poniedziałek, 30 marca 2015

Domowa bogini albo Slow Food in my way. Nigella Lawson kontra Anna Olson

...z cyklu "Uroda życia" albo "(Nie)Gotuję sobie"

 

Matka pisać usiłuje, dziecię rysuje. I prowadź tu bloga, człowieku


Miejsce akcji: kanapa. Czas akcji: jedenasta przed południem. Akcja: oglądanie z tańczącym na siedząco i jednocześnie próbującym zasnąć dziecięciem programu "Świeże smaki z Anną Olson" na Polsat Food.


- Kukurydzę zawsze przyrządzam w dniu zakupu. (Szast-prast i kolba obrana). Rano na targu dostaję kolby zerwane z pola tego samego dnia. (Rach-ciach i skrojone wielkim nożem ziarna lądują na patelni).

Mniej więcej dwa miesiące temu w tym samym paśmie puszczali programy o gotowaniu Nigelli Lawson. Czas i miejsce akcji to samo.

- Ponieważ nie jestem leniwa i przez cały dzień nie mam nic innego do roboty, zerwałam się o świcie i pobiegłam na pole, by własnoręcznie zebrać kolby świeżej kukurydzy. Oczywiście. (Zgrzrzrzyyyyt... i żółciutka zawartość puszki ląduje w garnku z bulionem. Będzie krem z kukurydzy).

No. Uwielbiam jedną i drugą. A najbardziej kręci mnie klimat: zamożnej kanadyjskiej prowincji w pierwszym i bogatego mieszczańskiego Londynu w drugim przypadku. Oraz genialne podkłady muzyczne. Do których na siedząco tańczę z moim dzieckiem.

Jak ja godzę slow life i slow food? W najbardziej oburzający i obrazoburczy dla prawdziwych [sic!] wyznawców idei sposób. Gdzie? TU. Albo po prostu TU.

No to ściskam!

piątek, 27 marca 2015

Wnętrze minimalistyczne. Przyjazne okna

... z cyklu "Dyrdymałki"

 


Niby nie ma się nad czym rozwodzić. Okno to okno. Rama plus szyba. Raz na jakiś czas wymaga umycia, przetarcia, wytarcia, żeby na przykład pogodę przez nie widać było. Albo ładny widok, jeśli się akurat ma. Albo niewyposażone w rolety mieszkanie sąsiada. Tudzież sąsiadki.

 


Geneza wyborów, czyli trudne początki
Mieszkałam w życiu w trzech mieszkaniach. I dość. Nie, nie chodzi o to, że mieszkanie jest gorsze od domu. Bo co kto lubi. Chodzi o to, że w tych mieszkaniach były fatalne drewniane, wiecznie obłażące z farby  i wymagające nieustannego malowania lub wykonane z najgorszego białego, porowatego plastiku, okna. Których najpierw nie można było wymieniać - za komuny u rodziców. Później nie było na to pieniędzy - młodsi my, czyli małżeństwo na dorobku. A jeszcze później nie leżało to w naszym interesie - uroki życia w wynajętym lokum.

Kiedy więc po ładnych kilku latach nadszedł moment decyzji: kredyt na zakup i remont blokowego mieszkania czy prawie taki sam kredyt na budowę, ulegliśmy pokusie decydowania o własnym miejscu od podstaw. Są plusy i są minusy. Do tych pierwszych należą z pewnością nowiutkie, śliczne (jak dla mnie) i idealnie dobrane (znów: jak dla mnie) okna.

Sprawa jest niebagatelna, jeśli się okien myć nie cierpi i jeśli się pragnie uczynić z nich ozdobę wnętrza. Ozdobę samą w sobie, bez udziału kilometrów tiulu, ton karniszy i stylistki (!) zasłon. Które to zasłony konieczne i niezbędne, gdy okno nieładne. 

Subiektywny wykaz cech dobrego okna:), a konkretnie ram, bo szyba to szyba, każda w miarę dobra:

Kolor. Białe jest piękne - pod warunkiem, że wykonane z materiału nieżółknącego trwale pod wpływem słońca, niesiniejącego trwale pod wpływem pyłu ulicznego (od zewnątrz) i kurzu unoszącego się znad kaloryfera (od wewnątrz), z materiału nieprzyjmującego za własny koloru umazanych farbkami lub plastelinką, tudzież dżemikiem, dziecięcych łapek. Wtedy owszem, białe niezwykle rozświetla wnętrze i stanowi piękną ramę dla bujnej zieleni za oknem. Jeśli nie mamy zieleni, nasz pech, wiadomo :) 
Nauczona przez lata użytkowania, a raczej walki, z białymi oknami przeróżnej maści, że idealne białe nie istnieje, zarzekłam się, że nic i nikt nie skłoni mnie do zakupu okien w tym kolorze. Dlatego popularny, przez to dla niektórych obciachowy, "złoty dąb" był dla mnie w sam raz. Owszem, to wariant droższy od bieli, lecz perspektywa kilkudziesięciu lat mordęgi okazała się wystarczającą zachętą do przesunięć budżetowych, wskutek których przez ponad rok mieliśmy w salonie używane "spadkowe" meble (które wcześniej przez osiem lat służyły nam w mieszkaniach, więc to kawał czasu na gratach). I wiecie co? Od kilku lat relaksuje mnie mycie moich ośmiu niemałych okien. Ale nie tylko z powodu nieprzyjmującego przebarwień materiału i drewnianej okleiny, która wizualnie "neutralizuje" różne pyłki i drobne przybrudzenia. Niebagatelną rolę odgrywa tu także...


Kształt brzegów i zakamarków. Chodzi o to, że nie są ostre, kanciaste. To i przyjemniejsze dla oka, i łatwiejsze przy myciu. "Wnętrza" ram (miejsca, gdzie rama szczelnie styka się z framugą) także mają tak wyprofilowane zakamarki, że bez trudu przecieram szmatką każdą szczelinę - i to szybko.

Korzyści?
Czas mycia. Kiedyś umycie jednego okna zajmowało mi około 40 minut. Dziś wyrabiam się w niecałe 20.
Estetyka. Takiego okna żal zasłaniać firanką, żal "ozdabiać", ponieważ samo w sobie stanowi ozdobę. Dla widoku naszych okien przez długi czas mieliśmy tylko rolety i żyliśmy bez zieleni na parapetach (no, może trochę z powodu wspomnianych "przesunięć budżetowych"). Dopiero od niedawna mamy kilka prostych kwiatków, trochę wcześniej zawiesiliśmy proste panele na szelkach z tzw. woalu.




Podsumowując...
  • warto dobrze przemyśleć dobór koloru okien, nie kierować się wyłącznie ceną (zawsze można dokonać "przesunięć budżetowych" kosztem rezygnacji np. z firan, które są drogie, a niekonieczne, jeśli okno naprawdę ładne i nikt nam w nie bezpośrednio nie zagląda);
  • warto jako kryterium przyjąć własną wygodę i oszczędność czasu - nawet kosztem skromniejszych wrażeń estetycznych (to dla niereformowalnych zwolenników bieli mimo wszystko) - oraz zastanowić się, czy pożółkłe, sine i wymagające wielkiego wysiłku przy myciu, okna będą nas cieszyć tak samo mocno na starość, gdy już nie będziemy mieć tylu sił, by o nie dbać, albo czy nie zaczną nas irytować już dziś, po kilku myciach, na które poświęcimy cenne godziny, zamiast spędzić je, leżąc z książką na kanapie:)

Zbrodnią byłoby zasłonięcie tego widoku firanką - nieuniknione w przypadku brzydkiego okna
Warto... Ponieważ przez ładne i nieabsorbujące okno nawet szarobury świat wygląda lepiej.

PS Kiedy patrzę na zdjęcia moich okien, widzę wszystkie niedociągnięcia i jakąś taką... zwykłość. Lekki zgrzyt estetyczny czuję. Ale co tam, to nie magazyn wnętrzarski, to mój dom:)

środa, 25 marca 2015

Małgorzata Musierowicz. Wnuczka do orzechów

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Lubimyczytać.pl

A ja jak zwykle spóźniona, jak zwykle po czasie. Ale to nic, takie życie.


Przeczytałam, prze... A tam. No nie wiem. Pisać to tu czy nie? Bo tak właściwie to ja już napisałam. Długopisem. Czerwonym. W kajecie. Coby w klawiaturę nie stukać, jak śpi dziecię. No. No i nie wiem.


A niech tam. Niech idzie ten mój słowotok, najwyżej nie doczytacie do końca tego dzielenia włosa na czworo i poczwórnie piętrowych dygresji do dygresji.

 

Małgorzata Musierowicz. Chwalę się tym spotkaniem, a co! :)

 

Do rzeczy.

 

Zawsze, gdy pojawia się nowa część "Jeżycjady", marzę o wolnym tygodniu, bym mogła kolejny raz zasiąść do pierwszej w tym cyklu "Szóstej klepki" i spokojnie smakować kolejne tomy, a na samym końcu dotrzeć do książki najnowszej i pomału delektować się specjałem, na który z tomu na tom coraz niecierpliwiej wyczekuję. Rytuał ten powtarzam od dwudziestu pięciu lat. Co najmniej.


I dlatego ta recenzja to nie jest żadna recenzja, tylko dość prywatne refleksje, a w dodatku grubo po czasie. Ale co z tego. Nic. A więc.

Borejkowie z tomów wcześniejszych, jacy byli, wszyscy widzieli. I już. I niczego nie trzeba było na ich temat dopowiadać. Ani w książkach, ani poza nimi.

Dzisiejsi Borejkowie (z przyległościami) zostali opisani metodą łopatologiczną do bólu. Dosłownie. Naprawdę boli, kiedy się tę łopatologię czyta. Tak samo z bohaterami negatywnymi. Z punktu widzenia Borejków, rzecz jasna.

Znak czasów. Ot co. Może i Małgorzata Musierowicz te czasy zbyt dosłownie traktuje, ale z całą pewnością właściwie je odczytuje. I adekwatnie, z punktu widzenia pedagogiki, reaguje.

O co chodzi? Wyjaśnię per analogiam * ;), może mi się uda za bardzo nie zagmatwać. Na przykładzie z własnego podwórka, zatem dygresja będzie.

Za mitycznych i tak zwanych moich czasów, czyli milion lat temu, jak się gafę strzeliło, dajmy na to, w szkole i w dodatku - dajmy na to ;) - do nauczyciela podczas lekcji, to starczyło, że tenże oburzonym wzrokiem, miną, a niechby i słowem, lecz raczej już nie dosłownym (sic), gromiąc delikwenta, potraktował. I delikwent wiedział dobrze, jak ma to rozumieć oraz co w związku z tym zrobić, że na przykład szczerze ma przeprosić. Albo nieszczerze. Ale mimo wszystko większym wstydem czy tam nawet strachem, było dla delikwenta nie uczynić tego. A jeśli trafił się taki, co niedosłowności słów lub też min nauczycielskich nie zrozumiał - pytał. Przeważnie nie nauczyciela (nie śmiałby) i przeważnie po kryjomu, bo wstyd mu było wyjść na głupka, co języka ojczystego nie rozumie. Słowem: można było belfrom, pisarzom, dziennikarzom i tak dalej mówić i pisać  n o r m a l n i e , bez konieczności wyjaśniania co drugiego (albo i każdego) słowa literalnego znaczenia, a później jeszcze przenośnego (i nie mówię tu o poezji, a o zwykłych, codziennych frazeologizmach). A jak ktoś nie rozumiał, bo - powiedzmy - nie czytał, nie słuchał i ogólnie się uchylał, to problem był po jego stronie.

Dziś nie. Dziś problem masowego nierozumienia prostych (podkreślam: prostych) treści wyrażonych w mowie wiązanej jest problemem nauczyciela. Dziennikarza. Pisarza. Każdego, kogo praca polega na posługiwaniu się językiem. I Małgorzata Musierowicz świetnie to wie. Rozumie. Czuje. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie zdziała dziś nic, ale to nic, bez łopatologii, więc ją stosuje.

Jak? To proste. Kiedyś mogła sobie pozwolić na doskonałą i dojrzałą warsztatowo pośrednią charakterystykę bohaterów w stylu: "po owocach ich poznacie". Albo po uczynkach ;) Kiedyś miała pewność, że czytelnik potrafi się domyślić, jaki bohater jest, z tego, co robi i jak się zachowuje.

Dziś musi pisać wprost. Z ujmą dla książki, tak uważam, ale czy na pewno ze szkodą dla dzisiejszego młodego czytelnika? Chyba już niekoniecznie. Ale może ja niesprawiedliwa jestem wobec tego młodego dziś czytelnika. Może. Jednak wartość literacka leci w tych momentach na łeb, na szyję.

Ale podejrzewam, że Małgorzata Musierowicz ani kiedyś, ani dziś nie stawiała takowej na pierwszym miejscu. O czym zresztą sama (pośrednio, ogródkiem, w wywiadach) mówi: że chodzi o wartości pozaliterackie, o wzorce i takie tam. A że jest literacko utalentowana (zaiste, eureka), gdyż niedaleko pada jabłko od... jabłka (jakiego jabłka?), to jej artystyczna (tak się ośmielam pisać i nie dam się przekonać, że nie; vide zwłaszcza Hihopter dla maluchów) proza mimochodem wychodzi i nic się na to nie poradzi.

Ja wiem, że lecę po stereotypach z tą "dzisiejszą młodzieżą", że to pogląd zgrany i sprany, jakoby ona była głupsza od dawniejszej. Ale to nie tak (jak myślisz, kochanie:). To nie to, że głupsza. Procentowo podział na czytających, rozumiejących, wiedzę szanujących jest podobny jak kiedyś. Problem tkwi w dewaluacji szacunku do wiedzy i poczucia wstydu z powodu jej braku. Bo dawniej (tak, tak sobie pozwolę stereotypowo) człowiek się wstydził nawet wtedy, gdy jego niewiedza była niezawiniona. A dziś uczeń na pytanie o sprawy oczywiste, zadane, omówione i przećwiczone na poprzedniej lekcji z dumą (lub nawet pretensją) często odpowiada krótko: Nie wiem! I często w wersji: A skąd mam to wiedzieć?! (koniecznie z wykrzyknikiem, i przysięgam, to nie hiperbola jest i nie żadna moja egzaltacja). I gdybyście słyszeli ten ton.

To o to chodzi. I pewnie dlatego Małgorzata Musierowicz w przypisach tłumaczy łacińskie sentencje, które były w "Jeżycjadzie" od zawsze, a które dopiero niedawno zaczęto u dołu strony wyjaśniać. Ja nie twierdzę, że myśmy po łacinie umieli (chociaż w ogólniakach był to przedmiot obowiązkowy, nie mówiąc już o studiach). Tylko myśmy ich znaczenie sprawdzać chcieli. A jak nam się nie chciało, to się z tym nie obnosiliśmy i nie śmieliśmy z pretensjami występować, że "takie coś" w książce rozrywkowej występuje i kto to widział, bo to jest dyskryminacja analfabetów wtórnych przecież. Wróć. Dyskryminować nikogo dziś nie wolno (i słusznie), więc za Stanisławem Mancewiczem napiszę: dyskryminacja "osób nieczytających" (zatem niewiele rozumiejących). Nie uważaliśmy naszego "niechcenia" za nic normalnego, a tym bardziej nie byliśmy z naszej ignorancji dumni.

Chodzi mi o postawę dzisiejszych młodych ludzi, której "zawdzięczamy" kształt "Wnuczki do orzechów". A przynajmniej niektórych jej fragmentów.

I wierzcie mi, nie przesadzam, nie teoretyzuję i bez podstaw nikogo nie osądzam. Piszę z autopsji. Byłam belfrem kilkanaście lat. Załapałam się na ostatnie "porządne" (czytaj: jako tako szanujące wiedzę) roczniki. Zwróćcie uwagę, że nie piszę: roczniki "mądrzejsze" ani "więcej umiejące". Piszę: "wiedzę szanujące" i "ignorancji się wstydzące". Dziś też ceni się wiedzę. Ale inaczej. Użytkowo. Z przeliczeniem na pieniądze i stanowiska pracy. Mało kto chce coś wiedzieć dla samej wiedzy. I prawie nikt nie uczy się "z ciekawości". Wiem, co piszę, bo tego doświadczyłam, ba! - ja takie podejście do wiedzy "z urzędu" wdrażałam. Ale o systemie już było. O TU.

Czemu tak daleko od tematu recenzji odbiegłam? Bo po pierwsze - jak na początku napisałam - nie jest to recenzja, a całkiem prywatne dyrdymałki, a po drugie, zaintrygowały, zszokowały i zdenerwowały mnie błądzące gdzieniegdzie po sieci opinie o "wielkim rozczarowaniu", "fatalnym stylu" i "nieznośnym moralizatorstwie" w ostatniej książce Małgorzaty Musierowicz. Które - według domorosłych recenzentów - "tym razem" (ich słowa) sięgnęło zenitu.

No a na takie szarganie świętości ;) trudno pozostać obojętną, nieprawdaż? Zatem naocznie sprawdziłam. Przeczytałam, wyszukałam, zaznaczyłam, emocjonalnie i na bieżąco przy pomocy fiszek (ale tylko niektóre co bardziej gorące momenty) skomentowałam i o:

s. 17
Letnicy z Warszawy spytali kiedyś, czy to rozsądne, zostawiać pusty dom wśród lasów, cały pootwierany, i wyjeżdżać sobie na pół dnia do kościoła. Babcia spojrzała na nich jak na wariatów. To jest Wielkopolska! A kto by tu kradł, i to przy niedzieli?

Ergo co? Niedopowiedzenie jakieś? Insynuacja? Dziwne to. Zaskakujące. Przykre.

s. 18
A zwitek pieniędzy na czarną godzinę oraz złoty pierścionek z koralowym oczkiem chowała babcia i tak w stodole, wysoko pod stropową belką, za furą siana. Skarby te były zamknięte (dla ochrony przed myszami oraz sąsiadem Chrobotem) w metalowym pudełku po herbacie [...].

Logika? Skoro było "a kto by tu kradł", to po co "chowała babcia i tak w stodole"? W dodatku "przed myszami i sąsiadem Chrobotem" - ładny rząd, nie ma co, pogratulować. Ale ja nie mam poczucia humoru, a takie tu było założone. Chyba.

s. 26-27
Bez cytatu, bo za długi. Do bólu moralizatorska w tonie instrukcja obsługi pacjenta, czyli wzór cnót lekarskich w osobie niejakiej Idy Borejko, niegdysiejszej hipochondryczki nastoletniej. Uwaga, czytany w całości - mdli.
[...] bez protekcjonalnego tonu traktowała Ida starsze wiekiem pacjentki. To całkiem odwrotnie niż Autorka traktuje w tym miejscu czytelnika.

s. 35
Fragment maila Gabrysi do Idy: Ten Ellery to prawdziwa przygoda intelektualna [...]. Rany! A dalej jest tylko "lepiej": [...] uważam, że w ten sposób poznaje się nie tylko całość ich dzieła, ale i ich samych, w jednym nagłym, odkrywczym rozbłysku. Pasjonujące. Zaiste, ale na pewno nie w liście do siostry na wakacjach. Kto tak do siebie pisze? Nie wierzę, że pięćdziesięciolatki w luźnym mailu do zwariowanej młodszej (czterdziestoparoletniej) siostry.

s. 38
Po co Gabrieli synowa? Ano po to:
Dobrze by było wyswatać siostrzeńca (myśli Ida o Gabrysinym Ignacym Grzegorzu). Świetna dziewczyna z Doroty. Dogadałaby się z Gabrysią jak nic. Prawdę mówiąc, Gabriela [...] na obecnym etapie życia zasłużyła na zrównoważoną i przyjazną, inteligentną synową, taką, z którą będzie o czym pogadać, z którą będzie się razem piło babską herbatkę w kuchni, smażyło konfitury i wychowywało z pół tuzina wnuków. Taką, która poratuje teściową w chorobie, podniesie na duchu w chwili chandry, uszczęśliwi i utemperuje jej syna, zadba o rodzinnych starców. Coś trzeba mieć z tego życia.
Fakt, coś trzeba. A najlepiej użyteczną i dopasowaną w najdrobniejszym szczególe do własnego modelu życia synową. Która z miłości do syna nie zbuntuje się, jak to uczyniły najwłaśniejsze Gabrysine córki, i nie ucieknie za  miasto (Laura) albo i za morze (Róża), by wieść żywot według własnego, nieborejkowego pomysłu. Opis synowej - jak dla mnie - oburzający. Nie z powodu pożądanych cech osobowych potencjalnej synowej (bo to cechy ogólnie dobrego człowieka), ale ze względu na przebijający w tym fragmencie okropny i roszczeniowy stosunek do ludzi, na takie z góry formułowanie wymagań odnośnie do ich osobistych pragnień i planów. Ci ludzie (a zwłaszcza ta synowa) mają być wpasowani w taki, a nie inny model wyobrażony, a jak nie będą, to wara. Normalnie bym się nie załapała. Nienawidzę smażenia konfitur, babskich posiadówek w kuchni (słynna kuchnia przy Roosevelta), nie mówiąc o wychowywaniu pół tuzina wnuków. Wystarczy mi ćwierć. A wychowywać wolę sama. No aż dziw, że się casting nie odbył. Uciekać! Uciekać od tej rodziny! Nie wchodzić za żadne skarby świata! I to mówię ja - zagorzała i po wsze czasy fanka (a może i fanatyczka) pisarstwa Małgorzaty Musierowicz.

Czytam, czytam i uwierzyć w niektóre fragmenty nie mogę. Jak nie mogę, to się wpatruję i kombinuję, ale o co cho? Wiem. Stosunkowo słabo czytelna mowa pozornie zależna w tej książce występuje. O perspektywę narracyjną idzie. Że się (zbyt?) dyskretnie zmienia. Bo na takiej na przykład stronie...

s. 133
Babi okropnie lubiła tak dla żartu udawać naiwną. Ale naprawdę rozumiała wszystko, była bardzo mądra, a to dlatego, że mnóstwo czytała. Jędruś słyszał kiedyś...
Otóż to. Perspektywa dziesięcioletniego Jędrusia, bo przecież normalna narratorka by tak nie napisała, nieprawdaż? Prawdaż. I chcę wierzyć, że wszystkie wyczytane w internetach zarzuty o protekcjonalny ton i styl, przynajmniej w części da się tak usprawiedliwić. Chociaż swoją drogą jeśli odbiorca podobnych niuansów zgodnie z założeniem nie czyta, to możliwości są dwie: albo ten odbiorca niewyrobiony jest, albo komunikat nieczytelny (czytaj: nie do odczytania). Przy czym zaznaczam: powyższy cytat to aż nazbyt czytelna ilustracja, jak zmiana perspektywy narracyjnej wyglądać ma (widać, że to nie narrator, a Jędruś tak babcię postrzega, bo narrator wcale przecież nie musi tego tłumaczyć jak, nie przymierzając, sołtys krowie na rowie). Ale chyba nie wszędzie takie przeskoki z punktu na punkt widzenia są wystarczająco czytelne, no i... Jest, co jest. A te przykłady to tylko niektóre wyimki. Do tego okropnie przepedagogizowane i do skrętu kiszek protekcjonalne w tonie (choć niepozbawione racji), jak również do bólu powierzchowne i z tego powodu być może niesprawiedliwe, przedstawienie gatunku tak zwanej "męskiej młodzieży wiejskiej", czyli leniwego, bezrobotnego na własne życzenie, żywiącego się chipsami, zapijającego się piwem albo tanim winem, bekającego i półgołego mięśniaka ze skróconym na sterydach karkiem i rozbieganym, pustym wzrokiem na nalanej, tępej w wyrazie twarzy. Uf. Tu perspektywa nie tyle narratorska, ile wyraźnie autorska, i to bez cienia choćby, bez rysu najmniejszego wskazującego, nie wykładającego, nie analizującego, lecz dyskretnie wskazującego przyczyny takowego stanu rzeczy. Nic. A pamięta się dokładne i szczegółowe, przy tym barwne i pozbawione protekcjonalizmu opisy sytuacji rodzinnej słynnych braci Lisieckich. A wspomina z łezką w oku niełatwe, choć ciepłe (od oparów kapuśniaku i wiecznie suszącego się prania) warunki domowe niejakiej Kopiec Arlety, co wyrosła na obdarzoną "zamaszystym" gustem fryzjerkę. Można by tak jeszcze długo, wszak tomów było dziewiętnaście, a zna się je niemal na pamięć.

Jednak smakowitych kawałków jest we "Wnuczce do orzechów" o wiele, wiele więcej (np. s. 48-49; s. 61 - ostatni akapit - cudo; s. 87 - opis miłości: istne cudo; s. 176-177 - mężczyzna ulepiony z marzeń, normalnie prawie jak u Lingas-Łoniewskiej :), i tak dalej...). Naprawdę, nie ma na co narzekać. Jest to stara dobra "Jeżycjada", choć następują w niej naprawdę smutne (dla mnie) zmiany. No i zakończenie jakieś takie...

No.
To pa!

PS A całe moje wcześniejsze gderanie nie było niczym innym, jak tylko próbą znalezienia racjonalnej i kojącej nerwy odpowiedzi na pytanie: Idolko mojego czytelniczego życia, DLACZEGO?

Powycinałam. Ale jestem i ja. To miłe wspomnienia
 
!!!


piątek, 20 marca 2015

Wnętrze minimalistyczne. Plan. Praktyczne porady

...z cyklu "Slow Homing"

 

Ten wpis ukazał prawie rok temu w marcu - jako drugi na temat luksusu wynikającego z minimalistycznego podejścia do planowania i urządzania wnętrz.

Lubię porządek, dlatego dziś właśnie od niego chcę rozpocząć cykl o wnętrzach i ich minimalistycznym, choć funkcjonalnym, zagospodarowywaniu domów i mieszkań.

UWAGA: to nie cykl o dekoracji w stylu estetyki minimalistycznej.

No, zabezpieczyłam się już chyba z każdej strony, zatem do dzieła:

 

Wnętrze minimalistyczne. Plan. Praktyczne porady  

Na wnętrze dobrze mieć dobry plan. I dobrze się go trzymać. Niedobrze się do niego niewolniczo przywiązać. Dobrze go z rozmysłem korygować. Z rozmysłem nie znaczy pod wpływem chwilowych fanaberii, olśnień, wrażeń doznanych podczas wizyt w sklepach, pod wpływem oglądania pism wnętrzarskich (przydatne tylko w celu racjonalnego inspirowania się) albo wizyt u luksusowo (na pierwszy rzut oka) urządzonych znajomych. Nie mamy pojęcia, jak mieszka się znajomym, a w sklepach i wnętrzarskich stylizacjach nikt w ogóle nie żyje.


Minimalistyczna filozofia urządzania wnętrz zakłada posiadanie minimum przedmiotów. To znaczy minimum mebli, minimum ozdób (o ile w ogóle), minimum sprzętów i wszelkich pozostałych artykułów wyposażenia wnętrz.

Moja filozofia luksusu dokłada do tych założeń maksimum zastosowań tego, co do minimum zostało ograniczone. W poprzednim wpisie mówiłam o optymalizacji wnętrza, które nie powinno powodować dyskomfortu, gdyż ma być azylem i miejscem, w którym możemy wieść spokojne, proste, ale i luksusowe życie, które we własnym przypadku nie przypadkiem:) nazywam My Slow Nice Life.

Zanim jednak przystąpimy do wyposażania lokum w to, co uznamy za niezbędne, dobrze jest wpierw uczynić taki naprawdę podstawowy plan. Plan zakładający kształt (dosłownie, w sensie: obrys) całej przestrzeni, którą mamy sobie stworzyć. 

Tu napotykamy pierwsze ograniczenia w postaci planu zabudowy, wielkości działki, wysokości posiadanych środków albo w postaci już gotowego, zaplanowanego i zbudowanego bez naszego najmniejszego udziału domu czy mieszkania. Czasem jeszcze mamy do dyspozycji tak zwany "stan deweloperski", który stwarza możliwość samodzielnego zaplanowania ścian działowych, choć już nie rozmieszczenia pionów wentylacyjnych (komin) i kanalizacyjnych. 

Dobry plan to plan minimalistyczny, czyli oszczędny, ale jednocześnie racjonalny, ponieważ to stanowi o naszym późniejszym luksusie.

Jak to się robi?
Racjonalna oszczędność na poziomie planowania kanalizacji w nowo budowanym domu polega na przykład na zaplanowaniu tylko jednego pionu i umieszczeniu go w ścianie, po której jednej stronie urządzimy kuchnię, a po drugiej łazienkę. W tym samym miejscu wyprowadzamy dopływ gazu - także potrzebny w obu pomieszczeniach. Dodatkowo taki układ wymusza umieszczenie pomiędzy nimi komina, który dzięki temu może być tylko jeden. Pod warunkiem, że plan poddasza także podporządkujemy warunkom parteru. A jeśli planujemy kotłownię i pralnię w piwnicy, koniecznie umieśćmy je dokładnie pod kuchnią i łazienką - to racjonalne: warto wykorzystać istniejące piony oraz umiejscowiony tam komin. 

Co zyskamy? 
Po pierwsze: oszczędzimy pieniądze na budowę tych nietanich przecież instalacji. Po drugie: kominiarzowi zapłacimy za sprawdzenie tylko jednego komina - i tak już będzie zawsze. Po trzecie: oszczędzimy miejsce, ponieważ ściana z kominem jest zwyczajnie grubsza od zwykłej działowej, a nawet nośnej. A dobrze wykorzystana przestrzeń jest w domu minimalisty na wagę złota. Dlaczego? Ponieważ stwarza możliwości, a posiadanie możliwości jest samo w sobie luksusem.


Dobrze jest mieć miejsce na kojec o wymiarach metr na metr w salonie plus dodatkowy metr na przejazd wózka. A tak kusiło wstawić tam "uroczą" komódkę:)

Kolejną sprawą jest obrys budynku. Nie bardzo jest o czym dyskutować, bowiem zasada jest jedna: im prostszy na zewnątrz, tym "ustawniejszy" wewnątrz. A poza tym zakamarki generują koszty, bowiem drastycznie wzrasta na przykład długość opaski odprowadzającej wilgoć, powierzchnia elewacji do wykończenia, co za tym idzie, kształt dachu (ale to inny problem) i tak dalej. Koszty rosną w postępie geometrycznym, a praktycznych zysków za bardzo nie ma. Chyba że komuś bardzo zależy na fikuśnej bryle, gdyż taki ma akurat gust. Warto jednak pamiętać, że najbardziej funkcjonalna, elegancka i ponadczasowa jest prostota.

Nie każdy buduje dom od podstaw. Większość z nas kupuje gotowe mieszkania. W tym wypadku problem z oszczędnym rozmieszczeniem pionów i komina nie jest naszym problemem, bowiem nie mamy na niego wpływu, a jeśli już, to znikomy. Tym bardziej nie dotyczy nas problem opaski wokół budynku ani liczba spadów dachu.

W obu przypadkach warto jednak poświęcić czas na wyrysowanie (przy użyciu skali, choćby najprymitywniejszej - kartka w kratkę) całego mieszkania i "ustawienie" w nim sprzętów. 

Zaczynamy od sprzętów najważniejszych, czyli niezbędnych do życia: łóżka, szafy ubraniowe, szafa biurowa (dobrze taką mieć w domu, gdyż warto w jednym miejscu gromadzić wszystkie dokumenty), kuchnia (same szafki i AGD, żadne barki, stoliki śniadaniowe itp. na tym etapie), stół z krzesłami, kanapa, biurko dla dziecka (tylko dla dziecka, rodzic może wykorzystywać stół), prysznic i/lub wanna, umywalka, miejsce do przechowywania w łazience, muszla. Na tym proponuję na razie poprzestać. Zmierzmy to, co posiadamy i zamierzamy w nowym domu umieścić, lub dowiedzmy się o rozmiar tego, co planujemy do nowego domu kupić. I "ustawiajmy". 

Kiedy uda się nam bezkolizyjnie rozmieścić wszystkie niezbędne elementy, możemy się zastanowić, czy - uwaga! - czy (nie: co?) - możemy coś jeszcze dostawić. Teraz jest pora na rozważenie, czy - a jeśli tak, to jaki - stolik kawowy. Czy - a jeśli tak, to jaka - szafka rtv (bo może lepiej zawiesić telewizor na ścianie lub postawić na komodzie z przepastnymi szufladami - wielofunkcyjność!) - o ile w ogóle zakładamy posiadanie telewizora. W dalszej kolejności "ustawiamy" szafki nocne, stół kuchenny (tylko wtedy, gdy mamy kuchnię w oddzielnym pomieszczeniu, o ile taki mebel się tam zmieści), podobnie barek między kuchnią a salonem (planowaliśmy, nie zrealizowaliśmy - zwyciężyło pragnienie przestrzeni) lampy podłogowe, biurko dla dorosłego i ... I w zasadzie nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ponieważ sami niczego więcej w naszym domu nie mamy. A jednocześnie niczego nam nie brakuje.

Zaoszczędziliśmy naprawdę sporo pieniędzy. Iluzorycznie, bo w rzeczywistości wcale ich nie mieliśmy. Po prostu kredyt na budowę i urządzenie był o wiele, wiele mniejszy.

czwartek, 19 marca 2015

Czy minimalizm esteteczny i minimalistyczna filozofia życia znaczą to samo?

...z cyklu "Minimalizm. Albo dyrdymałki"


Na tytułowe pytanie każdy tak zwany prawdziwy minimalista odpowie krótko: NIE. Nie jest estetyka minimalistyczna tożsama z minimalizmem praktykowanym na gruncie prawdziwie egzystencjalnym, o czym wie każdy (albo prawie każdy), kto zetknął się kiedykolwiek z pojęciem ascezy, medytacji, z pismami Ojców Pustyni. Z drugiej strony nie jest minimalizmem zwyczajna bieda, wymuszająca ograniczanie potrzeb do minimum na ludziach, którzy w innych warunkach życiowych minimalistami na pewno by nie byli. Choć kto wie, czy się nimi nie staną, gdy ich sytuacja materialna kiedyś się zmieni. Poczucie wolności od wydumanych potrzeb to rzecz bezcenna i pozwalająca znacząco przestawić życiowe priorytety. Ładnie napisano o tym na blogu Dziennik ze stanu biedy, ale nie pamiętam dokładnie gdzie, więc pomyszkujcie po całym, bo ciekawy.

 

Wiosna

A wracając do meritum: czym właściwie jest minimalizm? Nie wymyślę prochu, jeśli stwierdzę, że jest on wyborem. Świadomym i dobrowolnym. Czasem inspirowanym życiową koniecznością, ale tylko inspirowanym (gdy się przy tym stylu życia zostanie już w "lepszych czasach"). Czasem wynikającym po prostu ze zdrowego rozsądku i racjonalnego podejścia do pieniędzy. Ale wyborem. Obranym kierunkiem.

Nie będę ukrywać, że dwie wspomniane inspiracje są mi bliskie, i choć minimalizmu w swoim życiu nie wybierałam, to kiedy już (na przykład dzięki stronie Prosty blog) odkryłam, że go "uprawiam" (wraz z całą rodziną zresztą:), chciałabym, aby tak już zostało. I to jest moment wyboru. Póki co pozornego, bo na zwiększenie stanu posiadania za bardzo się nie zanosi, ale wierzę, że świadomość też ma niebagatelne znaczenie.

No tak, w liczbie używanych słów to ja minimalistką na pewno nie jestem, znowu się nie na temat rozgadałam :) A Droga do prostego życia namawia do śledzenia na Twitterze. Sto sześćdziesiąt znaków. I jak żyć z takim ograniczeniem? Ja wiem, że mowa jest źródłem nieporozumień  (przypisu nie będzie, bo bez przesady ;), ale uważam, że milczenie może mieć w tym względzie o wiele większe "zasługi", więc... Zresztą nieważne, i tak nie mam Twittera, ledwie ogarniam Facebooka ;) Ale Wy zaglądajcie; bardzo podziwiam ludzi potrafiących precyzyjnie i krótko wyrażać swoje myśli. Naprawdę. Z tym że - gwoli ścisłości - moje wypracowania zawsze miały notkę: Temat wyczerpany. Nauczyciel czytający pewnie też ;)

Dlatego już naprawdę wracam do meritum: istnieje wśród niektórych, a może nawet i wśród wielu, minimalistów przekonanie, że minimalizm jako kategoria estetyczna wyklucza tak naprawdę minimalizm tak zwany prawdziwy. Pierwszy polega bowiem na ograniczeniu estetycznych detali, zdobień, kolorystyki, jednym słowem na uspokojeniu formy otaczających nas wnętrz, używanych przez nas przedmiotów czy noszonych ubrań. Drugi natomiast nie ma z nim wiele wspólnego, ponieważ - i to jest w sumie racja - trudno zwać się minimalistą, gdy wyrzuca się dobre meble lub ubrania, bo pstrokate albo za bardzo fikuśne, a chce się mieć wnętrze minimalistyczne. Klasyczne pomieszanie pojęć - powiecie. I będziecie mieli rację.

Czy jednak na pewno minimalizm estetyczny i minimalistyczna filozofia życia są od siebie tak bardzo oddalone? Czy się wykluczają? Bez przesady. Skoro - jak mawia mój mąż - wszystko można, co nie można, byle wolno i z ostrożna, to i te dwie drogi połączyć właśnie MOŻNA. Nie trzeba, ale można. Nie: można, można, a nawet trzeba. Po prostu można. Nie trzeba. O ile nie wymuszą na Was tego życiowe okoliczności, jak na nas wymusiły, z czego powstała historia w odcinkach pod tytułem "Wnętrze minimalistyczne". Pierwszy odcinek poszedł ponad rok temu, a kolejne napisane nie wiadomo na co czekały.

http://myslownicelife.blogspot.com/2014/03/wnetrze-minimalizm-funkcjonalizm.html
LINK DO WPISU

Ale teraz dość czekania. Wygląda na to, że wiosna w pełni, a wraz z nią ochota na nowe - na przykład nowe wnętrze, nowe mieszkanie, nowe plany. Zaczynam więc publikowanie nowego cyklu i zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów. Na użytek Google + i Facebooka będzie miał on nosił nazwę SLOW HOMING. Helo, seo ;) Niech ci będzie, choć i tak nie działasz.

A to linki do wpisów pozostałych wpisów minimalistycznych na moim blogu:



Modowy minimalizm (ha, ha, ha, co za oryginalność!)


Wynika z nich niezbicie, że do ortodoksji w dziedzinie minimalizmu mi daleko, bliżej za to do zdrowego i dość luźnego traktowania idei, z których - tak uważam - warto czerpać tylko te elementy, które bez dokonywania gwałtu na swojej osobowości jesteśmy w stanie przyjąć za własne. I tyle.

A cykl "Minimalizm wnętrz" vel "Slow Homing" po południu w każdy piątek. Najpóźniej w sobotni poranek :)

I tak, pożeniłam te dwie idee, choć - tak - wiem, że nie muszą być tym samym. Ale mogą. I u mnie są. A zatem nazwy stosuję wymiennie.


piątek, 13 marca 2015

Finlandzki system edukacji

...z cyklu "Dyrdymałki" 

 

Garść (przyznam, że spora) chaotycznych (przyznam, że bardzo), a do tego subiektywnych, indywidualnych, niesprawiedliwych, histerycznych i - jak zwykle u mnie - mocno przesadzonych strzępów z inspiracji Małgosi Południak, która wpisała się pod jednym z postów. Dziękuję, Małgoś, wyrzuciłam z siebie, ulżyło. Trochę. Chociaż pewnie jeszcze dużo czasu minie, zanim uda mi się z tym uporać. O ile.

 


A rzecz była o pięknym, acz w warunkach polskich całkowicie utopijnym, systemie oświatowym.

Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, to znaczy w Finlandii...

Tak pierwotnie Małgosi odpisałam, ale potem z tego zrezygnowałam:
 
Finlandzki system to dla naszych chyba nie do pomyślenia w ogóle. Chwalą, pokazują, ale żeby taki skok wykonać, to nie. Lepiej klepać starą biedę i kopać belfrów. Wiesz (to do Małgosi w komentarzu), ja mam dość pozytywny, nawet do naiwności, stosunek do życia (po tatusiu:), ale od pierwszego roku pracy w szkole czułam się poniewierana. Ach, co za emfaza i przesada, prawda? Przez system, który tworzy takie warunki, że ludzie w nim tkwiący zachowują się w określony sposób. Mówi się, że jak człowiek jest w porządku, to system nie ma znaczenia. Tak nie jest.

Po tylu latach mogę bez fałszywej skromności powiedzieć, że dawałam radę, jeśli chodzi o uczenie, o relacje z dziećmi, z rodzicami. Może nie zawsze było słodko, ale zawsze ostatecznie rozumieli, o co mi szło, przyznawali rację i przyłączali się. Natomiast za wiele kosztowało mnie nerwów udowadnianie "systemowi", że nie jestem wielbłądem, zdobywanie głupich nagród za głupie pseudoosiągnięcia, które dawały stabilną pozycję, taką, żebym była pierwsza w kolejce do godzin, żeby nie stracić pracy. W ogóle nie liczy się to, że jesteś naprawdę dobrym belfrem, za to nikt nie da gwarancji pracy, chociaż z drugiej strony nie możesz nim nie być, bo ją stracisz.

Ale musisz tracić czas, energię i nerwy na spektakularne, choć tak naprawdę guzik warte przedsięwzięcia, które nikomu nie służą, tylko temu, żeby przyjechała gazeta, radio, lokalna tv i żeby było się czym wykazać przed organem prowadzącym. "Się dzieje" w tej szkole, znaczy dobra. A że belfer nosem się ze zmęczenia podpiera, nie ma siły pomyśleć o problemach dzieci ani o tym, jak tego Krzysia albo Zdzisia oddzielnie czegoś nauczyć, bo razem to się nijak nie da, to kogo to obchodzi! A jeśli ja w kółko myślę, skąd wziąć kasę i kiedy objechać sponsorów, by dali na to, co nikomu nie jest potrzebne (np. na dekoracje na huczną imprezę), wskutek czego nie mam kiedy psychicznie odetchnąć ani wymyślić czegoś, co naprawdę byłoby dobre dla uczniów - to ale w czym problem! Proszę się lepiej zorganizować! O papierologii nie wspominając.

I tak to się nakręca, a dodatkowo jestem wiecznie podejrzana, bo przecież nic nie robię, mam kupę wolnego, na lekcjach piję kawę albo plotkuję.

W ostatnich latach przestałam już planować pod koniec wakacji, co bym chciała zrobić w roku szkolnym, już nie pojawiały się żadne wizje. Nic. Zero. Powód? Konferencja pod koniec sierpnia. Zadania na rok szkolny. Jedno, drugie, trzecie... piętnaste. Nikt z zewnątrz nie wie, ile zachodu wymaga rzecz, która trwa mniej więcej godzinę. Z wierzchu to wygląda na bzdet, upierdliwy bzdet, zwykłe zawracanie głowy, odprysk. I tak to widzą rodzice. I tak to widzą nauczyciele. Tylko że nauczyciele dostali to z przydziału, żeby rodzice mieli na co narzekać. Bo to bzdet. I żeby dyrekcja mogła się bzdetem chwalić. A każdy taki bzdet to zadanie duże, wymagające sporego planu, przygotowań, zdobycia środków, misternej logistyki (spróbujcie jednocześnie panować nad planem nauczania w czterech albo pięciu klasach, prowadzić planowane i ewaluowane zajęcia wyrównawcze, przygotowywać uczniów do dwóch konkursów, z których każdy inny, robić spektakl z całą "obudową", obmyślać i organizować wycieczki, pracować w trzech zespołach, sensownie planować comiesięczne zebrania, organizować imprezy własnego pomysłu - a spróbujcie nie mieć własnych pomysłów!, organizować życie klasy, rozwiązywać konflikty, pisać stosy opinii, uzasadnień, zbierać w kółko jakieś pieniądze, robić listy, pamiętać o tym, o czym zapominają rodzice i uczniowie, bo to Wy za to odpowiadacie... to jeszcze nie wszystko), no więc spróbujcie w te "zwykłe", realizowane JEDNOCZEŚNIE zadania włożyć jeszcze "spektakularne" imprezy, a zaznacie takiego cholernego stresu, jakiego w życiu w pracy nie widzieliście, bo w warunkach szkolnych wszystko działa na słowo honoru, a jak coś się zawali, to zawsze będzie Wasza wina, bo się nie umiecie zorganizować. O ile ktoś tam jeszcze pamięta, co to honor. Pojedynczy ludzie może tak. System nie zna tego pojęcia.

No więc konferencja. Wpisuję w ten kalendarz, wpisuję i widzę, jak jedno po drugim spadają z niego moje projekty, moje pomysły - te, które miały faktycznie być dla dzieci. Przykłady? Zosia, Ktosia i Samosia się przyjaźnią i mają jeden wspólny talent, a poza tym są chętne, garną się, można by z tym coś zrobić. Zaplanowałam dwie godziny w tygodniu po ich lekcjach, czyli między 14.00 a 15.30. Dłużej one nie mogą, bo kiedyś muszą odrabiać lekcje i się uczyć, a poza tym chciałyby jeszcze na podwórko, no i Zosia chodzi na taniec gdzieś na mieście. Nie da się. Do tego Marysia, Krysia i Franek daliby radę przejść do następnej klasy, tylko trzeba z nimi posiedzieć oddzielnie, bo mają tę cechę, że w klasie nie umieją się skoncentrować, a w ogóle to sprawdziłam i widzę, że mój sposób tłumaczenia i motywowania daje efekty, dzieci się naprawdę cieszą, że też coś potrafią i tak dalej. Jak nikt się tym nie zajmie, to klops, całkiem się do szkoły i do ludzi zniechęcą, bo przecież nie dość, że "nic" nie potrafią, to jeszcze "nikt" ich nie lubi, bo mama Franka pije i on zasypia do szkoły, ale co w tym dziwnego, jak co drugą noc ma imprezę, podczas której nie śpi, ponieważ się boi, ale to jeszcze nic, bo jego mała siostra boi się bardziej, więc płacze, no i Franek bierze ją do swojego łóżka, żeby ją tulić. Zbieżność opisywanych osób i sytuacji z prawdziwymi osobami i sytuacjami jest niezamierzona i przypadkowa. O. Dalej sami już puśćcie wodze wyobraźni i nie żałujcie sobie, i tak nie dogonicie rzeczywistości. Do tego rokrocznie kilku (w wersji lajt) lub kilkunastu/kilkudziesięciu (hard) upierdliwych na najróżniejsze sposoby rodziców. Upierdliwych - zaznaczmy - nie w tych punktach, gdzie by upierdliwymi być mogli albo nawet powinni, o nie! Nie chce mi się rozpisywać i nawet tego wspominać. Problemy edukacyjne (mam na nie pomysły, nie mam czasu [sic!]), osobiste i rodzinne uczniów (nie powinnam się wtrącać, bo ochrona danych, ale zwierzają mi się i dzwonią, dopóki nie wyłączę telefonu - prywatnego - późną nocą), skomplikowana do bólu sytuacja ich rodziców albo zastępczych rodziców, czyli dziadków, fantazyjne roszczenia (z pogróżkami - do oddalenia, ale ile tłumaczenia, notatek, nerwów, stresu i napinki) i uzasadnione oczekiwania (których nie da się wszystkich zaspokoić, bo system i inne przyczyny w tym zdaniu wyliczone, a czas i nerwy pochłaniające), publiczne wyzwiska, a następnie pokątne przepraszanie ("bo my mamy taką trudną sytuację rodzinną, pani rozumie, i to był akurat jeden z gorszych dni, to ja pękłem/am").

Nie mogłam, już nie mogłam. Po kilkunastu latach takiej jazdy zabrakło mi sił. I te ciągłe podejrzenia. Nagrodę przyznali? Ogólnopolską???!!! O, to pewnie i kasą sypnęli. Nie sypnęli, bo to wolontariat, nawet minuty nie mogę przepracować w tej sprawie za pieniądze, takie zasady. Taaa, akurat. Nauczyciel i wolontariat. Po tych marnych osiemnastu godzinach słowa za darmo nie powie, tylko za korki kasuje. Wolontariat. I kogo to obchodzi, że wszystko to przez tyle lat gratis, a jak po nagrodę trzeba jechać, to obraza dyrekcji majestatu, bo delegację płacić trzeba. Gdyż nagradzający kosztów nie zwraca, gdyż działa non profit i sam ledwie zipie, i sponsor jego za przyjazd laureatów mu nie zapłaci. O, sorki, dwa razy (na dziesięć) zapłacił. Jak impreza była jubileuszowa, wieczorowa i przez to dwudniowa. Ale co to się działo w macierzystej tak zwanej placówce! Dwa dni leserstwa! Widział to kto?! I nic to, że placówka pierwsza w mieście pierś do orderu wypina, jak rozdają, i się szczyci tym, co łaskawie pozwala w formie wolontariatu uprawiać. No, gwoli sprawiedliwości, po tych orderach, jakoś tak bardziej łaskawie pozwala. No.

Permanentny ostry stres powoduje nieuchronne skutki jak najbardziej somatyczne. Nagromadzenie tak wielu źródeł tego stresu plus ciągłe ich namnażanie nie może, nie ma prawa skończyć się dobrze. Można olać problemy uczniów, można nie przejmować się nimi i nie próbować zrobić dla każdego, co możliwe, można nie odbierać telefonów, można ogłuchnąć na konflikty, można zastopować myślenie i zdusić w zarodku pomysły na rozwiązanie czegoś, na przekonanie o czymś, na udowodnienie komuś, na... Można nie promować "placówki" :) przy pomocy szumnych programów, projektów i imprez i można nie mieć z tego powodu naboru, a potem z tego powodu można nie mieć godzin i tłumaczyć się przed organem prowadzącym z braku tych jakże "miarodajnych" wyznaczników jakości pracy szkoły. Można. Może się nawet powinno, gdyż to są wszystko czynniki wysoce stresogenne, powodujące permanentne napięcie, a w konsekwencji wypalenie (w najlepszym wypadku) lub zawał/wylew/wariatkowo/zgon.

Bo to najczęściej nie jest tak, że są nauczyciele tak zwani dobrzy, aktywni, udzielający się itp. I ci drudzy: tak zwani leniwi, przesadnie asertywni, olewający. Z autopsji wiem, że tych drugich praktycznie już się w szkole nie uświadczy. Ponieważ w wyniku niżu demograficznego oni pierwsi zostali zwolnieni. Albo połapali się, że wylecą, jak nie zaczną się w spektakularny sposób wygłupiać. Tak, wygłupiać, bo ja wszystko, co w bezpośredni sposób nie przekłada się na korzyść ucznia, nazywam wygłupianiem się, pajacowaniem medialnym.

Mnie to się marzy szkoła, w której hołubi się ucznia i czci nauczyciela. Po równo. Nie imprezę szkolną (co z niej ma Zdzisio z problemami?), nie pochwalny artykuł w lokalnej gazecie, nie miejski wydział edukacji, nie pozycję w rankingu. Ucznia i nauczyciela. Niech jeden będzie naprawdę indywidualnie zadbany, drugi - choćby symbolicznie, słownie - doceniony. Wiem, wiem, żeby czcić, to wpierw trzeba mieć kogo. Tak. A jak tu czcić, kiedy ten po drugiej stronie od góry kopany, obgadywany, posądzany i odsądzany. Od czci. A, jakby kto nie wiedział i na słowo "cześć" się oburzył, to na wszelki wypadek dorzucę, że "cześć" znaczy po prostu: szacunek.

Pierwszego września ostatniego roku mojej pracy w szkole nie potrafiłam przełknąć ani kęsa śniadania. Mój żołądek zwyczajnie się zbuntował. Robiło mi się słabo i mdło. Na zmianę, a także jednocześnie. Jak w poprzednich latach przed wielką imprezą, którą miesiącami przygotowywałam, za którą odpowiadałam, a na koniec jeszcze prowadziłam. Wtedy to było zrozumiałe. Tylko że owego dnia rozpoczynał się mój rok "wypoczynkowy" - bez wychowawstwa, bez nowych projektów, bez fajerwerków, słowem: z mocnym postanowieniem "poprawy", bo objawy wypalenia dawały o sobie znać już od kilku lat. A przecież na początku nie wzruszały mnie nawet te największe imprezy. No więc bunt. Ale poszłam. Zebrałam się i poszłam. Na konferencję i na akademię. Uzbrojona w żakiet, spódnicę ołówkową i szpilki. Oraz w dziarską minę.
Za cztery dni okazało się, że jestem w ciąży. Za trzy tygodnie lekarz siłą wysłał mnie na zwolnienie. Już wtedy wiedziałam, że nie wrócę. Jeszcze czasem nachodzi mnie ochota - coś bym komuś potłumaczyła, przedstawienie jakieś zrobiła, do konkursu przygotowała... poratowała... Tęsknię tylko za tym, co jest istotą pracy nauczyciela. I co stanowi jedną dziesiątą wszystkich jego zadań. Reszta to zwykły syf.

poniedziałek, 9 marca 2015

Ciasto potrójnie czekoladowe. Prawie

...z cyklu "Gotuję sobie" albo "Uroda życia"

 

 

Dzień po Środzie Popielcowej dopadła mnie taka chcica na czekoladę, że... Ale nie że na mleczną, że nadziewaną, że z bakaliami czy coś ;) I nie na za godzinę, za kilka, za pół dnia, na deser. Musiało być już! Dużo i najlepiej na ciepło. Tabliczka w tamtym momencie nie znaczyła dla mnie nic. Prawie.

 

A że u mnie dzień wygląda, jak wygląda - czyli przed południem otwiera się godzinne okno czasu na ugotowanie obiadu, bo potem dziecię moje pada na kanapę i śpi albo usiłuje, a wtedy ja udaję posąg, co nie rusza się, nie oddycha, nie mruga, o trzaskaniu garnkami nie marzy, gdyż inaczej ono się rozproszy i nie zaśnie, tylko usiłować tak będzie już do wieczora, aż w końcu o szóstej padnie i róbta, co chceta, ale ja już mam noc, co mi tam głód, najwyżej obudzę się o pierwszej, to sobie zjem, no przecież mi dadzą, jak odpowiednio głośno będę wołać, a potem pośpię jeszcze ze dwie godzinki, czyli do trzeciej, i sobie wstanę, bo ileż w końcu można spać od tej szóstej! - to jest TYLKO jedna godzina do wykorzystania DOWOLNEGO, na przykład na ugotowanie obiadu, co by było wskazane, bo skoro się troje powiło, to i nakarmić trzeba, i nie ma to tamto, że równouprawnienie, gdyż ojciec trojga w robocie, to nie ugotuje, już wystarczy, że sterta prasowania albo innego sprzątania codziennie na jego popołudnie spada, a to prasowanie to pracowicie produkuję ja, od rana w interaktywne kontakty z pralką, co ma wyświetlacz, wchodząc, a zatem, jeśli nie wstrzelę się z tym obiadem, to potem już umarł w butach.

A mnie dopadła czekolada.

Wahałam się trzy sekundy. A właściwie nie wahałam, tylko analizowałam, czy mam 4 jajka (albo 16 przepiórczych), co nie jest takie oczywiste, gdyż nastolatek męski ni z tego, ni z owego potrafi strzelić na kolację jajecznicę z pięciu jajek i chociaż jeszcze przed chwilą myślałaś, że masz ich dużo, na drugi dzień rano okazuje się, że nie masz ani jednego; kostkę margaryny (albo prawie szklankę oleju, jak mnie kiedyś oświeciła Marta), co też nie jest oczywiste, ja na ten przykład ostatnio scalałam na oko tę kostkę z walających się po lodówce odłamków; szklankę cukru - kolejna nieoczywista oczywistość w domu, w którym (teoretycznie) nikt nie słodzi, a jak się ten cukier pojawi, to potrafi nagle zniknąć w jakimś innym wymiarze, więc już wiecie, czemu "teoretycznie" ;) ; te dwie marne płaskie łyżeczki proszku do pieczenia też się zawsze jakoś uzbiera, choćby z resztek w niewyrzuconych torebkach, więc tu w miarę luz; cukier waniliowy albo olejek - z tym czasem bywa gorzej, ale właśnie dlatego ostatnio z uporem maniaka przy każdej możliwej okazji zgarniam w sklepie kilka torebek i dlatego spokojnie - mam; 3, a najlepiej 4, łyżki kakao - kolejna trudna sprawa (najstarszak wielbi bezgranicznie i tak samo [z]używa); najgorzej podczas takiej zachcianki jest z czekoladą w takiej zwyczajnej postaci (u mnie sprawdza się tylko deserowa, mleczna jakaś taka za mało czekoladowa jest ;) - ale uchowałam (cudem!) pod pudełkami z herbatą mały zapasik, zatem było się czym rządzić; mąka tortowa (szklanka), mąka ziemniaczana (pół szklanki) albo dwie szklanki miksu chlebowego Schaar - niby zawsze w domu jest, ale właśnie dlatego, że się tak myśli, to czasem jej znienacka brakuje, chociaż akurat nie tym razem, bo niedawno tak właśnie pomyśleliśmy oboje, a skutek tego myślenia był taki, że teraz mam mąki tyle, że mogę w zasadzie piekarnię otwierać.








No i zrobiłam. Nawet nie za bardzo wiem jak i kiedy. Miksując, już czułam ten obłędny zapach w wyobraźni i nawet dziecię rozwłóczące na moich oczach zawartość szuflad po całej podłodze nie było w stanie oderwać mnie od miksera. W takim byłam stanie ;) A piekarnik się do 180 stopni nagrzewał.

Te cztery jajka zmiksowałam wpierw z cukrem, a w tym czasie rozpuszczała się margaryna, którą natychmiast po rozpłynięciu się, gorącą taką, wlałam do tych jajek i znów zmiksowałam.

Potem dosypałam szklankę mąki zwykłej i pół ziemniaczanej (albo dwie bezglutenowej chlebowej Schaar), dwie płaskie łyżeczki proszku do pieczenia (uwaga na gluten, ale są wersje bez niego, tylko dziesięć razy droższe), torebkę waniliowego cukru (tak samo uwaga), następnie torebkę waniliowego cukru, a następnie flakonik waniliowego aromatu :))) Na to cztery czubate łyżki kakao (w przepisie są trzy, ale zachcianka to nie przelewki;). Wszystko razem wpierw delikatnie z mokrym wymieszałam, żeby nie mieć całej kuchni w pyle kakaowym, a potem...

...pałką utłukłam czekoladę w opakowaniu na małe kawałki, które wsypałam do ciasta, które wymieszałam i które już na tym etapie pachniało obłędnie. Bo wyobraźcie sobie, jak ten aromat podbiła ta gorąca margaryna. No.

To na blaszkę (tym razem wzięłam tradycyjną, "babkową", lepiej się w takiej to ciasto udaje), którą posmarowałam kawałkiem masełka i wysypałam tartą bułką. W zasadzie nie powinnam była wysypywać, bo po wyjęciu ciasta (po 30 minutach w 180 stopniach bez termoobiegu, ale grzanie góra-dół) tę bułkę na ciemnym tle po prostu widać, ale wtedy jeszcze miałam nadzieję, że uda mi się oblać je drugą tabliczką czekolady, którą zamierzałam rozpuścić w kąpieli wodnej razem z połową łyżki oleju (wtedy polewa zastygnie, ale nie na twardo, chociaż przy dotyku brudzić nie będzie - taki trick od Zosi z MLE).

No więc miałam nadzieję, ale płonną, gdyż natychmiast po wyjęciu z piekarnika, parząc sobie palce (moje - w przeciwieństwie do bogini Nigelli - nie są z azbestu), przerzuciłam do góry dnem na talerz, po czym odwróciłam z powrotem wierzchem do góry (czyli odwrotnie niż kładzie się babkę), po czym zapach gorącego, przesadnie czekoladowego (cztery łyżki zamiast trzech! :) ciasta i rozpuszczonych wewnątrz niego kawałków równie gorącej i półpłynnej czekolady zawładnął mną na tyle, że - delikatnie rzecz ujmując - olałam topienie kolejnej tabliczki i oblewanie nią babki, gdyż przed tym zabiegiem wymagałaby częściowego choć przestudzenia. Na barbarzyńskie to marnotrawstwo pozwolić nie mogłam i rozkroiłam, po czym bez mrugnięcia okiem trzy kawałki POŻARŁAM.

Tu na razie wykrojone dwa - i przerwa na fotkę ;)

Tyle. Taki miałam obiad. Niebiosom dzięki za bałagan w mojej kuchennej szafce, dzięki któremu udało mi się zgubić dwie tabliczki absolutnie nieziemskiej deserowej czekolady. Tacie mojemu dzięki za nieprzebrane zapasy pierogów (z glutenem i bez) wypełniające szczelnie (prawie) moją zamrażarkę, więc rodzina obiad miała. Ja też ;)

Ale wiecie, co jest w tym cieście najlepsze? W naszym domu jego amatorką jestem TYLKO JA. Małżonek się dystansuje, bo dla niego czekolada niemleczna to żadna czekolada, a deserową zje tylko wtedy, jak go naprawdę przyciśnie. Starszak coś tam od niechcenia skubnie, a najstarszak jada bezgluteny.

Tak mnie naszło na wspomnienia po dłuższej blogowej nieobecności (ale z roboty się wygrzebałam - hurra! - choć kilka następnych już czeka, jednak nie narzekam, o nie, dobrze jest), że chyba znów się skuszę. Chociaż w sumie po wczorajszym Dniu Kobiet trochę czekoladowych słodkości znów się w szufladce uzbierało ;), a poza tym była z bitą śmietaną (prawdziwą!) szarlotka. Ale o urokach niestresującej pracy na zlecenie to już następnym razem...

PS To jest przepis, który już ponad rok temu był tu na blogu, ale tamten był w o wiele zwyklejszej wersji. Ten jest autorsko;) ulepszony - według zachcianki, a co!

poniedziałek, 2 marca 2015

Obowiązek małżeński

...z cyklu "Rozmówki małżeńskie" 

 

Jest rudo. No dobrze, było. Znajdźcie nas :)

Leniwe niedzielne śniadanie. Jedyne takie w tygodniu - nie przy pracy o piątej rano, nie przy komputerze, nie w milczeniu. Ona i On. Płatki, kanapki, kawa i rozmowa. Jej mowa. Mowa. Mowa. Mowa... Pięć minut, dziesięć. Mowa :) Ma teraz (dla odmiany) milczącą pracę, więc...


Ona 
(zreflektowała się i powątpiewa, czy On słucha)

Ale się rozgadałam znowu. Żyjesz Słuchasz?


On
 (je płatki, kiwa głową, znaczy żyje)

Yhy. To należy do moich obowiązków.


PS Na Jej usprawiedliwienie dodam tylko, że jest gadułą, kiedyś pracowała, mówiąc do ludzi kilka godzin dziennie, a teraz - zamiast mówić - czyta. I milczy. Kiedy On jest w domu. Gdy wychodzi, z dziecięciem zostaje Ona. I też za bardzo nie pogada. A niedziela to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogą sobie pozwolić na wspólne zjedzenie śniadania, bo Ona w niedzielę nie pracuje. A w tygodniu musi. Ponieważ należy w ciągu jednego dnia zmieścić dwie prace. I tak się mijają. Będąc w domu.

Się rozpisałam jak zwykle. No i właśnie tak to u Niej wygląda. On jest raczej milczący z natury. Całe szczęście.

Pa!

PS 2 Właśnie mi się za oknem odbywa pierwsza w tym roku wiosenna burza. Z błyskawicami, piorunami, ulewą i nawet gradem. Bossssko! Uwielbiam.

Naprawdę już pa!