piątek, 13 lutego 2015

Udały mi się bezglutenowe pączki:) albo jeden dzień "urlopu"

...z cyklu "Gotuję sobie"

Jeden dzień wolnego sobie zrobiłam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów (pomijając niedziele i święta). Już nie mogłam, ale w głowie i tak majaczyły uciekające cyferki, co z daleka wygląda na zaawansowane stadium pracoholizmu i pazerności, jednak nim nie jest, gdyż definicję pazernego pracoholika widzę mimo wszystko troszkę inaczej - ja nie chcę więcej i więcej, nie wymyślam, co by tu sobie jeszcze kupić. Ja się na powierzchni utrzymać próbuję, a to jednak jest różnica. I wcale nie taka znowu subtelna. Ale "urlop", a skoro tłusty czwartek, to proszę:



Z doświadczenia wiem, że pączki bezglutenowe rzadko się udają. Zwykle po przestygnięciu zamieniają się w kamienie. Często po wyjęciu z oleju są prawie czarne - to "zaleta" bezglutenowej mąki; ciasto z niej zwykle ciemnieje o wiele szybciej i bardziej niż ze zwykłej, nie tylko w przypadku pączków. Muszą być bardzo malutkie, dosłownie jak piłeczki pingpongowe, bo większe wymagają dłuższego smażenia, a dłuższe smażenie powoduje nadmierne ciemnienie. I tak dalej...

 


A tu bęc! Te się udały. I po godzinie nie skamieniały. Z głupia frant wstukałam wczoraj o szóstej rano w Google'a "pączki bezglutenowe" i wyskoczyła mi taka strona. Celiakii nie mamy, ale glutenu i tak naprawdę nie możemy, więc poszukujemy. Omiotłam wzrokiem przepis - czy nie ma dziwacznych składników, które gwarantują, że nic się nie uda (w stylu: to zamiast tego, bo zdrowsze, a tamto zamiast tamtego z tego samego powodu), choć autorzy tego typu innowacji zarzekają się, że jest inaczej i że im wyszło idealnie. Ja nie jestem idealna, gotować ni piec nie umiem, mnie trzeba przepisu realnego:)


No więc patrzę na składniki - realne, powinno się udać. Sposób wykonania - też w miarę, dobry patent z mikserem, bo bezglutenowe drożdżowe nigdy się od rąk nie odlepia, choćbyście wyrabiali do śmierci. W drugiej fazie przeszłam mimo to na ręczne, gdyż mikser dobrze wymiesza, ale grudek nie porozciera. Bo ja mam taki przedwieczny robot, jeszcze ze ślubnych prezentów, lekko zdezelowany i zdekompletowany, a przy tym od nowości była to wersja mocno podstawowa, więc funkcji za wiele to on nie ma. W każdym razie mieszadeł tylko dwa rodzaje. Ale w miarę dał radę.

Zrobiłam, wyrosło, pączki ulepiliśmy, nawet konfiturą malinową przed smażeniem nadzialiśmy i są:


Chociaż szczerze się przyznam, że ja - jak zwykle w podbramkowych sytuacjach z ciastem - wymiękłam i spanikowałam, gdy mi ta konfitura zaczęła przy zalepianiu wyłazić. Ale nic to, wszak przezorny zawsze ubezpieczony i ma w odwodzie małżonka, który niejedno już ciasto uratował (łącznie z wyciąganiem po trzech minutach z pieca, wyrzucaniem z blachy z powrotem do garnka, wlewaniem gorącej margaryny, mieszaniem, wsadzaniem do pieca i to wszystko bez mrugnięcia okiem, że żona ze sklerozą:).

Dotychczas konfiturę nakładający, w obawie przed wybuchem paniki bez ceregieli (no dobra, było tylko: "Chcesz? To ja to zrobię") wsadził ręce w ciasto i zalepiał aż miło.

Na tłustej blasze trzeba układać do ponownego wyrastania te pączki, bo od nietłustej się ich nie odlepi, a mączny podkład przechodzi potem do tłuszczu i się w nim pali, więc nie bardzo się nadaje jako izolacja od podłoża.

No i dobrze mieć szeroki garnek, by za jednym razem jak najwięcej pączków się smażyło. Ponieważ każda kolejna zmiana to pączki o wiele ciemniejsze, a przecież swoje w oleju odsiedzieć muszą, inaczej będą surowe.

Aha, na tej stronie z przepisem tak naprawdę przekonało mnie ilustrujące go zdjęcie - pączki na nim niezbyt kształtne, nie do końca urodziwie popudrowane, a w tle zwykłe, nie pierwszej młodości i nie najnowszej mody kuchenne meble. Nie mam nic do pięknych nowych kuchni, ale! Łatwo je pomylić z gazetowymi stylizowanymi wnętrzami, które z prawdziwymi kuchniami nic wspólnego nie mają, a robią za tło do fotografowania równie "autentycznych" cukierniczych wyrobów. Co przy bezglutenach mocno wątpliwe jest, kto próbował, ten wie.

A zatem - przepis ten do schowania na zaś. Przyda się na pewno, już go wydrukowałam, bo u mnie w komputerach chować nic nie warto, gdyż porządek to ja mam tylko w pracowych papierach. O tyle, o ile;)
No i jak tu piec z otwartym komputerem?

26 komentarzy:

  1. Prawdziwe pączki, choć bez glutenu :))) Gratulację MY. W czasach mego bezglutenowa dziecięcia nawet mi do głowy nie przyszło, że można zrobić takie paczki. Poprzestawałam na słodkich plackach z mąki kukurydzianej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, Beatko, kiedyś to pewnie takiej mąki nie było. Bo to specjalna kompozycja do pieczenia chleba. No i mnie to wychodzą w miarę wypieki tylko z tej jednej marki, bo z innych próbowałam, ale czegoś im brakuje, więc wychodzą zakalce albo kapcie.

      Usuń
  2. a ja spędziłam ciężki dzień w robocie, zajadajac kupne:) zadnego pieczenia i gotowania nie było-dotarłam do domu po 14 godzinach:( za to dziś mam wolne, musiałam Młodego na szczepienie wywieźć więc można powiedzieć, że balans zachowany:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Balans najważniejszy:) No i żeby była jasność: ja tych bezglutenowych to dla najstarszka tylko kilka. Sobie kupiliśmy w różnych miejscach. Na dwa fronty przy małym dziecku bym się nie podjęła.

      Usuń
  3. Nigdy takich nie jadłam, wyglądają apetycznie :) Ja wolę takie różnorakie i niedoskonałe, ale przynajmniej prawdziwe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Wyglądają, aż mi ślinka ciekła, ale niestety, mogłam sobie popatrzeć, a jeść musiałam kupne:) Te zbyt cenne, tylko dla bezglutenowca naszego:)

      Usuń
  4. No siostro imienniczko i Ty mówisz że piec nie umiesz a tu bezglutenowce! Wpraszam się na kawę:)Ja wczoraj piekłam szarlotkę a z białek co mi zostały zrobiłam bezy.Ciasto bezglutenowe to ciężki kaliber wiem o tym chleb sobie robię czasami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż jestem ciekawa, jak daleko od siebie mieszkamy:) Bo może z tą kawą to nie taki znowu "wirtualny" pomysł, co?

      Usuń
    2. Śląsk okropnie czarny się kłania.

      Usuń
    3. Ciepło, cieplej... Czy gorąco? Puść maila, Kochana:)

      Usuń
  5. gratuluję :-) w tym roku nie odważylam się startowac z manufakturą pączkową...
    przy okazji wspomnę, że znalazłam w tym całym bonprix swoją "małą białą", mięsistą, porządnie uszytą, ładną, z rękawem 3/4 (ale z krótkim i dlugim też były ;-) wprawdzie za trzy dyszki, więc powyżej Twoich kryteriów taniości, ale sądzę, że będzie tego warta :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) He, zdziwiłabym się bardzo, gdybyś ryzykowała ręce w cieście przy dwójce:)
      Ale bym obejrzała te nowe nabytki białe, naprawdę.

      Usuń
  6. Pięknie, a wiesz, ja w pączki marmoladę i dżem wciskalam strzykawką, bylo cacy :)


    jesteś wspaniała! I mąż, co bez mrugnięcia okiem :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miód na serce, dzięki! A mąż... wiem. Bez mrugnięcia okiem.
      A wiesz, taką miałam dziką ambicję, żeby tę marmoladę włożyć przed. Raz w życiu sobie utrudniłam, a co! ;)

      Usuń
    2. ja to mam pecha, mnie ciągle wypływa...

      Usuń
    3. Ale za to jak brzmi taki komentarz ;) Uh!
      Fakt, że jak wypływa w ten olej, to skwierczy, strzela w górę i się pali. Nam wypłynęło z ostatniej partii. Tak jak przewidywałam, więc poszły na koniec.

      Usuń
  7. Też nasmażyłam pączków, jednak stety czy też niestety tych zwykłych ;)
    ___________
    Natalia, http://www.pieceofsimplicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zaglądnęłaś, Natalio:)
      Oczywiście, że stety, a nie niestety, że zwykłych! No przecież nikt nie robi bezglutenowców dla kaprysu, tylko z musu. To okropnie droga impreza:)

      Usuń
  8. Smakowicie wyglądają pączusie:) widzisz jakiego miałam nos,wiedziałam,że Twoje dzieci mogą liczyć na taką cudowną mamę i postara się o paczki dla alergika:) . My do czwartku chorzy Jaś złapał wirusówkę i od 13 do dziś do 7rano leżał nie miałą nawet siły zejść z łóżka . Dziś już lepiej . Ja też się źle czuję mam suchy kaszel,ale mamy nie biorą zwolnienia:P . Słodkich Walentynek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, Ty nie "miałaś nosa", Ty mi po prostu przypomniałaś o tym tłustym czwartku, naprawdę! Znając mnie, zorientowałabym się po południu:)

      Widzisz, odpisuję dopiero teraz, mam nadzieję, że jesteście już zdrowsi, bo nam udało się (oby!) jakoś wyzdrowieć:)

      Usuń
  9. Kochana Ty moja... wyczuwam znużenie między wierszami. Przygniata Cię nadmiar roboty, żeby cokolwiek mieć? Tym bardziej chwała Ci i cześć za celebrowanie poezji codzienności. Ja chwilami (za często!) machałam ręką i to nie robi dobrze, o nie.

    Moja Ty Heroiczna Bohaterko.

    Szacun i podziw. W kierunku roboty pączkowej nie kiwam ni paluszkiem, wzdraga się całe moje uczulone na zapach smażenia, rozwydrzone jestestwo.

    Konsumuję umiarkowanie, poza jednymi pączkami, kiedyś o nich napiszę :).

    Przepisy w kompie? Nigdy w życiu! Drukarka u nas nieczynna, ścibolę ręcznie, przynajmniej raz na jakiś czas odnawiając tę cenną umiejętność ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Ty Moja Kochana... Dobrze wyczuwasz, niestety. Ale heroizm to nie ja. O nie. Tak dobrze nie ma. Po prostu dzień wolnego i wietrzenia mózgu. Ot co. Komputerowstręt też mam. Tak to jest. Ale co zrobić. Nie marudzę, bo pamiętam, że o tym marzyłam. Spełniło się. Kiedyś nie było lepiej, tylko bardziej stresująco i bardzo dobrze te myśli pamiętam. Jak wstawałam od roboty przy własnym kompie i biegłam do tej samej roboty, tylko w świat. I jak wtedy marzyłam, żeby móc nie wstawać i nie biec, tylko robić w domu. Nawet bite osiem godzin. I żeby nikt nad głową nie wisiał i mendził. No to mam. Marzenia się spełniają. Nie narzekam. Jestem tylko zmęczona. Ale odeśpię:) Szczerze to piszę.
      Ściskam Cię mocno.

      Usuń
  10. Gratulacje szczere od beztalencia kulinarnego ;). Pączki wyglądają rewelacyjnie - i pewnie tak też smakowały :). Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje "od beztalencia kulinarnego" dla jeszcze większego beztalencia kulinarnego. Naprawdę. Właśnie dlatego tak się chwalę, że rzadko mi się coś udaje:) Pozdrowionka!

      Usuń
  11. Tłustoczwartkowe pączki to coroczne zadanie męża. Ponieważ kłopot sprawiało mu usmażenie nadzianych bo albo dopieczone w środku a przypalone z zewnątrz albo ładnie rumiane a w środku surowe, więc zmieniliśmy metodę na nadziewanie po usmażeniu - tak jak się o robi w wielu cukierniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziw dla męża:) Tak się teraz zastanawiam, że może to kwestia temperatury oleju?

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.