piątek, 5 grudnia 2014

To nieprawda. O podczytywaniu

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

To nieprawda, że nie ma czasu na czytanie poezji. Że jest ekskluzywna. Wymaga oprawy. Żeby było cicho i spokojnie na duszy. Że jak już, to koniecznie fotel wygodny i lampa. Chociaż zdanie o jej ekskluzywności jest akurat prawdziwe. Bo jest.



To nieprawda, że podczytywać w biegu można tylko prozę. Najlepiej publicystyczną albo notkę w gazecie. Względnie felieton, bo krótki.


Z poezją najczęściej jest tak, że krótką formę przybiera właśnie wiersz. Liryka jest impresją, krótką chwilą, wrażeniem. Z pewnością jej powstanie dzieje się w dłuższym czasie, ale dla czytelnika nie ma to większego znaczenia.


Czytelnik może się dzięki poezji na chwilę zatrzymać. W biegu wytargać z regału grube tomisko Miłosza wierszy zebranych w dwukilową cegłę. Na chybił trafił otworzyć. Albo nie tak całkiem na chybił, bo chodzi o to, żeby się dało przeczytać w najwyżej trzy minuty.


Tyle sobie daję na oddech, kiedy biegam ze ścierką z mikrofibry między jedną a drugą pralką w piątek rano, ponieważ sprzątamy i pierzemy w piątek rano (to znaczy ja, bo reszta rodziny dopiero wtedy, gdy wróci), żeby sobotę mieć już całkiem wolną od przykrych obowiązków i poświęcić ją tylko na przyjemność czytania dla pieniędzy.


Więc nie tak całkiem na chybił, może trochę bardziej na trafił. Aby trafić w wiersz, który jest krótki. O, na przykład taki:



W chwilach całkowitej desperacji podejmuję próbę zniknięcia na dwie dodatkowe minuty, co razem już daje mi pięć pełnych okrążeń wskazówki sekundnika na piętnastoletnim budziku, który aktualnie jest schowany w szufladzie, ponieważ składa się z drobnych części bardzo atrakcyjnych dla małego, które domaga się go dość natarczywie, kiedy tylko ma go w zasięgu wzroku.


Więc w chwilach trochę większej (bo powiedzieć, że całkowitej, to jednak lekka przesada, ponieważ całkowita desperacja zdarza się rzadko, a jeśli już, to skłania mnie to zamknięcia się na dłużej w kabinie prysznicowej w celu spłukania z siebie tego wszystkiego, co mnie do niej przywiodło) desperacji czytam taki sobie trochę dłuższy wiersz:



Pokazuję go nie tyle ze względu na treść, choć ona jest dla mnie akurat ważna, w końcu nie tak do końca przypadkowo go wybrałam, ale proszę, żebyście w żadnym razie nie pytali dlaczego. Pokazuję go z powodu jego mniej więcej pięciominutowej długości.


Powiecie, że tych kilka niepełnych linijek każdy głupi przeleci wzrokiem w pół minuty. Zgoda. Lecz przecież nie tak czyta się poezję. Nawet prozę tak zwaną wysoko artystyczną nie tak się czytać powinno. I wcale nie chodzi mi o to, żeby zaraz ją analizować, nie, bo czytanie wiersza to bardziej czas na przeżycie, wchłonięcie, na wrażenie. Ale przecież ja tym razem nie o tym.


Miało być o tym, dlaczego mówienie, że zwykły człowiek nie ma czasu na czytanie poezji, jest (zwykłą, a jakże) wymówką. Bo poezja wcale nie potrzebuje miękkiego fotela, ciepłego światła lampy, dłuższej chwili spokoju, a nawet nie potrzebuje (w każdym razie nie aż tak bardzo) samotności.


Ponieważ kiedy tak zwany zwykły człowiek spróbuje na chybił trafił (bardziej na trafił, pamiętamy) otworzyć mniej więcej dwukilogramową cegłę zbierającą wcale nie aż tak bardzo uczone, jak się o nich chyba dla odstręczenia tak zwanych zwykłych ludzi mówi, wiersze Miłosza, okaże się, że już mniej więcej w drugiej, najdalej w trzeciej linijce pojawi się i fotel, i ciepłe, wiadomo, że musi takie być, światło stojącej lampy (niektórzy utrzymują, że koniecznie z abażurem, bo to on to miękkie światło zapewnia), a trzymana w rękach (przecież się jej nie odkłada, bo się już, zaraz do wycierania regału wraca) ściereczka z mikrofibry zdematerializuje się jakoś tak niepostrzeżenie, choć przecież tylko na trzy albo pięć minut.


Powrót do rzeczywistości może oczywiście trochę boleć, ale nie aż tak bardzo, jak by się mogło wydawać. Utrata świadomości trwała bowiem zaledwie trzy minuty. Czasem pięć. W każdym razie można tu z całą odpowiedzialnością mówić o tak zwanym relaksie totalnym. 


Jeśli kogoś razi połączenie pojęć poeta doctus i ściereczka do kurzu, to trudno. Wciąż trwam na stanowisku, że najważniejszy jest higieniczny tryb życia. A w temacie higieny i czystości zarówno mikrofibra, jak i poezja mają naprawdę wiele do powiedzenia.


I tak jest dobrze.

29 komentarzy:

  1. oj, ja też pranie dziś nastawiłam, ale niestety z obowiązkami jakimikolwiek dalszymi to ja sobie dziś nie poradzę-impreza firmowa:(((
    w każdym razie podczytywałam sobie dziś, a nie powiem, z rana w kąpieli, tyle, że kryminał, a nie poezje
    powtarzam sobie, że do poezji jeszcze nie dorosłam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, a co czytałaś? Ale Ty czasowa kobieta jesteś, jak się w wannie z rana (i z książką!) wylegujesz!:)))

      Usuń
  2. Zgadzam się z Toba że higiena życia jest ważna w każdej dziedzinie.Ja tez sprzatajac robie sobie tzw,przystojki,a to cos poczytam a to płyte włącze mimo iż brak nastroju bo gary w zlewie itp. ale takie chwilki wykradzione są odpoczynkiem dla duszy.Taka naprawdę moja,, mojojść"-wiolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie to jest taki paradoks, że jak te przysłowiowe gary w zlewie albo kurz na regale, to nastroju nie uświadczysz. A jak się go siłą za twarz przyprowadzi, nawet i bez przekonania, to on robi z człowiekiem, co chce. Pojawia się. I już te gary nie takie straszne:)

      Usuń
  3. Zegarek do szuflady - to może sposób na ogarnięcie przemijania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie:) A przy małym dziecku na czterdziestkę to nawet na cofnięcie:)

      Usuń
  4. Uch, poruszyłaś mój bolący wyrzut sumienia. Poezja. Częściej jej teraz słucham, niż czytam.

    Dlatego kocham Nosowską, jedną z mych ulubionych poetek współczesnych. Myślę i tonę.

    Wyciągnąć poezję i w kiblu położyć? Będzie sprowadzenie sacrum do profanum, czy jednak czytelnictwo na przekór warunkom? Hmmm...

    Dzięki za wpis ten.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zwał, tak zwał:), byle czytał. Z akcentem na ał:)))
      I wyszło na to, że sumienia poruszam. Uch!!!
      Co do Nosowskiej - pełna zgoda, tylko słuchać nie ma na czym, bo nam wszystkie sprzęty padły i już tylko tv charczy:)

      Usuń
    2. ha, i pójdzie fala. boś mi też na nosie zagrała. chlipałam ostatnio, że brak czego do poczytania. i sił. i czasu. a zapomniałam, że mi się kurzy Dickinson. krótkie dla oczu, a ze ścierą można latać, kiedy w głowie szumi :) dzięki, już sobie odświeżam!

      a ja znów Was lubię trochę bardziej za tą Nosowską :* ta kobieta się nie zestarzeje, skoro nawet Najmłodsze ją podśpiewuje do śniadania.

      (Niezaradna, ponoć sacrum z profanum się przeplata. właśnie znalazłaś łącznik ;)

      Usuń
    3. A w oryginale? Bo nawet nie kojarzę, kto tłumaczył, a nie mam. To może Ty w oryginale takie cuda łykasz? Nosowska pisze dobrze, trochę gorzej gada, czym sobie u mnie lekko nagrabiła już dwa lata temu, ale nic to, się przedawniło, wybaczam:)
      I niech idzie fala! Niech idzie.

      Usuń
    4. W oryginale próbowałam jeszcze na studiach, ale chyba miałam za mało cierpliwości i zbyt skromny warsztat ;) ale nie powiem, że nie nęci. Lubię oryginały za zabawy słowem, których nie da się przetłumaczyć (ostatnio dokształcam się w tym temacie bajkami i podsłuchuję, jak tłumaczą ;) że niby da się edukować przy dzieciach).
      A czytam w przekładzie Iłłakowiczówny. Ale wiem, że ponoć nawet Maleńczuk ją sobie do pieśni adaptował. Kiedyś miałam poszukać, ale zapomniałam. Więc podwójne dzięki za impuls!
      Nosowskiej głównie słucham przy akompaniamencie, to mi nie miała jak podpaść. I całe szczęście, bo niezbyt to przyjemnie przejechać się nie idolu. Zwłaszcza z tych pięknych starych czasów kilkanaście zmarszczek temu :)
      Buźka wieczorową porą :*

      Usuń
    5. Trafiłaś w punkt z tymi zmarszczkami, bo to o nie chodziło:). I o botoks.
      http://www.styl.pl/wizytowka-Urszulka/artykuly/w-innej-sprawie/news-czy-zmarszczki-odbieraja-godnosc,nId,632435

      Uściski!

      Usuń
  5. Ja tak mam z Herbertem, a może... nie wiem z kim tam nie mam, chwytam tomiki, które leżą gdzie popadnie, czytam Pamięć Smieny Grzegorzewskiej, te wiersze są jak druga skóra, jak młodość, która wraca w zapachu jaśminum. I bez moich Irlandzkich poetek nie poznałabym tego kraju, pokochałam je, a one mnie. Więc czytam, odkładam, prasuję koszulę, następną, idę do Ingeborg... I tak... posłucham Sigur Ros, posłucham Ibeyi, przebiegnę się po świecie, wrócę na Mullaghmore do Yeatsa. Każde miejsce, gdzie mnie ciągają czymś pachnie. Zapamiętuję, muszę tam wrócić, ale najpierw praca.

    kiss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, u Ciebie to tomiki leżą gdzie popadnie, a u mnie stoją i się kurzą na najwyższej półce, i tylko ten ceglasty Miłosz się tam nie mieści:). A wszystko to razem wygląda tak, jakbym tylko jego miała. Niech będzie. Ale Ty to masz życie... Mimo że "najpierw praca":)))
      Ściskam mocno.

      Usuń
    2. Już miałam takie momenty, że samą poezją przeżywałam dni, jednak bez kasy, to można sobie dzisiaj, przeżywać dość boleśnie... dlatego tak na krawędzi u mnie z wierszami, w rozdarciu. Przecież pisuję dla kilku osób i dla tych, co będą po mnie i to właśnie dzięki Miłoszowi zrozumiałam. Kiss i miłego weekendu

      Usuń
    3. Tobie też, Małgoś:)
      Kasa...

      Usuń
    4. pewnie można bez niej żyć... pewnie tak :)

      Usuń
    5. Do czasu:)))
      Aż brak do muru przyciśnie.

      Usuń
  6. Nawet nie wiedziałam, e jest takie wydanie poezji Miłosza... No i kolejna pozycja czytelnicza na liście. Kiedy? Za co? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest wydanie jubileuszowe, na setne urodziny poety, ukazało się prawie razem z biografią autorstwa Andrzeja Franaszka (w bardzo podobnej szacie graficznej, podobnej grubości i formacie). Biografię dostałam na urodziny, a za rok, na kolejne urodziny (i od kogoś innego) wiersze. Taką metodę polecam, jeśli idzie o "za co?":)))
      Witam na blogu:)

      Usuń
  7. Ja poezję czytałam w szkole średniej i podstawowej,bardzo ją lubiłam interpretować. Potem już nie czytałam . Dla mnie poezja jest wymagająca nie umiej jej czytać w trakcie smażenie naleśników jak zawsze to robię z innymi książkami . Teraz czytam Zapach drzewa sandałowego:) . Fajna książka . Miłego Mikołaja:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W trakcie smażenia naleśników faktycznie chyba nie warto:), bo w czytaniu wiersza chodzi o to, by się na trzy, cztery minuty zapomnieć. Przy smażeniu można by w ten sposób puścić z dymem kuchnię i nie tylko:)
      Ale już przy sprzątaniu owszem. Ścierę zawsze można na tę chwilę rzucić albo odkurzacz, i przy okazji siebie:), wyłączyć. Porównałabym to, może naiwnie, ale jednak, do głębokiej relaksacji. Krótko, lecz intensywnie. A to poczucie, że się robi coś absolutnie i wyłącznie dla siebie, jest naprawdę nie do przecenienia. Mówię serio. Nie chodzi o to, żeby czytać poezję, obnosić się z tym (jak ja - na blogu:) i szpanować. To coś więcej. To luksus, a poczucie ekskluzywnego luksusu, chwila wrażenia (bo już niekoniecznie analizy wiersza:), powoduje błogość. Tak, błogość i słyszę, jak to pretensjonalnie brzmi:). Nie znam się na technikach relaksacyjnych, ale na mnie to tak właśnie działa. A drzewo sandałowe brzmi kusząco:) I jak tam, prezenty były?:)

      Usuń
    2. Kochana prezenty dla Jasia były a ja dziś dostałam od moich chłopaków piękny prezent bo 8godz wolności we Wrocławiu z przyjacielem:) . Odgoniłam złe myśli w tym czasie zrelaksowałam się i tak się z Ł.zagadaliśmy i czasu za dużo spędziliśmy na jarmarku Bożonarodzeniowym ,że musiałam mnie odwieść 60km bo autobus odjechał 5min wcześniej:P . Mąż i dziecko wytęsknieni czekali na mnie i przywitali mnie wielkimi uśmiechami:)

      Usuń
    3. I w ten sposób zyskałaś dodatkową godzinkę:) Pewnie się obkupiłaś na Jarmarku, co?

      Usuń
  8. Szczerze? szkoda mi było czasu na stanie w kolejkach bo były mega lepiej tam wpaść na tyg:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja tak się zastanawiam, czy na takiej imprezie to naprawdę jest coś, czego nie da się kupić w normalnym sklepie i po bardziej normalnej cenie. Oprócz atmosfery, rzecz jasna:) Ale atmosferą można się napawać i bez kupowania:)

      Usuń
    2. No ceny były kosmiczne np Ł.kupił nam po szaszłyku z truskawek w czekoladzie 4truskaweczki 15zł!!!! i Jasiowi lizaka laseczkę 6zł!,kromka chleba ze smalcem 15zł to drogo jak na moją kieszeń no,ale nie ja płaciłam:P

      Usuń
  9. Dawno poezji nie czytałam,
    ale już idę na dół książkę wyciągnąć i sobie położyć, na wierzchu.
    Żeby zaglądać.

    Jak dobrze, że ja tutaj do Ciebie zajrzałam!

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.