wtorek, 4 listopada 2014

Od przybytku... Torebka nr 1

...z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Chociaż od przybytku głowa podobno nie boli, to już od konieczności tegoż przybytku nabycia owszem.

 


Jak się staroć lat kilka noszona ze starości swej rozsypie i na drodze właścicielki ślady okruszkami znaczy, znak, że to koniec jest. I nie ma to tamto, klasyk mawiał wielce dowcipnie.


Nienawidzę kupowania polegającego na zastępowaniu rzeczy, które się dobrze sprawdzały, długo służyły i same zostały nabyte po długich poszukiwaniach. Nie znoszę, ponieważ te już zużyte też wymagały zachodu. Choć akurat w przypadku Nine West poszło szybko, bo czas naglił - impreza wyjazdowa wymagała torby choć trochę różniącej się od sportowej, niewyglądającej jakoś bardzo tandetnie, a jednocześnie pojemnej. To było prawie 8 lat temu i wtedy kupienie takowej od ręki "za rozsądną cenę" nie było oczywistą oczywistością jak dziś.


Chociaż dziś, szczerze mówiąc, też takie znowu bardzo oczywiste nie jest. Ryzykować wydanie stówki przez internet... nie bardzo. Bo przez internet można, owszem, zaufać, że się kupi rzeczy niewyglądające tandetnie, tylko że ich ceny zaczynają się od kilku stówek. Te za stówę dają po oczach tandetą, że aż boli.

Mając więc śmieszne warunki brzegowe (ha!) - sto złotych, fason listonoszki (wolne ręce matki dziecięcia są na wagę złota), w miarę "elegancja" (chodzi o to, by się do tych ciuchów, co wiecie, nadawała), w miarę pojemność, ale też nieprzypominająca flaka forma (musi stać postawiona, nie więdnąć) i niebijący tandetą po oczach (choć tandetny w istocie) materiał, że o zwykłym "podobaniu się" nie wspomnę - no więc mając takie wymagania minimalne:), kupić torbę łatwo nie jest. Owszem, w internetach się widziało mnóstwo pięknych, pasujących, idealnych wręcz, co z tego, jak za stówek kilka.


Dlatego się raz dziecię na godzinę-do-półtorej pod opiekę starszaków oddało i w objazd najbliższego terenu (czytaj: dwie wsiowe galerie, trzy wolno sobie stojące sklepiki) ruszyło.
 

Się znalazło, kupiło i się ma. Idealnie nie jest, ale prawie. Dziurki (hej, Niezaradna!) się wiertareczką przy pomocy małżonka dodatkowe wywierciło (pozdrawiam Cię, Koleżanko Anno:) i służy. I sentyment wzbudza, bo się przy pomocy podobnej przez całe liceum udawało, że się książki do szkoły nosi, choć sama cegła do polskiego zmieścić by się w nią nijak nie mogła, a co dopiero reszta makulatury typu podręcznik do geografii lub fizyki:), że o matematyce nie wspomnę. Chociaż tamta była od góry naprawdę luźniejsza (dokładnie tak, Miłe moje:) i zamka ani kieszonek wewnętrznych nie miała. Niektórzy pewnie tamte listonoszki pamiętają. Klasyczne były w kolorze skóry naturalnej, ale ja miałam czarną, coby było oryginalnie, a jakże.

Tyle o torbie nr 1.

Będzie i o drugiej, bo to dzień rozpusty był, bo grzech nie skorzystać, jak dają, jak się kilka okoliczności korzystnych zbiega, co przy moim szczęściu następny raz nastąpi za kolejnych lat kilkanaście, więc... Są dwie. Druga wkrótce:)

32 komentarze:

  1. No u mnie też wraz z dziecięciem się torby "przez ramię" pojawiły.

    OdpowiedzUsuń
  2. u mnie w liceum nosiło się plecaki:) listonoszek sobie nie przypominam. plecaki były albo skórzane czarne albo zielone wojskowe, wówczas obowiązkowo z naszywkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, plecaki też były, a nawet dżinsowe wory własnoręcznie z nogawek starych portek uszyte i koniecznie w stosowne hasła długopisem przyozdobione, w stylu "punk not dead" albo "no future", co - jak się przyjrzeć - dziś mi się kłóci, ale wtedy wcale a wcale:)

      Usuń
  3. Torebka rzecz ważna! Tak samo jak portfel:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Ale portfel mam jeszcze z czasów pewnej prenumeraty. Ochnika dawali, który w sklepie kosztował 160 zł, a tu był gratis, bo prenumerata niecałe sto kosztowała na rok, a gazetkę i tak bym kupowała. Ale teraz prenumeruję całkiem co innego. Portfeli nie dają:)

      Usuń
  4. Z liceum mam po dziś dzień rasową, skórzaną myśliwską :). Po rzetelnym tjuningu może jeszcze wróci do łask. Jest naprawdę pierwszorzędnej jakości, nawet przegródki na naboje ma - dzierżyło się z niej długopisy i inne takie tam.

    Na listonoszkę się nie załapałam, podziwiałam u innych. Więcej podręczników się do niej mieściło, ale cóż - pielęgnowałam stylowy tumiwisizm wobec obowiązków szkolnych :).

    A Dziury, Dziurzyska, Dziureczki - odkrywanie i głęboka eksploracja mogą nieść ze sobą nielichą porcję satysfakcji :). Raduj się, Świecie!

    "Punk not dead" albo "no future" Ci się kłóci? Zgred, zgred, zgred!

    Spoko, ja podpieram się laseczką, starannie wyciosaną ze zgredziego sceptycyzmu, Przycupnij se obok, posunę się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale święte słowa, no przecież, że myśliwską! Skleroza starcza. I zgred.No właśnie taką miałam z przegródkami na naboje. Ale się nie ostała.
      Jak nie umarł, to jakie bez przyszłości, że co? Że jaki zgred? W pewnym wieku logiczne myślenie jako cecha zgreda się jawiło, fakt.
      Kochana, za miejsce dziękuję:). Powinnam powiedzieć: dziękuję, postoję, ale nie wiem, czy sił mi wystarczy, bo cynizm zżera mnie od środka. Los Konrada nie wzrusza nic a nic. Pora umierać?

      Usuń
    2. Was to się trzymają ostatnio te cmentarne dialogi. Poświecę zniczykiem, co byście nie poplątały laseczek na tym sceptycznie cynicznym padole ;)

      Usuń
  5. Za moich czasów mówiło się na taką torbę konduktorka - tylko były w kolorze skóry.
    Fajna i solidna, Uściski, B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, konduktorka też się mówiło, fakt. Tylko u nas na taką "prostokątną w dół". Jak pisała Niezaradna, marzenie trudnoziszczalne:), nie do zdobycia. Już prędzej te półokrągłe można było upolować. A pamiętacie szał na arafatki?

      Usuń
    2. To ja się bezczelnie przyznam, że odziedziczyłam DWIE konduktorki :P i skórzastą i czarną (paskudnie, wiem :)
      A arafatek jakoś nie mogłam ukochać, bo mi kilogramy rzemieni na szyi zasłaniały.

      Słowem: torebka - pierwsza klasa. Liceum. Klasyk, nigdy się nie znosi :)

      Usuń
    3. Rozpusta, fakt. Ale niezawiniona, więc ujdzie:) Arafatki wielbiłam, bo nigdy nie miałam. Jak raz "rzucili" w 88, to dla mnie nie starczyło:), chociaż się wystałam, z mamą, bo to jeszcze w podstawówce. A potem już inne "priorytety" były, np. oszczędzanie kasy na "Odjazdy" i ciekawe, kto wie, co to:)

      Usuń
    4. To ja się przyznaję, że nie mam pojęcia :) a co to?

      Usuń
    5. A to:
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Odjazdy
      :)))

      Usuń
    6. ha! ja do dzisiaj mam arafatkę w szafie, i cenię ją sobie wielce ;-)

      Usuń
  6. Jestem pełna zachwytu nad ta torebką jest cudna:). Ja o listonoszce marzyłam kilka lat,ale nie o takiej kiepskiej jakości,później zapomniałam o niej . Zeszłej zimy mąż okazał się choiny i kupił mi dwie brązową i czarną. Niewygodnie mi było z dzieckiem wychodzić na spacer za rękę z torbą na ramieniu a listonoszka to jest wygodna:). Kochana od soboty walczę z grypą wczoraj wreszcie się wybrałam do lekarza no i mam leżeć a to trudne bardzo :( kaszel mnie tak męczy,że od 4rano już nie spałam:(. Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Agnieszko:) Jak mi Cię żal z powodu tej grypy. Mam nadzieję, że już chociaż troszkę lepiej się czujesz. I że masz możliwość wyleżeć, bo z grypą inaczej się nie da. Kuruj się, biedactwo, i zdrowiej:))) Ściskam Cię bardzo mocno!

      Usuń
    2. Ale byka wstawiłam choiny ehh źle ze mną:( miało być hojny . Dziś sąsiadka wpadła i mi Jasia zabrała na spacer to poleżałam z godzinkę:) . Teraz jem kisiel i idę pod kołderkę bo się zakaszlę:( . Dziękuję za wsparcie duchowe słonko:)

      Usuń
  7. Takiej właśnie szukam, co jakiś czas, i nie mogę dobrać dla siebie idealnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ta też taka idealna nie jest. Na przykład mogłaby być pojemniejsza i mieć szersze wejście, bo ona wygląda duża, a w rzeczywistości to niewiele się w niej mieści poza drobną zawartością. To nie to, co dawne listonoszki/myśliwskie:), które spinało się paskiem na dole i można było je wypchać:)

      Usuń
  8. Fajnego masz bloga:) Wydajesz sie byc bardzo sympatyczna osoba i dobrze sie Ciebie czyta. Tak trzymaj! A co do slow fashion tez sie ostatnio sklaniam w tym kierunku:)Pozdrawiam cieplo:) Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak miłe słowa:) I tak potrzebne raz na jakiś czas. Fajnie, że interesujesz się slow fashion, tak wiele elementów życia wymaga maksymalnego napięcia, wysiłku i pośpiechu, że przynajmniej w tych najbardziej prywatnych zakamarkach bycia warto naprawdę zwolnić i nadać im taki kształt, jaki nam najbardziej odpowiada.
      Cieszą mnie Twoje odwiedziny:) Zapraszam na więcej!

      Usuń
  9. A mnie się marzy taka torebka :)!!!
    _______________________________
    www.stylowo40.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. hahaha,
    czasami sobie myślę, że naprawdę w głębi duszy to jestem facetem ;-)

    po pierwsze: się nie obrażam ;-)
    a po drugie: jak coś mi podejdzie ( w sensie jakiś ciuch) to noszę aż do zdarcia.

    kiedyś trafiłam na taką torebkę, która mi się wyjątkowo spodobała, że potem szukałam identycznej.
    w efekcie to wyglądało, że naprawdę byłam niefaszyn, bo przez kilka lat- nosiłam taką samą torebkę ;-) ( jakoś 2 czy 3 egzemplarze).
    a gdy ostatnio ( po 10 latach) dokumentnie już zniszczyła się moja ulubiona podróżno-turystyczno-weekendowa torba, która kiedyś była torbą codzienną i noszoną do imętu, a w której mieścił się nawet statyw do aparatu to był płacz ;-)

    dlatego- zdarza mi się, jak trafiam na coś fajnego, dobrej jakości, oraz względn ie basicowego- kupować więcej.

    np. teraz jeszcze będę "donaszać" grube rajtki, które jakieś 2-3 lata temu kupiłam okazyjnie w outlecie gatty po 2-3 pln za 60-80 den.
    bez wahania wtedy kupiłam całą reklamówkę rajtek- bo tego to nigdy za wiele.

    tak samo mam z jakiegoś outletu dwie pary identycznych butów- do chodzenia po biurze, bo dzięki temu wiem, że na jakieś 2-3 lata, albo i dłużej mam spokój.

    czasami lubię, jak coś się właśnie już zniszczy i wtedy mogę coś nowego, jakiś powiew świeżości wprowadzić,
    jednak najgorsze wtedy jest właśnie szukanie nowego egzemplarza- gdy wiadomo, że stary był och i ach. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, Kochana:), mamy wiele wspólnego, wiesz? Też kupuję na zapas, ale tylko rzeczy tańsze, typu rajstopy itp. A wiesz, że w sumie, to też niekiedy czekam, aż coś się zniszczy, zwłaszcza gdy zakup średnio trafiony albo znudzony:). Co z tym facetem... Ponoć faktycznie "prawdziwi" faceci cenią rzecz za trwałość, funkcjonalność i też urodę, i nie gonią za nowym tylko dlatego, że nowe musi być. I czy ja wiem, czy to pragnienie nowości to kobiece jest? No nie wiem:) Ale jak coś och i ach, to zawsze warto przygarnąć, nie?:)))

      Usuń
    2. Ja tak miałam w swoim czasie z butami. Kupowałam, zakładałam . . . i jak nogi przeżyły tą operację bez krwi i dobrze się w tym chodziło, leciałam i dokupowałam kolejne 2-3 pary. Żeby tylko potem nie trafić na jakieś paskudztwa raniące nogi. Oczywiście z powodu tego mojego umiłowania do wygody, buty musiały zawsze mieć fason klasyczny, ponadczasowy. Podwójnie kupowałam jeszcze bluzki, swetry i oczywiście rajstopy, te ostatnie też hurtowo :))) Pozdrawiam

      Usuń
    3. To jest dobra metoda, tylko trzeba mieć kasę od razu na kilka sztuk odzieży. A jak się ma w domu "kilka sztuk" dzieci, to ciężko wygospodarować coś na jedną sztukę dla siebie:) Fajnie, że wpadłaś!

      Usuń
  11. Ale fajnista torbina jak zwykle twój styl slow rzadzi.Podoba mi sie bardzo bo taka do tańca i do różańca:) wiolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolina, fajnista torbina jest super! Całe życie muszę tak kupować, żeby wszystko było do tańca i do różańca. Nie ze wszystkim do końca tak się da, zwłaszcza w moim wieku, kiedy oficjalnych okazji przybywa. To na te okazje można kupić kilka dyżurnych ponadczasowych na lata. Kiedyś wypadało zawsze iść w balerinach i w dżinsowej spódnicy, dziś niekiedy trzeba mieć obcas, a dżins zamienić na nie-dżins:). I tak z wieloma rzeczami. Ech, lata:(

      Usuń
  12. Ach, uwielbiam listonoszki! Ale pozwoliłam sobie jakiś czas temu li tylko na małą czarną, taką do kościoła, na chusteczki i klucze, za to skórzaną i na wieki :-) Na co dzień wybór padł na fason podobny do nr 2, czyli workowaty prostokąt niepozorny, acz pakowny w miarę potrzeb, na ramię własne, tudzież ramę wózka :-)
    Zauważam, że ani nr 1 ani 2 nie przypominają poprzedniczek :-)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.