piątek, 28 listopada 2014

Minimalizm w domu i w zagrodzie:)

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Co w szafie piszczy"

 

Pierwszy raz w życiu widziałam takie dorodne cudo w naturze:)

 

Nie jestem zdeklarowaną minimalistką, jednak po bliższym zapoznaniu się z zagadnieniem odkryłam, że mogę mieć na ten temat co nieco do powiedzenia, ponieważ tak naprawdę prowadzę minimalistyczny styl życia od dawna, a przejęłam go od rodziców. Jako że dotychczas w ogóle sobie tego nie uświadamiałam, czasem zdarzało mi się ulegać porywom serca i pokusom konsumpcjonizmu - ale sądzę, że był to nieświadomie zdrowy odruch podlegającej ograniczeniom duszy, a poza tym zdarzał się wyłącznie w baaardzo nielicznych momentach większego niż zwykle przypływu gotówki. I tak, sądzę, że to bardzo zdrowe, ponieważ bezrefleksyjne zatracanie się w idei dla idei bywa niebezpieczne. Dla psychiki, a w dalszej kolejności nawet dla ciała. Ale nie popadajmy w skrajny pesymizm:).


Tak naprawdę stosowałam minimalizm w każdej dziedzinie życia z bardzo prostej przyczyny: finanse.

Nie opływamy w gotówkę, nasi rodzice także nie opływali. Dlatego od zawsze wszystko - każda kupiona rzecz, każdy element garderoby, każdy rodzaj jedzenia - podlegało żelaznej weryfikacji według ściśle określonych kryteriów: funkcjonalność (czyli wielozadaniowość), trwałość i adekwatna do jakości cena (czyli jak najtaniej za jak najlepszą jakość). A potem już zużywanie do ostatniego tchnienia przedmiotu albo ubrania. Jedzenia też się nie wyrzucało: organiczne niejadalne resztki (np. ogryzki lub obierki) zjadały kury i prosiaki (tak, tak, za komuny ludzie na działkach chowali prosiaki, bywało:).

Doskonale pamiętam epizod z kupowaniem mi przez Mamę sweterka, także za komuny. Siódma klasa, wiek budzącej się płciowej świadomości i związanych z tym potrzeb ubraniowych. Dom towarowy. Kolejka. Rozmiar metr sześćdziesiąt cztery. Sprzedawczyni rozkłada na ladzie cztery albo pięć sweterków, w tym jedną kamizelkę. Piękną kamizelkę. O wiele piękniejszą od sweterków. Ja: ładna. Mama: ładna. Ja: Ale w samej kamizelce się nie chodzi. Mama: Trzeba by jeszcze bluzeczkę. Ja: Podwójny wydatek. Mama: Tak, a trzeba jeszcze kupić dla... (mam dwoje młodszego rodzeństwa). Taka kamizelka to luksus. Konkluzja: Za te same pieniądze (kamizelka wcale nie była tańsza) ubrałam całą górę i nie potrzebowałam niczego więcej. Kamizelka może i bardziej elegancka, wszak pod spodem bluzeczka z materiału, ale... Ale za te same pieniądze cała góra została ubrana, a nie tylko "pół".

Kto myślał o minimalizmie w tamtych czasach? Nikt. I nikt o nim nie mówił. Wszyscy nieświadomie uprawiali, ale nikt nie mówił. Gdyby mówił, wyśmialiby go. Kto uprawiał sadzonki pomidorów w pudełkach po serkach homogenizowanych na parapecie, żeby wiosną przesadzić na działkę? Kto zbierał słoiczki po dżemie na zimowe kompoty? Kto nie wyrzucał foliowych woreczków po soli, bo grube i mocne jak żadne inne i dlatego świetne do mrożenia kupionego na zapas kartkowego mięsa? Kto...

Może wystarczy. To nie wynikało ze świadomości ekologicznej ani ideologicznej (vide: idea minimalizmu), tylko z systemowych niedoborów. Które poskutkowały nieokiełznanym konsumpcjonizmem wczesnych lat 90.

Dziś wszyscy okrzepli, ale nie wszyscy dorobili się majątku:). Choć i to względne, więc cofam - tego do siebie nie odnoszę. Wiele nie mam, ale gdybym mówiła, że cierpię niedostatek, zgrzeszyłabym, a nie chcę, znam lepsze powody do grzechu:))).

Z czasów minimalizmu nieuświadamianego, lecz praktykowanego, zostały mi nawyki i bardzo silne przyzwyczajenia. Nie wyobrażam sobie wyrzucenia butów, które są jeszcze całe. Także dżinsów. Domowych t-shirtów, piżamy, torebki. Żyją, aż umrą śmiercią naturalną. Wyjściowe t-shirty z czasem (ale z baaardzo długim czasem) siłą rzeczy płowieją, wyciągają się, niszczą. Dlatego awansują na domowe, "sprzątaniowe", a potem (te bawełniane) na szmaty (jest świetnie, kiedy się ma kilkanaście niezwykle chłonnych szmat i można sobie pozwolić na wzięcie do rąk czystej za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba wytarcia rozlanej wody). W kwestii szmat minimalistką nie jestem, o nie:). Ale tylko dlatego, że ich nie kupuję, a po domowemu "recyklinguję". Kto miał małe dziecko i doświadczył brania do ręki brudnej szmaty do podłogi, zrozumie. Swetry. Tak samo jak t-shirty, tylko lądują w koszu bez przechodzenia "szmacianego" etapu - nie sprawdzają się w tej roli:). Bielizna, rajstopy, skarpetki - po podarciu do kosza bez szansy na drugie życie. Tak to jest. Mniej więcej, bo wspomniałam tylko kilka przykładów.

Jak kupuję ubrania, buty i dodatki, kiedy stare wreszcie z czystym sumieniem wyrzucę? Kiedyś prościej i mniej, dziś - z konieczności - więcej.

W tym poście spróbuję napisać o tym, co dawniej, bo bardziej minimalistycznie było, jeśli chodzi o liczbę rzeczy.

Przykładowo sandały. Dawniejsze kryteria: wygodne, płaskie, do użycia w łatwych, tzw. spacerowych, górach, czyli w miarę trzymające stopę; a poza tym pasujące do spodni i do casualowej spódnicy oraz takiej samej torby.

Tym sposobem, mając świadomość, że mogę kupić tylko jedne letnie buty, które muszą mi pasować prawie do wszystkiego, unikałam pokusy kupowania letnich ciuchów bardzo eleganckich, przynajmniej w większych ilościach (jeden, góra dwa komplety na lata całe). Dżinsy się z takimi sandałami bardzo dobrze komponowały, szorty także, wystarczyło kupić dwie lub trzy sportowe w stylu spódnice oraz kilka najprostszych, choć dobrych, mięsistych, bez tendencji do rozwlekania się i "flaczenia" topów. Wszystkie topy pasowały do wszystkich spódnic i spodni, a do tego jedna "w miarę sportowa" torba. "W miarę sportowa" nie znaczy wcale "torba na dresy i trampki do siłowni" albo "na kostium z ręcznikiem na basen".

Torbę kiedyś mogłam mieć tylko jedną - siłą rzeczy MUSIAŁA pasować do wszystkiego. A okazje zdarzały się różne. Sportowy w charakterze plecaczek nie bardzo się do wszystkiego nadawał. Skórzana lub skóropodobna torebka nie komponowała się z letnim strojem sportowym - za duży "ciężar gatunkowy". Bardziej nadawała się do strojów przejściowych, ze swetrami, dżinsowymi kurtkami lub marynarkami. Przy jasnych i cienkich ubraniach z krótkimi rękawami wyglądałaby jak kwiatek do kożucha. Musiałam znaleźć coś "pośrodku". I tu - pomyślałam - warto postawić na oryginalny dizajn, nawet jeśli jest trochę droższy. Torba będzie jedna, a za to do wszystkiego i na każdą porę roku. Wybrałam i długie lata miałam. Nie żałowałam, a nawet się pochwalę, że gdzie się nie pojawiłam, entuzjastyczne zainteresowanie wzbudzałam (a skąd? a za ile? ale super! nikt takiej nie ma! rewelacja!). Z dumy puchłam. Że taki gust mam, wiadomo:)))

O co chodziło? O to, że oryginalny, ale ładny, niepowtarzalny wzór, nie za lekki, nie za ciężki materiał (ja takiej nie miałam, ale dziś to może być na przykład filcowy hand made, byle nie ten do bólu zgrany), i jeszcze o to, że niszowa, najlepiej nieznana marka, ale jednak marka (a markę poznać po najwyższej próby wykonawstwie oraz dobrze zrobionej stronie internetowej i przyświecającej projektowi idei). Idea, wykonawstwo, oryginalny wzór i materiał sprawiają, że argument "pasuje-nie pasuje do ciuchów casualowych i eleganckich" nie ma tu zastosowania, jest nieaktualny. Ponieważ rzecz oryginalna, niepowtarzalna, "z ideą" (np. robimy z recyklingu, promujemy na torbach ważne problemy społeczne, każdy egzemplarz jest niepowtarzalny itp.) i nienagannie wykończona pasuje po prostu do wszystkiego. Dlaczego? Gdyż nie pasuje do niczego. Nie, to nie żart. Tak jest naprawdę. Rzecz piękna, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju nigdy nie będzie pasować do NICZEGO. Nie będzie, bo nie może. Nie może, bo nie wpisuje się w żaden istniejący dotychczas styl, obowiązujący przy różnych okazjach sposób "umundurowania". I to jest normalne. A jednocześnie, jak wspomniałam, zawsze wygląda "na swoim miejscu". W każdych okolicznościach i w towarzystwie każdego ubrania. Uwierzcie mi, miałam taką torbę. Była ze mną na uroczystych wieczorach z nagrodami, ale takich naprawdę uroczystych i takich z prawdziwymi celebrytami, ministrami, oficjelami i nie byle gdzie. Była na wakacyjnych wycieczkach, choć nie tych górskich, bo tam to tylko plecak. Bywała na zakupach i w pracy. Wszędzie. Wiosna, lato, jesień, zima - zawsze. I zawsze i wszędzie dobrze się czuła. Tak samo, jak ja.

Rozpisałam się o torbie, ale to nie szkodzi, ponieważ tak naprawdę chodziło mi o zasadę. Że można tak skomponować garderobę, aby mieć "na stanie" po jednej rzeczy z każdego rodzaju i zawsze mieć się w co ubrać. Mało - ubrać. Chodzi o to, żeby ciuchy były adekwatne i się ze sobą nie gryzły.

Więc do lekko sportowych, a bardzo wygodnych, sandałów latem, awaryjnie, na wypadek eleganckiej okazji, miałam pantofle, dziś powiedziałabym: solidne baleriny. Nie liche łapcie, jakich wszędzie pełno, tylko solidne i naprawdę dobrze wyglądające. Kiedyś balerin nie było, a za to były pantofle. Kupowałam takie, które krojem i kolorem nadawały się zarówno do eleganckich ubrań letnich, jak i do przejściowych, nie bardzo sportowych i nieprzesadnie eleganckich kurtek, a także (ten luksus to już w czasach późniejszych) do marynarki. Nie mogły być zbyt masywne ani zbyt odkryte - musiały być w sam raz. Ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na kupno dwóch par butów przejściowych i dwóch par butów letnich. Jedne z nich musiały się sprawdzać w podwójnej roli. W lepszych (kto to zresztą wie?) czasach późniejszych (ale w sumie to całkiem niedawno) dokupiłam bardziej eleganckie sandałki na koturnie (aktualne mają już sześć lat), buty na wysokich obcasach (osiem lat), do czternastoletnich traperów zimowych eleganckie czarne kozaczki na płaskim (od dawna na śmietniku), potem zaszalałam i nabyłam znane z "szafy" zamszowe kozaki na kauczukowych koturnach (lat pięć z okładem i wciąż daleko im do zgonu). To samo dotyczy torebek. Mam ich więcej, pozwoliłam sobie na luksus posiadania różnych na różne okazje, choć i tak każda jest wielofunkcyjna.

Znów rozpisałam się o butach, o torebkach. Mam nadzieję, że dobrze widać filozofię tych moich zakupów. Mogłabym tak jeszcze długo... Na przykład o kurtce, która zawsze musi być bardzo lekka, w miarę możliwości puchowa, sięgać za pupę, posiadać boczne kieszenie, chroniącą szyję stójkę i trzymający się głowy, a nie tylko od parady, kaptur oraz taliowanie (choć bez przesady). Nie może być sportowa, ale musi się nadawać do traperów i na sanki z dziećmi. "Stylistyka środka" - tak bym jej wygląd nazwała. Aktualnie, to jest od trzech lat, takiej nie posiadam, nad czym ubolewam, ale dopadła mnie zakupowa porażka, której bolesne konsekwencje ponoszę do dziś i, szczerze mówiąc, na zmiany się nie zanosi. Następną kupię po naprawdę dłuuugim namyśle. Będzie pasowała do dżinsów i traperów i nie będzie się gryzła z eleganckimi spodniami, ołówkową spódnicą oraz kozakami na obcasie. Tak.

Mniej więcej tak kształtowała się moja taktyka zakupowa w czasach błogiej i nieobciążonej "okazjami" młodości. Czyli do trzydziestki. Kiedy najbardziej oficjalną okazją był początek roku szkolnego albo urodziny u rodziny czy święta. A później się zaczęło... Ale o tym następnym razem.

Bo kolejny wpis będzie o ciuchowych potyczkach w duchu nieuświadamianego minimalizmu w czasach tak zwanych dorosłych, kiedy w związku z rozbuchanym do nieprzytomności życiem zawodowym pojawiły się wspomniane już wyżej OKAZJE. Oraz braki ciuchowe, objawiające moją ignorancję w tej dziedzinie. Ignorancję, która poskutkowała... Ale o tym to już naprawdę następnym razem:)




24 komentarze:

  1. Minimalizm przyszedł do mnie z wiekiem - zbieranie rzeczy wyparło zbieranie wspomnień - zabierają mniej miejsca w szafie, ale więcej w sercu i w pamięci (komputera tez :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dobrych wspomnień nigdy zbyt wiele:) W ich gromadzeniu nie warto być minimalistą:)

      Usuń
  2. zapamietam "stylistyke srodka" podoba mi sie :) podobnie robie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś mi mówiło, że właśnie tak robisz:)

      Usuń
  3. lubię minimalizm, dalej zbieram słoiczki po drzemach na swoje przetwory, od tego roku mam poziomki na balkonie a za rok może i pomidory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany! Poziomki na balkonie! To takie proste i takie rewelacyjne, czemu na to nie wpadłam? Naprawdę super, chyba wezmę z Ciebie przykład:) I życzę udanych pomidorów!

      A tak w ogóle to witam na blogu, bo chyba pierwszy raz się widzimy? Albo mam starczą sklerozę:) Jeśli tak, to przepraszam. W każdym razie cieszę się, że wpadłaś:)))

      Usuń
  4. cholera (przepraszam za wyrażenie), twarda z Ciebie sztuka-historia o kamizelce zrobiła na mnie spore wrażenie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiele punktów to jakbym czytała o sobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to na zdrowie:) Przynajmniej wiem, że nie jestem sama:)

      Usuń
  6. uwiebiam minimalizm, trzy sukienki na rzyż, wiesz, mam nawet dwie pary takich samych butów, bo jak coś lubię... to będę nosić na zmianę, żeby się zbyt szybko nie zużyło... a słoki zbieram, bo przerabiam owoce, które nam znoszą znajomi, jabłka, jeżyny, maliny... i sami hodujemy z pestek pomidory, więc zbieramy pudełka po dużych jogurtach, by później falance rosły sobie na oknie itd

    w zasadzie, to moje nawyki z dziecinstwa są we mnie, wyniesione z domu... moje kolezanki mają okulary na różne pory dnia, do garderoby, do butów, do makijażu, a ja mam jedną parę i ciągle się dziwią...

    dziwaczką jestem, bardzo to w sobie lubię :*

    cieszę się, że jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, trochę Ci zazdroszczę:) Bo choć nie jestem wielką miłośniczką robienia przetworów i uprawiania własnych warzyw (nadmiar w dzieciństwie takim czymś u mnie poskutkował:), to czasem nachodzi mnie ochota, by się w taki sposób zrelaksować i to robię. W skrajnych przypadkach cebulę wsadzę w szklankę z wodą i wyrasta szczypiorek. W środku zimy, gdy śnieg (marzenie:) za oknem - bezcenne. Na więcej na tym etapie życia - choćbym chciała - nie mam czasu, ale jak najmłodsze dziecię podrośnie... Od mniej więcej dwóch lat spokojniejszy tryb życia prowadzę i mam nadzieję, że tak już zostanie, więc i czas, i głowa do takich rzeczy będzie:)
      Upewniłaś mnie w tym, że można, że to nie tylko hipstersko-gazetowy lans:)

      I dobrze, że Ty tu jesteś:))) Naprawdę i w ogóle:)

      Usuń
    2. No właśnie okulary:) mam jedną parę oprawki malinowe:),ale nie pasują do wszyskiego i mówię do męża kupmy drugą parę w innym kolorze to mnie sprowadził na ziemie ,że 500zł nie da bo mam takie fanaberie wiem,że ma racje:(

      Usuń
    3. sorry, ze błędy, krzyż i słoiki i takie tam

      nam zwyczajnie nie smakują pomidory, które są w sklepach, dlatego postanowiliśmy hodować własne. A, że znajomi dowiedzieli się, że piekę szarlotki, wianki drożdżowe, to zasypują nas jabłkami ze swoich sadów, ale ile można? Nooo można... kocham Irlandczyków :) Irlandia

      Usuń
    4. No pięknie, teraz będziecie się bali pisać u mnie komenty. COFAM, KASUJĘ, ANIHILUJĘ! Odszczekuję poprzedni wpis o pracy. Błagam:)))))
      Też kocham Irlandczyków, Tych Polskich:). Od dawna na zielonej wyspie?

      Usuń
    5. mnie trudno zastarszyć :) Nic nie kasuj i nie cofaj :) jesteśmy różni :) Ci irlandzcy są fajniejsi, serio... ludzie są dla nas tacy, jacy my jesteśmy dla nich. Taką zasadą kieruję sie w życiu :) Jak długo? Mam wrażenie, że od zawsze :)

      Usuń
    6. Dobrze przyjąć taki punkt wyjścia do ludzi. Tylko że czasem pewnie się nie sprawdza. Dziś pesymistycznie. Ale i tak nie warto z niego rezygnować, bo dokąd nas to zaprowadzi? I filozoficznie. Pseudo, znaczy:). Biorę Twoją zasadę za własną, można?
      Ściskam mocno.

      Usuń
    7. Jeżeli się nie sprawdza, odpuszczam sobie takich ludzi, nic na siłę... to też działa. Bierz i miej przyjemność, a jak jeden z drugim nie reaguje, zwyczajnie idź dalej, to ich coś omija, nie Ciebie... kiss miła :)

      Usuń
  7. Ja do minimalizmu byłam zmuszona w dzieciństwie i w czasach gdy miałam naście lat .Nie przelewało nam się .tata nas wychowywał więc była jedna kurtka,jedne buty itd . Było mi smutno,że koleżanki do szkoły mają kurteczki a do kościoła płaszczyki dla mnie to było marzenie :( . Jeszcze donaszałam ubrania po starszej siostrze . Też się niczego nie wyrzucało no chyba,że się już rozleciało . Teraz kupuję sporo ubrań,ale zawsze myślę czy mam coś do tych spodni czy bluzki nie kupuję dziwnego koloru bo wiem,że będzie problem i co z tym idzie kolejny wydatek by skompletować resztę . Buty tez raczej kolor czarny lub brązowy by pasował do wszystkiego. Ty jesteś większą minimalistką niż ja:),ale ja się uczę cały czas ograniczyć konsumpcjonizm . No może od poniedziałku bo jutro jedziemy kupić płaszczyk na zimę bo mam 2szt,ale mają już swoje lata jedne 10lat a drugi 6lat śliczny szary wełniany,ale rozmiar S a po porodzie figura się zmieniła i rozchodzi się na brzuchu:(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy potrzebują zewnętrznych barier, by nie zatracić się w zakupach:), ponieważ te wewnętrzne okazują się za słabe:)))
      Pokaż płaszczyk!

      Usuń
  8. Minimalizm...

    Od jakichś dwóch miesięcy, temat wokół mnie buzuje. Z pewnego powodu ;).

    Jest codziennością. Z oczywistego powodu. Co zabawne, w wielu aspektach uwalnia.

    Czasem jednak miło mieć wybór.

    Lubię dobrą czekoladę, a mąż testowanie piw. I marzę o wielkiej kolekcji kolczyków! To jedyny chyba szczegół biżuterii, w którym mogłabym być rozpasana.

    Ach. To ja. Minimalistka, duchowa hedonistka.

    Co tu ściemniać ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to tak jest. Jak nie możesz mieć, jesteś biedny. Jak nie chcesz, jesteś minimalistą. A co do uwalniania... Do czasu. Później ustawiczny brak jednak zniewala. Chyba.

      Dużej kolekcji. Z serca:)

      Usuń
  9. Mi ten nieuświadomiony minimalizm bardzo pasował, był on obecny u wszystkich jak to napisałas. Ciuchy przechodziły z rąk do rąk po całej rodzinie aż do zdarcia i jakos był luz ,nikt nie patrzył na drugiego że niby biedota bo po kimś nosi.Teraz przeraża konsumpcjonizm w kazdej dziedzinie i cięzko się przed nim obronić.Jednak dostrzegam moje osiągnięcia w tej dziedzinie raz większe raz mniejsze...no cóż różnie mi to wychodzi.wiolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak było. U nas rodzinne dzieciaki wciąż donaszają. A że dzieciaków sporo, to i ciuchów (zabawek i książek także) sporo.

      I wiesz, tak myślę, że przed konsumpcjonizmem nie tylko trudno się obronić, ale także łatwo się od niego uzależnić. Bo bardzo szybko zmienia się sposób oceny tego, co mi wystarczy, czego potrzebuję itd. Zaczyna się kupować i planować w poczuciu, że przecież stare już się do niczego nie nadaje, chociaż tak naprawdę jest ok. Czasem następuje zimny prysznic, kasa musi iść na coś ważniejszego i okazuje się, że bez zakupów i bez planów też mamy całkiem sporo. Chyba że faktycznie nie mamy, ale to już całkiem inny temat:(
      Ściskam ciepło:)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.