środa, 12 listopada 2014

Głupia gęś albo slow food po polsku

...z cyklu "Gotuję sobie"


Na świętego Marcina najsmaczniejsza gęsina lub "W żółtych płomieniach liści". Z tym kojarzy mi się 11 listopada. I jeszcze z "Noelką" Małgorzaty Musierowicz, którą w poprzedniej epoce (przed najmłodszym dziecięciem:) rytualnie tego dnia czytywałam, od rana do wieczora leżąc na kanapie z książką i wdychając rozchodzący się po całym domu zapach świątecznego bigosu, który bulgotał w wielkim garze. A świąteczny był podwójnie: z powodu 11 listopada i bożonarodzeniowego przepisu Cyryjka, czyli stryjka Elki, gotującego go w Wigilię równie rytualnie, jak ja czytuję "Noelkę". Albo czytywać bym chciała. Znów.



No. Tak to wyglądało jeszcze wczoraj, tuż po wyjęciu z piekarnika. Po prawie dwóch godzinach pieczenia metodą "na schab", to znaczy przez pierwsze pół godziny w 200 stopniach na termoobiegu, później stopni 180 i jeszcze godzina, także termoobieg, a następnie to już na oko, co znaczy, że trzeba raz na jakiś czas rzucić okiem i sprawdzić, czy się od spodu zbyt sucho nie robi, to wtedy szybko wyłączyć. A, jeszcze wcześniej wyłączyć termoobieg, by się ptak nie wysuszył za bardzo.


Ptak to za wiele powiedziane, bo tak naprawdę miałam cztery nogi. Ogromne nogi. Na pieczenie gęsi dostałam natchnienia pod wpływem siostry, która tydzień wcześniej upiekła sobie kaczkę (o, błogosławiony lidlu, co dajesz nam poporcjowane mięso w pudełkach:), to nie mogłam być gorsza, a że zakupy odbywają się u nas w piątek wieczorem i tylko raz w tygodniu, zatem gęsie piersi, co w ofercie od czwartku, już "wyszły" i tylko nogi zostały. Paradoks?:))) Dowcip był, no. Małżonek do domu przytargał, do zamrażalnika wrzucił. Mimo daty ważności jakoś nie mam odwagi trzymać surowego mięsa w lodówce przez trzy dni, więc zawsze bezszronowo zamrażam. A następnie rozmrażam. Rano w przeddzień pieczenia.


Do wieczora się zdąży rozmrozić. Jako że słyszało się co nieco o słynnym gęsim smalcu (że się wytapia, że dobry itp.), się domyślało, że cały ptak tłusty będzie. I się nie pomyliło. Nawet nie wygląda na pierwszy rzut oka, ale jest. Więc przyprawy. Przebiegłam się po blogach, ale takich naprawdę kulinarnych, i tam napotkałam różne-przeróżne cudne przepisy wymyślne i na bogato. A to z miodem, a to ze śliwkami... I takie tam:) U mnie ni miodu, ni śliwek, dlatego jedyna nauką, którą z nich zaczerpnęłam, było, żeby z majerankiem. A nawet bez umiaru z majerankiem. Ze względu na ten tłuszcz. Mniej więcej miesiąc temu dziecię mi majeranek "zużyło", ale zdążyłam już o tym zapomnieć, więc w dniu rozmrażania "wykonałam" (uwielbiam to peerelowskie słówko) alarmowy telefon do pracy małżonka, żeby majeranek po drodze i żeby dużo, bo gęś tłusta, to wchłonie. Dostarczono cztery torebki. Zużyto cztery łyżki. Do marynaty. Plus dwie łyżeczki soli, dwie ziołowego pieprzu, dwie mielonego czosnku jedną słodkiej mielonej papryki.


Gęsie nogi natarto, w szkle umieszczono, szczelnie przykryto, do lodówki na noc wsadzono.


A rano w rękaw do pieczenia! Żeby nie ubrudzić folii z wierzchu, bo by się w piekarniku paliło, wszystko szykuję wcześniej, to znaczy zanim dotknę mięsa.


Ucinam kawałek rękawa, spinam z jednej strony, biorę szaszłykowy patyk do dziurawienia folii i układam na blasze.


Wkładam nogi, spinam z drugiej strony, robię kilka dziurek (nie za dużo, bo mięso wyschnie) i ładuję do piecyka. Ma w tej chwili 200 stopni i włączony termoobieg. Trzymam je tak przez pół godziny, po czym zmniejszam temperaturę do 180 stopni i zostawiam na godzinę. A następnie wyłączam termoobieg i trzymam jeszcze trochę - najwyżej pół godziny - o ile widzę na dnie sporo sosu. Jeśli nie widzę, wyjmuję czym prędzej, żeby za bardzo nie wyschło, a następnym razem robię w rękawie mniej dziurek.


Cztery wielkie nogi tuż po upieczeniu.


Jedna wielka noga na talerzu:). W towarzystwie kwaskowych buraczków i gotowanych ziemniaków.

Udał się ten obiad, ale wiecie co? Jestem łasuchem i zwykle około piątej po południu czuję się tak głodna, że muszę zjeść jakiś podwieczorek, by dotrwać do kolacji między ósmą a dziewiątą, kiedy dziecię już zaśnie. Nie tym razem. Nie wczoraj. Bo wczoraj dopiero w okolicach siódmej zorientowałam się, że ciągle jestem pełna. I jest mi jakoś tak... Syto. Zbyt syto. I chyba ciągle tłusto. Choć smalec odsączyłam i skórkę zdjęłam. To już chyba nie dla mnie. No i ta porcja ogromna...


Gdy więc przyszło do kolacji, nie byłam w stanie pomyśleć o niczym konkretnym, ale trochę się bałam, że się w nocy głodna obudzę, dlatego padło na to, co zwykle ma u mnie szanse w okolicach śniadania, a w żadnym razie wieczorem. Najpierw myślałam o samym bananie, później o samym jogurcie (tylko naturalny, niezagęszczany, niesłodzony, z dodatkowym wapniem, gotowe słodkie wydają mi się strasznie sztuczne w smaku, więc odpadają), ale każde z osobna jednak trochę za małe. Koniec końców po otwarciu lodówki złapałam jedno i drugie, a kiedy ujrzałam mandarynki kupione na poranki "dla zdrowia", dorzuciłam jedną. Po chwili wahania stwierdziłam, że niskosłodzony dżem z czarnych porzeczek z mnóstwem całych owoców będzie nie od rzeczy, więc... Wiecie, rozumiecie...:)


Wpierw ten pyszny jogurt, na niego kilka łyżeczek dżemu porzeczkowego, banan w sporych plasterkach i... poczuć zapach rozerwanej palcami skórki pierwszej jesienno-zimowej mandarynki w tym roku - bezcenne.


W ostatniej chwili olśniło mnie, żeby połówkę mandarynki przekroić na pół w poprzek cząstek i w ten sposób zyskać troszkę soku, który wypłynął do jogurtu. Pycha. I nawet małżonek się skusił. Po gęsiej nodze czuliśmy się tak samo. Starość nie radość, kondycja już nie ta:).


A ostatnie zdjęcie gotowej kolacji wyszło mi rozmazane, więc w zamian proponuję coś takiego:



"W żółtych płomieniach liści" - Robert Janowski, Katarzyna Groniec

Lata temu "Twój Styl" miał insert w postaci płyty z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Płyta idealna. Oprócz powyższych "Liści", w których "gęsi już wszystkie po wyroku" (to stąd dzisiejsze skojarzenie), jest na niej jeszcze kawałek "Pijmy wino za kolegów" - obłędny. Stylizowany na artystów problemy z błędnikiem. Cudo.

To tyle. Pa!

18 komentarzy:

  1. Ja też wczoraj gąskę jadłam tylko mniejszą porcję mięska:) Może następnym razem wino jeszcze otwórz:) Mam nadzieję, że całego wytopionego tłuszczu nie zjedliście:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, wino by się przydało, zdecydowanie:) A tłuszczu się pozbyłam, nie jesteśmy amatorami gęsiego smalcu. Rozpuściłam w zmywarce przy pomocy magicznej tabletki, co rozpuszcza wszystko:) Bo do zlewu to wylać, to zabójstwo dla zlewu:)

      Usuń
  2. A ja ani gąsek, ani tym bardziej kaczek nie jadam :) To mi kanibalizmem trąci, skoro sama jestem Kaczką :) Pozdrawiam B

    P.S.
    Droga MY napisałam do Cię mejla w sprawie SLOW :) zajrzysz? BB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ale właściwie skąd u Ciebie ta kaczka? I czemu zaraz kanibalizm? Z drugiej strony, ja nie tknę królika, zająca ani żadnej dziczyzny. Idei bym do tego nie dorabiała, bo hipokryzją trąci (w końcu czym różni się biedna świnka od sarny? chyba tylko wyglądem, a to nie jej wina:), ale tak to jest z nami, ludźmi:)

      Usuń
  3. w zeszłym roku byliśmy w poznaniu na rogalach,
    w tym roku jakoś tak nam nie wyszło.

    zazdroszczę pomysłu na gęś!
    tak jakoś miałam w głowie, i mi wyleciało.
    i u nas obiadowo- to był kociołek łazanek z kapustą ;-)

    p.s.
    BARDZO lubię tę piosenkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, od nas do Poznania to trochę daleko jednak:) Więc w sumie te rogale kosztowałyby nas o wiele, wiele więcej:) Co do łazanek - smaku mi narobiłaś, że aż zrobię:) Problem w tym, że u nas większość boczku nie lubi:(

      Usuń
  4. Kochana, u nas też gęś na 11go, ale tesco za nią błogosławić nie będę w tym roku-chyba to był ubój na gęsiej emeryturze-jak się okazało po przygotowaniu:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja Ci szczerze powiem, że się na gęsiach nie znam. Wiadomo, że zawsze będzie twardsza niż pędzony na hormonach przemysłowy kurczak, ale tak naprawdę pierwszy raz robiłam, na wszelki wypadek długo piekłam, a żeby się rozpływała w ustach, to powiedzieć nie mogę. Chociaż twarda chyba też nie była. No, dałaś mi do myślenia:)

      Usuń
  5. O nie, o nie, jak to pysznie wygląda! Normalnie pachnie mi, choć chyba w życiu gęsi nie jadłam... może przed porodem jeszcze sobie upiekę :-) z okazji bez okazji. A rogale uwielbiam, ale smaka zaspokajam kupnym, bo u nas nie liczą tak drogo, a chyba gorsze nie są, bo jakiś certyfikat mają ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak by się dało, od razu bym Cię poczęstowała, naprawdę. Zrób, jak Ci się uda, i pochwal się:)

      Usuń
  6. Cudowna gęsina,ja podobnie robię kaczkę tylko że nie w rękawie a w żaroodpornym naczyniu.A twoja kolacyjka to będzie moja inspiracja bo jakoś mi się 2 kilo ostatnio przytyło i stanowczo nie podoba mi się że brzuszysko, zaczeło być zoponiałe.wiolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inspiruj się, inspiruj, na pewno wyjdzie Ci o wiele lepiej, bo ze mnie to kucharka żadna jest. Mnie raz w życiu na gęś naszło, że slow food będzie, to zrobiłam:)

      Usuń
  7. Bardziej nawet niż sam przepis podobają mi się te zwyczaje i małe tradycje, które opisałaś :). Uwielbiam takie klimaty. W ogóle, bardzo podobał mi się cały wstęp do tego posta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokrewna dusza z Ciebie jest:) Widzę, że idealnie rozumiesz, o ci mi tu chodzi:)))

      Usuń
  8. Gęsi końcem widelca bym nie tknęła - blech, za tłuste, za... gęsiowe.

    Ale "Noelka"...

    Zgadnij, co czytałam w drodze na i z sabatu... nie, nie "Noelkę". "Szóstą klepkę". Jest nowa Musierowicz, czas sobie cały cykl przypomnieć. Taka tradycja :).

    Dobrze i ciepło u Ciebie, jak zwykle. Nawet mimo gęsi ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zrobiłam rajd przez Jeżycjadę kilka lat temu w wakacje. Z biblioteki najstarsze dziecię przytargało. Jak jeszcze panią swojego czasu byłam, że tak się elokwentnie:) wyrażę. Dzieci się dobrze na tym chowają. Idealistycznie przedstawiona idealna rodzina z ideałami w głowach to jest to, co dobrze odtruwa. A teraz to dziecię najstarsze ma własny komplet, bo się wici w rodzinie rozpuściło i na każdą okazję od każdego jeden tom dostawało:) Hura! Jeszcze tylko "Wnuczkę" trzeba dokupić, ale okazje się zbliżają, więc...:) No patrz, jak idzie o te książki, dostaję słowotoku. Jak na złotoustą przystało, nieprawdaż?:)

      Usuń
  9. Gęsina na Marcina... no nie upiekła mi się, ale na święta zrobię, już się przyjrzałam jak :) pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.