niedziela, 21 grudnia 2014

Przezorny potrójnie ubezpieczony, czyli pierniczki

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Już całe internety upiekły pierniczki, pierniki i inne korzenne cuda. Upiekłam i ja. A co!

Tylko że ja... A zresztą sami zobaczcie:



Poszłam na łatwiznę. Będąc samą w domu z dziecięciem, poszłam. Na wielkie zakupy świąteczne, gdzie skusić się pozwoliłam takiemu oto gotowcowi. Kilka złotych. Kulę na podsypanym mąką blacie ulepiłam, rozwałkowałam, pożyczonymi foremkami wykroiłam i oto są już na blasze.

Czemu tak? Z dwóch powodów.

Pierwszy jest taki, że ja mam "pierniczkową traumę". Ale naprawdę. Na pierwsze własne rodzinne pierniczki porwałam się, w czwartym miesiącu ciąży będąc, i skończyło się to pięciomiesięcznym leżeniem. Zagniatanie, wałkowanie, do piekarnika schylanie - niby nic, a siekło. Tyle powód pierwszy. Pierniczki wyszły ładne, tylko twarde jak kamienie, ale kto to mógł wiedzieć, jak się świeżą mężatką było, w domu rodzinnym luksusów takowych nie znało, internety nie bardzo funkcjonowały, a w gazetowym przepisie nie ostrzegli. Poszły na choinkę ozdobione kolorowymi pisakami. W pozycji półleżącej. Po dwóch latach (i dwóch pobytach na choince) zmiękły. A dowiedziałam się o tym, gdy najstarszak (wtedy dwuipółletni) razu pewnego objawił mi się, po pół godzinie cudownego spokoju, z obliczem przyozdobionym na brązowo-czerwono-żółto i zielono, a po pierniczkach ostał mi się ino sznur. A dokładnie zielony kordonek, na którym wisiały. Zmiękły bez wątpienia. Okruszki też były smaczne. Wiem, bo próbowałam.

Powód drugi z pierniczkami bezpośrednio się nie wiąże, ale z zagniataniem ciasta od zera już tak. Moja Mama miała bliźniaki. Nie, to nie ja. To oprócz mnie. No więc moja Mama miała bliźniaki i kiedyś to nie było, że szłaś łamane przez szedłeś do sklepu, półprodukty kupowałeś łamane przez kupowałaś i cześć. Wszystko od zera. I na jedne święta ta moja Mama do wielkiej misy włożyła: mąkę, rozpuszczoną i schłodzoną margarynę, cztery jajka, pół szklanki śmietany, proszek do pieczenia i olejek waniliowy. I wsadziła w to wszystko ręce, coby ciasto półkruche pod sernik łamane przez makowiec zagnieść. Szybciutko, cichutko, raz-dwa, niezauważalnie, w try miga. Bęc! W tetrowej, takiej wpierw do płukania, potem do namaczania, a na końcu do prania pielusze - bęc! No to ręce z ciasta, pod kran, z tej mokrej mąki i byle szybko, bo jeszcze usiądzie i całe do przebierania i kąpania będzie. A stany wojenne w wilgotne chusteczki do szybkiego i awaryjnego obmywania nie obfitowały, więc w razie wykonania siadu przez półtoraroczne dziecię roboty na pół godziny będzie. Ciasto ledwo zarobione w misce. Okej, przewinięte, umyte, spłukane, namoczone. Czas wracać. "I wsadziła w to wszystko ręce, coby ciasto półkruche pod sernik łamane przez makowiec zagnieść. Szybciutko, cichutko, raz-dwa, niezauważalnie, w try miga. Bęc!". Takie małe déjà vu, a co tam, raz się żyje, za to podwójnie. Matką bliźniaków będąc.

Rodzinna anegdota w stu procentach prawdziwa skutecznie odstrasza i godnego alibi dostarcza, by ulegać promocyjnym przedświątecznym pokusom i jeszcze się nimi przechwalać. No tak. Noce szanuję na sen. Tak się umówmy, żeby nie było, żem leniwa. Bo ciasto gotowe do rozwałkowania to mało!

Już ostatnio (albo przedostatnio) chwaliłam się pudełkiem pierniczkowego proszku, do którego tylko trochę masła, jedno (albo dwa, nie pamiętam) jajka i już. I voilà!


A tak to się piekło. Żeby nie było, że całe internety pokazują, ale nie ja. Dlatego proszę bardzo:


Te z gotowego ciasta.


A te z proszku. Ostatnia porcja zaraz znajdzie się w piecu. Pierwsze od lewej serduszko "odwrócone" - resztka absolutna:).



Tyle mi się udało, tyle tych gotowców było, tyle dziecię wytrzymało. Upieczone już w poniedziałek, do teraz czekały na to, aż znajdę dla nich czas. Znalazłam. Znów jest niedzielne przedpołudnie. Znów w wózeczku, pilnowane przez tatusia, śpi dziecię. Znów kapusta z grzybami kojąco pyrkocze w garnku. Znów...

Dziś po południu darujemy sobie odwiedziny u Rodziców i może przyozdobimy pierniczki. Zapach był nieziemski, więc co z tego, że nie od zera robione? Dobrze mi, że są. Że minęło piętnaście lat. Że wreszcie przestały mi się koszmarnie kojarzyć. Może dlatego je upiekłam.

Niemożliwie mi się w tym poprzednim akapicie zrobiło, więc koniec.

A tak się zabezpieczyłam na wypadek, gdyby jednak najmłodsze dziecię włożyć rąk w ciasto nie pozwoliło:


Przecież nie mogę zostać w święta całkiem bez pierniczków!
Przezorny zawsze ubezpieczony. Czasami potrójnie.

A tak naprawdę to zależało mi na tym, żeby ich nie zepsuć, żeby jednak były.
I ten zapach... Bo w kwestii pieczenia antytalent ze mnie wybitny.

15 komentarzy:

  1. u mnie wszystkie pierniki, jeden w jeden są w kształcie nosorożca :* Pięknie się pierniczyłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie zrobiłam zainspirowana Twoim poprzednim wpisem, pierożki ze śliwkami. Kilka ugotowałam od razu na spróbowanie, przepyszne lekko polane miodem :)
    Dorota P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że wpadłaś:) i się zainspirowałaś. Dla mnie to wielka frajda. Sama gotować nie umiem, więc Twoje pierogi są na pewno o niebo lepsze od moich. A miodem to ja się z Twojego pomysłu poczęstuję:) Więc podwójne dzięki!

      Usuń
    2. O dobry pomysł z tym miodem, też się poczęstuję - tylko nie wiem, czy to już za słodko nie będzie.;)

      Usuń
    3. Dobry, dobry, chyba mężowi podkradnę, chociaż w zasadzie ich nie lubię.

      Usuń
  3. Ha, przysięgłabym, że już wbijałam komenta.

    Trauma piernikowa po takich przygodach uzasadniona w pełni. Ale idziesz odważnie do przodu, fajnie :).

    Moje pierwsze pierniki "na swoim" były z piernikowego proszku właśnie :). A teraz - staropolskie, dojrzewające pięć tygodni ciasto, niemieckie lebkucheny - sto odkryć przed Tobą!

    Pierniczenie jest jak stworzenie jednoczącego kręgu, gdy się nie działa samemu :). Bawcie się dobrze, świętujcie słodkoooo (nie mylić z: mdło!).

    Ścisk silny, Zdolniacho!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie usunęłam go, nawet przypadkiem słowo:)
      Gdyby nie robota zmianowa, dałoby się coś razem upiec, a tak...
      Dzięki!

      Usuń
  4. A ja się na pierniczki zawsze rwać będę, bo moja "trauma" z dzieciństwa, to właśnie brak pierniczków :) marzenie niespełnione przez lata, aż, pobłogosławiona odpowiednią porcją małolatów, stwierdziłam, że uchowam bidaki od grzechu zazdrości. I pieczemy. W systemie long. Sama wiesz :)
    Co nie zmienia faktu, że pierwszy raz wyszły dopiero w tym roku. Powód leży zamknięty głęboko w kulinarnej księdze pani MM, co ją tu niedawno pokazywałaś. NIGDY NIE PIECZ TAMTYCH PIERNICZKÓW! Kruszeją tak jak te Twoje z pierwszego rzutu :)

    A bliźniacza historyjka? Oj, jakże bliskie, a zarazem jaka ulga, że to już tylko historyjki :*
    Smakowitego opychania, Mistrzyni Zaradności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, wiedziałam, że się na tę historyjkę odezwiesz:) O Tobie myślałam. A pierniczki MM to pewnie takie tradycyjne, że i kruszeć muszą tradycyjnie - latami:)
      Wczoraj ozdobiliśmy we dwójkę - wyglądają trochę jak minimazurki wielkanocne, ale co tam! Dobre są:)

      Dzięki!

      Usuń
  5. No z ta trauma piernikową to jakaś maskara ile mogą takie pierniczki wyrządzić krzywdy ciężarnej:( . Pierniczki cudne:) . Ja w tym roku nie robiłam bo teściowa nie robiła więc nie będę się rządziła w cudzej kuchni . Za to zrobiła specjalnie piernik dla mnie taki co leżakuje 3-4tyg pyszności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrą masz teściową:) Chciałabym kiedyś zrobić taki piernik i spróbować. Czy smakuje podobnie do zwykłego?

      Usuń
  6. Taki co długo leży jest lepszy według mnie jest bardziej aromatyczny i ma strukturę bardziej zbitą:)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.