literatura nie jest. Nic a nic. W ogóle. Więc luzik, czytamy, obrazki oglądamy, na pytania sto razy te same odpowiadamy, po drodze błędy językowe poprawiamy i cieszymy się, że dziecię jeszcze nieczytate i niepisate, to nie widzi, że mu nieco ściemniamy.

No więc w serii o Franklinie sprawa wygląda tak, że najbliższe otoczenie żółwika to przekrój najróżnorodniejszych bohaterów: jeden z kolegów jest niepełnosprawny, inny bardzo powolny (podkreślono, że z natury, gdyż to Ślimak), kolejny uwielbia dużo jeść i jest zbyt ciężki itp., natomiast sam Franklin nie umie jeździć na rowerze, boi się burzy i ciemności, jest zazdrosny o młodszą siostrę, nie umie czytać przed pójściem do szkoły - jak niektórzy jego koledzy. Za to dobrze komunikuje się z mamą, tatą, babcią, panią nauczycielką i panią bibliotekarką, która regularnie w swej bibliotece czytuje bohaterom książeczki. Ale ma też nieśmiałego kolegę. A także kolegów zbyt śmiałych. I przez to niezbyt miłych. Życie.

Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o artystyczną stronę grafiki i języka, to seria nie spełnia żadnych standardów (a niektóre książeczki dla dzieci spełniają, oj spełniają, np. "Przepis na miłość" Kathariny Grossmann-Hensel, Nasza Księgarnia, Warszawa 2006, albo seria "Poczytaj mi, mamo" tego samego wydawnictwa sprzed 30 lat - ostatnio wznowione w trzech tomach jako reprint - drogi, że brrr...). Trzeba jednak uczciwie przyznać, że tenże język, choć jego styl miejscami przyprawia o ból głowy (bywa żenujący w polskiej wersji, kwestia przekładu), jest dość komunikatywny, zaś ilustracje są bardzo kolorowe, wyraziste i wiernie oddające treść, co na pewnym etapie rozwoju jest konieczne. Nie czuć jednak przy ich oglądaniu żadnego dreszczyku z rodzaju tych, które się pojawiają, kiedy człowiek patrzy na prawdziwą sztukę. Nie znam się na sztukach plastycznych, więc brak mi warsztatu, by cokolwiek fachowo o tych obrazkach napisać, dlatego mogę się oprzeć wyłącznie na "kryterium dreszczyku" :).
Mógłby ktoś zapytać, że skoro mam tyle zastrzeżeń zarówno do języka, jak i do ilustracji, to dlaczego wybrałam tę serię? Otóż dlatego, że książeczka nie mnie ma się podobać, tylko dzieciom. I tak było.
A poza tym:
  • treść każdej z książeczek emanuje niesamowitym ciepłem, spokojem, pewnością, że "wszystko będzie dobrze",
  • mamy tam wspierającą się, szczęśliwą, choć niepozbawioną kłopotów rodzinę (jako wzór - bezcenne),
  • każdy kolejny tytuł to bardzo mądre, dojrzałe przesłanie, które jest w dodatku wyartykułowane w trybie dostosowanym do sposobu myślenia dziecka,
  • nienachalny dydaktyzm,
  • wiele koloru na każdej stronie.
I właśnie dlatego ja także czytałam dzieciom o Franklinie z przyjemnością.
Według mnie seria jest przeznaczona dla dzieci młodszych, tzn. gdzieś tak od roku do sześciu (maksymalnie!!!) lat. Nieporozumieniem jest kupowanie tego do bibliotek w podstawówkach.

Nie zżymajcie się, proszę, że wybrałam akurat trochę przebrzmiałego "Franklina", kiedy na rynku tyle nowych i wspaniałych książek. To dlatego, że dzieci mi wyrosły, a najnowsze jeszcze nie dorosło do dłuższego słuchania. Nie bardzo więc jestem w temacie. Za to, jeśli chodzi o kryteria i wskazanie zasady, doskonale wiem, o czym mówię.

Pokazanie niepełnosprawnym i chorym dzieciom (pokazanie bez wskazywania na to, oczywiście), że na równi z pełnosprawnymi i zdrowymi mogą być literackimi bohaterami, jest cenne. Dlatego warto dobrać lektury, które przedstawiają dzieci o specyficznych potrzebach wśród ich rówieśników o potrzebach całkiem zwyczajnych, ale takie, gdzie te dzieci nie są traktowane inaczej ze względu na te specyficzne potrzeby. Chyba są takie książki, w których także dzieci tzw. typowe mają jakieś swoje nietypowe cechy, które powodują wyalienowanie z grupy rówieśników. Albo takie lektury, gdzie jedni i drudzy całkiem zwyczajnie się nawzajem traktują i ich nietypowe cechy czy potrzeby nie są dla nikogo powodem do przesadnego roztkliwiania się nad nimi. Dobrym przykładem mogłaby tu być jedna z książeczek o Franklinie właśnie (nie pamiętam już tytułu), w której któryś z kolegów żółwia chodzi o kulach (a więc wolniej i nie może np. grać w piłkę), ale za to świetnie pływa. I właśnie w tej serii jest mnóstwo takich przykładów inności (praktycznie każdy z bohaterów jest w jakiś sposób "inny" w sensie nie do końca dostosowany do grupy). Jednak w narracji nie ma śladu pochylania się nad tą innością w protekcjonalny sposób - że oto mamy tu chorego (niepełnosprawnego) chłopczyka (dziewczynkę) i my mu teraz wszyscy pomożemy, zaczekamy, damy fory. Tu nikt o tym nie mówi, ani narrator, ani bohaterowie. W tej serii to się po prostu dzieje. Jak trzeba na kogoś zaczekać, bo jest wolniejszy, to się czeka, a dla bohaterów jest to tak samo oczywiste, jak to, że trawa jest zielona, a niebo niebieskie. Uważam, że to jest wielka wartość tej serii. Bo specjalne pochylanie się i mówienie o inności do zdrowych fizycznie dzieci jest wg mnie protekcjonalne i stwarza jeszcze większe bariery, ponieważ tę inność podkreśla. A w efekcie może być upokarzające dla "innych", którzy tak naprawdę inni nie są. Myślę, że temu służy odnoga kampanii "Cała Polska czyta dzieciom" pod hasłem: "Czytanie zbliża", gdzie dzieci razem słuchają książeczek, razem się bawią i gdzie nie mówi się im, że oto teraz będziemy się opiekować albo bawić z dziećmi niepełnosprawnymi (a to, wbrew pozorom, bardzo częsta praktyka). Bo one nie potrzebują opieki (mają już opiekunów, podobnie jak dzieci zdrowe), tylko towarzystwa i zwyczajnej wspólnej zabawy - bez wskazywania na inność.  

Inny tytuł, który podobno jest świetny (ja nie czytałam - podrośnięte latorośle tak), to "Rico, Oskar i głębocienie" Andreasa Steinhöfela oraz dwa  tomy kontynuacji. Ale o tej książce i o tym, dlaczego to dobra literatura i dlaczego naprawdę warto, następnym razem.

13 komentarzy:

  1. Rzucimy się w bibliotece na rzeczonego Franklina zatem :).

    Cieszę się z lubością czytaniem dobrej literatury za friko - w bibliotece potrafią zaskoczyć, a czasem się zrecenzuje coś fajnego za książkę na takim tam jednym portalu.

    Robota wrzeszczy, a my szalejemy na blogach? Ooo, chyba to znam :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wrzeszczy, wrzeszczy. Tak wrzeszczy, że się na komenty po kilka dni nie odpowiada. Muszę namierzyć ten taki tam jeden portal:), gdzie recenzujesz:) Gdyż w to, co piszesz, uf uf, ufam:)))

      Usuń
  2. wpis rzeczywiście długi ale warto przeczytać! a te łydka gęsie sprawiły, ze jestem strasznie głodna ;)

    http://lamodalena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magda, mam nadzieję, że już zaspokoiłaś apetyt:)))

      Usuń
  3. jestem pozbawiona tel. i komputera, więc cudem teraz zerknęłam i nawet nie wiesz jak BAAAAAAAAAAARDZOOOOOOOOOOOOOOO żałuję, że nie mogę przeczytać w całości. Tylko sobie przeleciałam wytłuszczone i co tam się zaczepiło o kąt oka.

    ale nadrobię!!! uwielbiam Twoje pisanie o pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej z dzieciństwa zapamiętałam moje ukochane książeczki. Nie lalki, nie misie,ale właśnie Kopciuszka z przestrzennymi ilustracjami. No i bajki puszczane z płyt na adapterze Bambino :) Oczywiście wiem, że lepiej czytać niż słuchać płyt. U Serdeczności, B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchać bajek z kultowego Bambino - bezcenne! Słuchanie nie jest gorsze od czytania, serio. Koordynatorka CPCD Ci to mówi:)

      Usuń
  5. A wiesz, że mnie tato czytał Lema 'Bajki robotów' i inne poważne książki i zobacz, co ze mnie wyrosło! Moim dzieciom też wybierałam inne książki niż rodzice rówieśników... ale ale, moje dzieci wychowane są bez TV. I tak serio, nawet nie mamy TV w domu, jako telewizora, to zmuszało i ciągnie moje dzieci do książek, do kina, mają bogatą wyobraźnię i są odporne na kłamstwa reklam, papkę medialną i co bywa czasami zabawne, nie znamy celebrytów, dziennikarzy. Byłam ostatnio w Warszawie i przedstawia mi się pani, wszyscy na mnie patrzą zaskoczeni, no jak to nie znasz? Naprawdę nie znasz? Pani jest z TV! No dobrze, ale ja nie mam TV, nie znam. Bardzo lubię miny ludzi, no sorry, o aktorach, pisarzach, muzykach, artystach możemy porozmawiać, reszta mnie nie dotyka :) ściskam

    przepraszam, że odbiegłam od tematu bajek, ale moje dzieci mają 23 i 18 lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, wyrosła z Ciebie żywa reklama kampanii głośnego czytania dzieciom:) Powiem Ci, że moje też nie bardzo wiedzą, jak tv włączyć, ale to chyba z innego powodu: komputer itp., czyli smartfon, tablet (wygrany w konkursie literacki, zgroza!). I jak to ładnie powiedziałaś: mnie nie dotyka. W sedno trafia taki zwrot, jak się przyjrzeć:) A Lem to jest jedyny pisarz sf, którego potrafię czytać. I wszystko jasne!

      Usuń
  6. Słyszałam wiele dobrego o książeczkach o Franklinie,na razie tylko oglądamy bajki o nim . Rozejrzę się za tymi książeczkami . Jaś bardzo lubi Przygody Mikołajka przeczytaliśmy wszystkie. Miłego wieczoru:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kreskówki też są ładne, ale kreskówka się nie zatrzyma, jak dziecko chce zapytać:) To Jaś już taki duży, że rozumie Mikołajka? Jak ten czas leci!

      Usuń
  7. My właśnie wczoraj odebraliśmy przesyłkę książkową (ależ te książki kosztują...) "Frankliny" mam 2 ale syn nie zapałał miłością, tym razem wybrałam do przetestowania Tupcia Chrupcia i dwie z tej serii co-wolno-a-czego-nie-czyli-bycie-grzecznym-nie-jest-latwe mi się spodobały:) a oprócz tego bardzo lubimy serię "mądra mysz".

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.