poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wigilia i Boże Narodzenie bez glutenu. This year

...z cyklu "Gotuję sobie"


Zazdroszczę. Zazdroszczę samej sobie. Samej sobie sprzed równo roku. Tak bym chciała mieć i w tym tyle czasu i tyle możliwości, co w zeszłym. Dziecię w kojcu, matka na rodzicielskim, atmosfera świąteczna budowana stopniowo, wszak Adwent ma swoje prawa, a bez niego nie ma tych Świąt. Stopniowo, delikatnie, ale konsekwentnie, już od początku grudnia. Od pierwszych radości z odwiedzin Świętego, przez niespieszne kompletowanie nastroju już 12 grudnia, gotowanie najlepszej na świecie:) kapusty z grzybami 17 grudnia, wyręczanie Świętego Mikołaja na szkolne "wigilijki" starszaków dnia następnego, aż po ubieranie choinki i strojenie domu dwa dni przed Świętami. A wszystko to z namaszczeniem. Ze stopniowo rosnącą radością. Bez szaleństwa zakupów, bez stresu, bez zmęczenia. Kiedyś (przed najmłodszym dziecięciem) nie do pomyślenia. Dziś mimo wszystko ciągle jeszcze tak. A widzicie te daty szalone?!


Ale o czym to ja... A, tak. O wigilijnych i świątecznych potrawach bez glutenu, bez mleka, bez kurzych jaj.

Pamiętam szaleństwo statystyk (tak, tak, słyszę, jak to brzmi:) po umieszczeniu na blogu TEGO WPISU (KLIK), dlatego tym z Was, którzy dołączyli do grona moich Czytelników już po Bożym Narodzeniu 2013 r., oszczędzę klikania w linki (chociaż się o klikanie nie obrażę, link jest wyżej:) i pokażę kilka przydatnych, być może, przepisów. Proszę bardzo:







A tak niektóre ciasta (oprócz keksa) wyglądały po upieczeniu:

W tym roku menu modyfikuję. Zamiast schabu upiekłam już szynkę (i zamroziłam, tak, tak:). Zamiast udek -  pozmieniany na moje potrzeby przepis Tessy Capponi-Borawskiej na klops z oliwkami (kilo mielonego, niecała szklanka tartej bułki bez glutenu, mleka i jajek, dwie łyżeczki soli, łyżeczka pieprzu ziołowego, łyżeczka rozmarynu, tyle samo czosnku granulowanego, osiem przepiórczych jajeczek i solidna garść zielonych oliwek w całości; 180 stopni i 50 minut z termoobiegiem).

To na zimno. Natomiast świąteczny obiad to polędwiczki wieprzowe w jabłkach i majeranku wg mało w sumie odkrywczego przepisu z przedwiecznej jakiejś wkładki wyjętej z równie przedwiecznego i równie "jakiegoś" dziennika (dwie polędwice obsmażyłam na oleju rzepakowym - jak smażyć, to tylko na nim, ze względu na najwyższą z tłuszczów temperaturę dymienia i najmniej substancji rakotwórczych się przy smażeniu wydzielających; jak podsmażyłam, to obsypałam solą, ziołowym pieprzem, majerankiem i zalałam letnią wodą tak, by zakryć powierzchnię mięsa; po godzince małżonek dorzucił dwie pokrojone grubo cebule i dwa pokrojone w ćwiartki jabłka bez skórek; kolejne pół godziny i wszystko rozpływa się w ustach; jabłka się rozpadły i sos stał się przez to zawiesisty - zasługa pektyny, dzięki której nie trzeba sosu zagęszczać mąką; no i ten jabłkowo-cebulowo-majerankowy smak...).

Wszystko zamrożone. Ja mam świadomość, że mrożenie na święta to jakoś nie bardzo.  A nawet bardzo nie bardzo. Jednak jeszcze bardziej nie bardzo widzi mi się gotowanie w święta obiadu dla takiej rodziny jak nasza. Czyli całkiem sporej. Bo chciałoby się pospać trochę dłużej niż do czwartej trzydzieści:), bo chciałoby się niespiesznie przy śniadaniu posiedzieć, kościółek nawiedzić, a po powrocie równie niespiesznie zjeść obiad, który jakimś cudem powinien być gotowy. Nie jesteśmy rodziną Jetsonów, nie mamy na stanie służącego robota, więc... A i obiad żeby nie był taki całkiem codzienny, lecz choć trochę bardziej odświętny... Chciałoby się...

No to się wcześniej gotuje, piecze, smaży, mrozi, a następnie rozmraża. Z dużym poparciem wszystkich, z którymi czas się dzięki temu w święta spędzi zamiast sterczeć w kuchni. I tylko myślę, że do takiego radosnego mrożenia bez skutków ubocznych potrzebny jest jednak zamrażalnik no frost, komora szybkiego mrożenia i szczelne pojemniki. Wtedy po rozmrożeniu nie widać różnicy. Ale może wcale nie?

Tak czy inaczej, w jeden dzień nie da się (nawet wspólnym wysiłkiem) upiec makowca (plus bez wersja bez glutenu), piernika (plus jak poprzednio) i keksa (to w sumie pięć), a do tego mięsa. Nie da się przygotować dwóch świątecznych obiadów (może jeszcze z rosołem!?:), zrobić kapusty z grzybami, barszczu wigiljnego, nasmażyć ryb (plus w wersji bez glutenu - trudne), przygotować ryby po grecku, o pierogach i uszkach, co je większość ludzi robi w samą Wigilię, nawet nie wspomnę. No i przydałaby się też jakaś sałatka do tych mięs, prawda? I warzywa w wersji premium:) do obiadu. A zrobienie tego wszystkiego wcześniej i trzymanie normalnie w lodówce jakoś mi się nie uśmiecha - mam wrażenie, że zepsułoby się do świąt. Dlatego mrożę, co się da, albo pakuję w słoiki, na ostatnią chwilę zostawiając tylko to, czego w taki sposób przechować nie można.

Makowiec będzie na cieście półkruchym (KLIK) i z całkiem kruchym wierzchem zamiast lukru, no, ewentualnie lukier położę na tym wierzchu całkiem kruchym, jak zdążę:). A poza tym do maku kupiłam już mielone migdały. Może dodam ich też trochę do ciasta. Takie zmiany. Piernik chciałam ambitnie fermentować cztery dni według przepisu Kamisa, ale w odpowiednim czasie miałam w lodówce tylko jedno jajko, a potrzebowałam dwóch. Dlatego piernik będzie zwykły. I keks także. Jak wyżej, na załączonym obrazku:).

Jeśli potrzebujecie, korzystajcie!

14 komentarzy:

  1. Ja tylko w tym momencie PODKREŚLĘ moc Rodziny, do której w Święta można zjechać :)
    A pan od zamrażalnika powinien zostać uhonorowany Złotym Sopelkiem od Koła Gospodyń Wszelakich. I ich rodzin. Hip hip hura (z przyklaskiem i falką meksykańską)!
    Uwielbiam kolejne pomysły na czil ałt: polędwiczki z sosem do zamrażalnika. Na to nie wpadłam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, o czym mówisz - moc Rodziny. Cotygodniowe niedzielne obiady. Całe święta od rana do nocy. Około dziesiątej rocznicy ślubu zaczynasz jednak chcieć trochę bardziej celebrować własną rodzinę. Inaczej porozkładać akcenty.
      Pewnie tego nie pamiętasz, bo jeszcze się tu nie znałyśmy, ale rok temu upiekłam dwa ciasta bezglutenowe (ich się nie kupi, a konieczne), poza tym najstarszak zrobił mi piernik z proszku, a makowiec zawijany się kupiło. Z keksem się nie wyrobiliśmy. Tylko przepis na blogu został. Bo był w planie. Tak to jest. W tym roku udało mi się podwójnie zrobić porządny makowiec i piernik - w sumie cztery. Dziś. Szło szybko, taśmowa robota, dziecięciem zajmowały się starsze. O błogosławione wolne dni w szkole:)
      Ale sos mrożony nie może być zaprawiany mąką, podobno. Pan od zamrażalnika pójdzie z butami do nieba. Na pewno!

      Usuń
    2. Z tą rocznicą to się zgodzę. Ale kwestia u mnie chyba z obrządkiem pieluch :) dopiero w tym roku, kiedy już po studiach, małe duże, a starsze prawie pełnoletnie ;) mogę przyznać, że ogarnęłam ogół (czyt.porządniejsze sprzątanie i podstawę kulinarną) i mam apetyt na więcej za rok. Po siódmej rocznicy :) może kiedy dorównam :*

      Bez mąki mówisz? Rada na piątkę, bo jak się znam wpakowałabym z. Stokrotne dzięki za ułatwienie pożycia gastronomicznego.
      I ciepłego jutrzejszego. W każdym wymiarze :*

      Usuń
  2. Jaaaauuu!

    JESTEŚ WIELKA! WIELKA! WIELKA!

    Ja się absolutnie nie dziwię, że wpis miał oblężenie. I się nie będę dziwić, że ten też będzie miał.

    Ukłon japoński z zamieceniem kitą podłogi - raz, dwa, trzy! - uch. To nawet dobrze robi :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam zaraz wielka:), poczytaj moją odpowiedź dla naszej Skakanki:) Ale fakt, masz czym zamiatać:) A maila blogowego to być czasem mogła sprawdzić, wiesz? :)

      Usuń
  3. u mnie obiadów specjalnych tradycji nie ma, zjada się w święta to co z Wigilii pozostanie (na szczęscie:) a pozostanie i tak dużo
    zresztą jak wszystko pojdzie dobrze to na pierwszy dzień świąt wybieram się do mamy a na drugi do teściowej się gościć, obie Panie uraczę ciastami, wracam więc do pracy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest bardzo dobre podejście. W moim domu rodzinnym też tak było. Mama mawiała: codziennie porządny obiad gotuję, to w święta mam święta. Tradycja obiadów świątecznych pochodzi od teściowej. Ale nie to, żebym miała za złe. Bo ja nie mogę powiedzieć, jak moja mama, że codziennie porządny obiad itd... Wręcz przeciwnie, codziennie jest na zasadzie "co tam zalega w zamrażalniku albo co się turla po pustej lodówce". Codzienne chodzenie do pracy takie ma skutki uboczne. Więc w święta chciałoby się inaczej:) Ot i cała tajemnica - tęsknimy za takimi lepszymi obiadami, więc u nas na tym polegają święta. W domu rodzinnym miałam je non-stop, to w święta można było od nich "odpocząć":) Po godzinie Twojego wpisu widzę, że piekłyśmy w jednym czasie:)

      Usuń
  4. Kobieto! Jak ty sobie doskonale radzisz i jesteś zorganizowana. Mimo że staram się unikać świątecznej gorączki, zawsze coś zostanie mi na ostatnią chwilę.

    Ja smaże na oleju kokosowym - ma wysoką temp. wrzenia i nie przypala się. Często też sięgam po oliwę z oliwek, ale tą specjalną do smażenia, w okrągłych puszkach, nie z pierwszego tłoczenia. Jest delikatniejsza.

    Życzę Ci spokojnych, smacznych, zdrowych i radosnych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aśko:)!, dziękuję, że choć raz na jakiś czas tu do mnie zaglądasz:))) Mam nadzieję, że Twoje Święta były piękne i spokojne - mimo świątecznej gorączki:)
      O oleju kokosowym nie słyszałam. Rozejrzę się, dzięki!

      Usuń
  5. Ja cię rozgrzeszam z tym mrożeniem:) masz małe dziecko i jeszcze musisz robić dwie wersje dań świątecznych więc nie masz się czym przejmować . Sama jak przyjechałam na święta tydzień wcześniej mówię do teściowej byśmy zrobili pierogi wcześniej i zamrozili bo będziemy w polu jak dojdą inne potrawy do przyrządzenia a samych ciast zrobiłyśmy 8szt!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak Ty mnie rozumiesz:) Ale osiem ciast?! Chyba było Was bardzo dużo w te święta, prawda?

      Usuń
    2. Kochana było 6osób w tym 2-latek co ciasta tylko skubnął:)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.