poniedziałek, 9 marca 2015

Ciasto potrójnie czekoladowe. Prawie

...z cyklu "Gotuję sobie" albo "Uroda życia"

 

 

Dzień po Środzie Popielcowej dopadła mnie taka chcica na czekoladę, że... Ale nie że na mleczną, że nadziewaną, że z bakaliami czy coś ;) I nie na za godzinę, za kilka, za pół dnia, na deser. Musiało być już! Dużo i najlepiej na ciepło. Tabliczka w tamtym momencie nie znaczyła dla mnie nic. Prawie.

 

A że u mnie dzień wygląda, jak wygląda - czyli przed południem otwiera się godzinne okno czasu na ugotowanie obiadu, bo potem dziecię moje pada na kanapę i śpi albo usiłuje, a wtedy ja udaję posąg, co nie rusza się, nie oddycha, nie mruga, o trzaskaniu garnkami nie marzy, gdyż inaczej ono się rozproszy i nie zaśnie, tylko usiłować tak będzie już do wieczora, aż w końcu o szóstej padnie i róbta, co chceta, ale ja już mam noc, co mi tam głód, najwyżej obudzę się o pierwszej, to sobie zjem, no przecież mi dadzą, jak odpowiednio głośno będę wołać, a potem pośpię jeszcze ze dwie godzinki, czyli do trzeciej, i sobie wstanę, bo ileż w końcu można spać od tej szóstej! - to jest TYLKO jedna godzina do wykorzystania DOWOLNEGO, na przykład na ugotowanie obiadu, co by było wskazane, bo skoro się troje powiło, to i nakarmić trzeba, i nie ma to tamto, że równouprawnienie, gdyż ojciec trojga w robocie, to nie ugotuje, już wystarczy, że sterta prasowania albo innego sprzątania codziennie na jego popołudnie spada, a to prasowanie to pracowicie produkuję ja, od rana w interaktywne kontakty z pralką, co ma wyświetlacz, wchodząc, a zatem, jeśli nie wstrzelę się z tym obiadem, to potem już umarł w butach.

A mnie dopadła czekolada.

Wahałam się trzy sekundy. A właściwie nie wahałam, tylko analizowałam, czy mam 4 jajka (albo 16 przepiórczych), co nie jest takie oczywiste, gdyż nastolatek męski ni z tego, ni z owego potrafi strzelić na kolację jajecznicę z pięciu jajek i chociaż jeszcze przed chwilą myślałaś, że masz ich dużo, na drugi dzień rano okazuje się, że nie masz ani jednego; kostkę margaryny (albo prawie szklankę oleju, jak mnie kiedyś oświeciła Marta), co też nie jest oczywiste, ja na ten przykład ostatnio scalałam na oko tę kostkę z walających się po lodówce odłamków; szklankę cukru - kolejna nieoczywista oczywistość w domu, w którym (teoretycznie) nikt nie słodzi, a jak się ten cukier pojawi, to potrafi nagle zniknąć w jakimś innym wymiarze, więc już wiecie, czemu "teoretycznie" ;) ; te dwie marne płaskie łyżeczki proszku do pieczenia też się zawsze jakoś uzbiera, choćby z resztek w niewyrzuconych torebkach, więc tu w miarę luz; cukier waniliowy albo olejek - z tym czasem bywa gorzej, ale właśnie dlatego ostatnio z uporem maniaka przy każdej możliwej okazji zgarniam w sklepie kilka torebek i dlatego spokojnie - mam; 3, a najlepiej 4, łyżki kakao - kolejna trudna sprawa (najstarszak wielbi bezgranicznie i tak samo [z]używa); najgorzej podczas takiej zachcianki jest z czekoladą w takiej zwyczajnej postaci (u mnie sprawdza się tylko deserowa, mleczna jakaś taka za mało czekoladowa jest ;) - ale uchowałam (cudem!) pod pudełkami z herbatą mały zapasik, zatem było się czym rządzić; mąka tortowa (szklanka), mąka ziemniaczana (pół szklanki) albo dwie szklanki miksu chlebowego Schaar - niby zawsze w domu jest, ale właśnie dlatego, że się tak myśli, to czasem jej znienacka brakuje, chociaż akurat nie tym razem, bo niedawno tak właśnie pomyśleliśmy oboje, a skutek tego myślenia był taki, że teraz mam mąki tyle, że mogę w zasadzie piekarnię otwierać.








No i zrobiłam. Nawet nie za bardzo wiem jak i kiedy. Miksując, już czułam ten obłędny zapach w wyobraźni i nawet dziecię rozwłóczące na moich oczach zawartość szuflad po całej podłodze nie było w stanie oderwać mnie od miksera. W takim byłam stanie ;) A piekarnik się do 180 stopni nagrzewał.

Te cztery jajka zmiksowałam wpierw z cukrem, a w tym czasie rozpuszczała się margaryna, którą natychmiast po rozpłynięciu się, gorącą taką, wlałam do tych jajek i znów zmiksowałam.

Potem dosypałam szklankę mąki zwykłej i pół ziemniaczanej (albo dwie bezglutenowej chlebowej Schaar), dwie płaskie łyżeczki proszku do pieczenia (uwaga na gluten, ale są wersje bez niego, tylko dziesięć razy droższe), torebkę waniliowego cukru (tak samo uwaga), następnie torebkę waniliowego cukru, a następnie flakonik waniliowego aromatu :))) Na to cztery czubate łyżki kakao (w przepisie są trzy, ale zachcianka to nie przelewki;). Wszystko razem wpierw delikatnie z mokrym wymieszałam, żeby nie mieć całej kuchni w pyle kakaowym, a potem...

...pałką utłukłam czekoladę w opakowaniu na małe kawałki, które wsypałam do ciasta, które wymieszałam i które już na tym etapie pachniało obłędnie. Bo wyobraźcie sobie, jak ten aromat podbiła ta gorąca margaryna. No.

To na blaszkę (tym razem wzięłam tradycyjną, "babkową", lepiej się w takiej to ciasto udaje), którą posmarowałam kawałkiem masełka i wysypałam tartą bułką. W zasadzie nie powinnam była wysypywać, bo po wyjęciu ciasta (po 30 minutach w 180 stopniach bez termoobiegu, ale grzanie góra-dół) tę bułkę na ciemnym tle po prostu widać, ale wtedy jeszcze miałam nadzieję, że uda mi się oblać je drugą tabliczką czekolady, którą zamierzałam rozpuścić w kąpieli wodnej razem z połową łyżki oleju (wtedy polewa zastygnie, ale nie na twardo, chociaż przy dotyku brudzić nie będzie - taki trick od Zosi z MLE).

No więc miałam nadzieję, ale płonną, gdyż natychmiast po wyjęciu z piekarnika, parząc sobie palce (moje - w przeciwieństwie do bogini Nigelli - nie są z azbestu), przerzuciłam do góry dnem na talerz, po czym odwróciłam z powrotem wierzchem do góry (czyli odwrotnie niż kładzie się babkę), po czym zapach gorącego, przesadnie czekoladowego (cztery łyżki zamiast trzech! :) ciasta i rozpuszczonych wewnątrz niego kawałków równie gorącej i półpłynnej czekolady zawładnął mną na tyle, że - delikatnie rzecz ujmując - olałam topienie kolejnej tabliczki i oblewanie nią babki, gdyż przed tym zabiegiem wymagałaby częściowego choć przestudzenia. Na barbarzyńskie to marnotrawstwo pozwolić nie mogłam i rozkroiłam, po czym bez mrugnięcia okiem trzy kawałki POŻARŁAM.

Tu na razie wykrojone dwa - i przerwa na fotkę ;)

Tyle. Taki miałam obiad. Niebiosom dzięki za bałagan w mojej kuchennej szafce, dzięki któremu udało mi się zgubić dwie tabliczki absolutnie nieziemskiej deserowej czekolady. Tacie mojemu dzięki za nieprzebrane zapasy pierogów (z glutenem i bez) wypełniające szczelnie (prawie) moją zamrażarkę, więc rodzina obiad miała. Ja też ;)

Ale wiecie, co jest w tym cieście najlepsze? W naszym domu jego amatorką jestem TYLKO JA. Małżonek się dystansuje, bo dla niego czekolada niemleczna to żadna czekolada, a deserową zje tylko wtedy, jak go naprawdę przyciśnie. Starszak coś tam od niechcenia skubnie, a najstarszak jada bezgluteny.

Tak mnie naszło na wspomnienia po dłuższej blogowej nieobecności (ale z roboty się wygrzebałam - hurra! - choć kilka następnych już czeka, jednak nie narzekam, o nie, dobrze jest), że chyba znów się skuszę. Chociaż w sumie po wczorajszym Dniu Kobiet trochę czekoladowych słodkości znów się w szufladce uzbierało ;), a poza tym była z bitą śmietaną (prawdziwą!) szarlotka. Ale o urokach niestresującej pracy na zlecenie to już następnym razem...

PS To jest przepis, który już ponad rok temu był tu na blogu, ale tamten był w o wiele zwyklejszej wersji. Ten jest autorsko;) ulepszony - według zachcianki, a co!

39 komentarzy:

  1. u mnie też cisza południowa na drzemkę, inaczej nocny spokój zagrożony:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Smakowicie wygląda:) Powinnaś pisać pod szyldem "Gotuję innym i sobie" :) bo przecież całej nie pożarłaś... choć mogłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatko, tak z ręką na sercu, to prawie całą. Starszak jeno skubnął, mąż chyba się nie załapał, a jeśli już, to na malutki kawałeczek. Biję się w piersi, ale cóż. Taka podła ze mnie kobieta.

      Usuń
  3. Aż chce się spróbować :) mniam , mniam ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sobie pomlaskuję na to wspomnienie ;)

      Usuń
  4. przełykam ślinkę.

    ależ mi smaku narobiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No staram się, jak mogę, dorównać Mistrzyni w robieniu smaka na domowe smakołyki :)
      O Tobie mówię, Kochana. Uściski!

      Usuń
  5. No i właśnie mi przypomniałaś, jak bardzo uwielbiam kawałki czekolady w cieście. Chyba wiem na co się rzucę niebawem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzuć się, imprezuj, a rumu dolej. Albo i likieru. Na zdrowie! Należy Ci się. :)))

      Usuń
    2. !!! rumu!!! i likieru! cóż za genialna podpowiedź!!!
      jesteś oficjalnie moją IDEALNĄ blogerką kulinarną :) a przynajmniej ta Twoja część blogerstwa, bo resztę to wiesz, że i tak wielbię szczerze i oddanie :*

      Usuń
    3. Można nie umieć gotować, byle wiedzieć, co gdzie dolewać ;))

      Usuń
  6. Sobie wyobraziłam, wirtualnie powąchałam, aż ślinka pociekła... ale na szczęście objadłam się murzynkiem w weekend :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, to jak się objadłaś, to na jakiś czas masz z głowy. Ale tylko na jakiś czas, wiesz...

      Usuń
  7. a czekoladowe........
    może się skuszę.........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No po to właśnie takie wpisy robię, Kochana Alis :)))

      Usuń
    2. to zrobiłam z czekoladą, tym razem sernik.. :)

      podglądam przepisy, ciesząc się, że moi "wszystko jadalni" są. Ale podziwiam, że udostępniasz takie potrzebne przepisy "glutenowe'

      Usuń
    3. Udostępniam, i powiem Ci, Alis, że dziwi mnie panosząca się od kilku lat moda na bezgluten. To nic przyjemnego - mieć alergię albo chorować na celiakię. U nas jest alergia, ale nie w najcięższej, najbardziej zagrażającej życiu postaci, więc mamy dość lajtowo, bo nie musimy całą rodziną rezygnować z glutenu. Ludzie, którzy bez powodu rozpropagowali tę modę, narobili wiele złego. Teraz wahadło wychyla się w odwrotną stronę i zaczyna się wieszanie psów na wszystkich, którzy unikają glutenu. Bez patrzenia na to, że żyje cała rzesza ludzi, którzy nie mogą go jeść od zawsze, bez względu na modę. Najgorsza jest głupota.

      Usuń
  8. Szacun i podziw za tak efektywne działanie dla siebie samej!

    Naprawdę się cieszę czytając o czymś takim. I inspiruję, a przynajmniej postanawiam. Dobry początek?



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobry!!!!!
      Trzymam za Ciebie kciuki. Bardzo odświeżające to jest - tak raz na jakiś czas olać wszystko i pójść na całość dla siebie (jakkolwiek). Od jednego razu ofiar w ludziach nie będzie, a samoodnowa gwarantowana. Ależ się serio rozpędziłam, jak zwykle. Ściskam!

      Usuń
  9. Niezła babeczka:) ta co pisze i ta czekoladowa:) . Mnie tak w sobotę naszło na murzynka mikser poszedł w ruch ok 18 i ciacho dopiero o 21 było bo jeszcze musiało wystygnąć i ciasto krem,więc już nie jadłam . U mnie mam jeszcze dwóch amatorów tego wypieku Jasio 3razy przynosił talerzyk by mu dołożyć jeszcze:). U mnie tak jak u Ciebie gdy dziecko śpi to chodzę na paluszkach,bo czasem to nawet ten dźwięk "pstryk" przy włączeniu światła w toalecie go obudzi.Wiesz co ja to chyba jestem matka wariatka dziś pół nocy nie spałam bo myślałam jakie zagrożenia na Jasia czyhają w przedszkolu jak pójdzie tam za 2tyg:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie mogę! :))) Dziękuję Ci, Kochana, za Twoje babeczkowe komplementy. Co do "matki wariatki" to przez grzeczność ;) nie zaprzeczę. No naprawdę nie mogę! To Ty już nie masz większych problemów??? No zlituj się nad sobą, Aga, przecież oszalejesz:))) Zagrożenia czyhają WSZĘDZIE, nie tylko w przedszkolu, i na KAŻDEGO, nie tylko na Twojego Jasia. Na Ciebie też czyhają. I na mnie. Ale WSZĘDZIE są także korzyści, i to na nich dobrze jest się koncentrować, nie zamykając wszakże oczu na to, co niedobre. W większości miejsc spotkasz przewagę rzeczy dobrych nad złymi. A w przedszkolu najprawdopodobniej Jaś spotka świetną panią, fajnych kolegów, zobaczy całkiem nowe zabawki i nauczy się funkcjonować w większej grupie. Także doznawać porażek i radzić sobie z frustracją bez stałej obecności mamusi przy boku. Chodzi tylko o to, by czuwać na proporcjami - żeby korzyści i radości było więcej niż frustracji i żeby w pani znaleźć sprzymierzeńca, wspólnie z nią działać na korzyść małego, a także starać się wspierać go, współpracując właśnie z tą panią, nie przeciwko niej. Zachowując trzeźwy ogląd sytuacji, bo nigdzie też nie jest powiedziane, że ta pani będzie taka idealna (czego także trudno oczekiwać, gdyż sami idealni nie jesteśmy). Niech będzie wystarczająco dobra, to już wiele. A jeśli nie będzie wystarczająco dobra, Jaś ma mądrą i czujną mamę, która na pewno to zauważy i ochroni swoje dziecko. W razie czego pisz na priv, wyżalaj się, wylewaj złość - ale tego Ci wcale nie życzę i nie przewiduję. Warto się pozytywnie i optymistycznie nastawić, przede wszystkim po to, by lęk i obawy nie udzieliły się Jasiowi.

      Mocno Cię ściskam i uciekam do roboty :)))

      Usuń
    2. Och dziękuję za tak dłuuugą odpowiedz:),ja tak w nocy miałam atak paniki po wczorajszych wiadomościach o przedszkolu z pod wrocławia.

      Usuń
    3. Czasem się cieszę, że z braku czasu nie oglądam tv ani nie czytam żadnych serwisów w internecie.

      Usuń
  10. Ja też mam ostatnio fazę na murzynka! z tym, że u mnie wszyscy jedzą, a ostatnio robię takiego z burakami i mam z tego powodu małe rozgrzeszenie:)
    I powiedz mi jeszcze Kochana czemu uwaga na proszek z glutenem skoro i tak jest mąka tortowa?
    Aha i jak Ty tak funkcjonując masz czas jeszcze na takie wpisy? Ja wczoraj po pracy zrobiłam obiad i wzięłam się za stertę leżącego kilka tygodni prasowania i był koniec dnia... gdzie tu ogarnąć jeszcze wpisy na bloga, zagłębienie się w literaturę, czy zabawy z dzieckiem, nie mówiąc o tysiącu innych czynności...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :) Że z marchewką, to słyszałam, ale o burakach jeszcze nie. Zajrzę tam do Ciebie, to może się więcej dowiem.
      No, nie mam czasu, co było widać przez ostatni tydzień, gdy nadrabiałam zaległości w robocie (pracuję w domu przy kompie). Te fotki to sprzed prawie trzech tygodni, a tak naprawdę to kradnę ten czas pracy. Kradnę w cudzysłowie, bo ja sobie sama wyznaczam, kiedy redaguję (czyli wtedy, gdy mąż jest w domu i się nim zajmuje), więc od czasu do czasu muszę sobie dla higieny strzelić przerwę - dłuższą, krótszą, zależnie od potrzeb :) Tak to jest. Mój czas "wolny" to jest czas z dzieckiem, kiedy nikogo nie ma w domu. Jak wracają, przejmują dom i małe, a "idę" do pracy, czyli siadam do komputera.

      Usuń
    2. Aha, co do cukru i proszku z "uważaniem" na gluten - przy każdym składniku podaję gdzieś zamiennik bezglutenowy lub bez kurzych jajek. I przy mące, i przy jajkach, i przy dodatkach, a nawet przy margarynie.

      Usuń
    3. Ja za to kradnę czas zupełnie nie w cudzysłowie :) bo nie ma mnie w domu min. 10,5 h dziennie więc jak nie ukradnę trochę w pracy to już nie mam gdzie.

      Wpis o bigosie bez mięsa nadrobiłam ale o burakach w murzynku się z mojego bloga nie dowiesz, bo przepis ciągle jest w fazie ulepszania:) To w zasadzie zwykły murzynek tylko dodatek ugotowanych buraków nadaje mu wilgoci. Niestety nieco zwiększa też pracochłonność jeżeli się akurat nie planuje buraczków na obiad:)

      Usuń
    4. Ja myślę, że jak kadukiem siedzisz osiem godzin albo więcej w robocie, to jakaś przerwa też Ci się należy, prawda? Jeden idzie na papieroska, drugi na pogaduszki, a Ty wyskakujesz pozałatwiać sprawy na blogu. Na przykład. :))) Czekam na Twojego murzynka z buraczkami.

      Usuń
  11. Czekoladowe powiadasz? Super, Matka lubi czekoladę, jak nikt - skusi się na pewno ;).

    OdpowiedzUsuń
  12. wow! naprawdę wygląda na mocno czekoladowe... a ja takie uwielbiam :))

    ślę pozdrowienia, www.MartynaG.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. Ale fajne ciasto upiekłaś! Ja się przymierzam do marchewkowego z cynamonem i karmelizowaną gruszką ale jak na razie na przymiarkach się kończy.A co do mąki bezglutenowej to firma Celiko ma fajną ofertę mąk, mieszanek na ciasto,oraz taniego proszku do pieczenia i innych takich.Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajny pomysł na karmelizowaną gruszkę, ale szczerze mówiąc, przeraża mnie to karmelizowanie. Celiko obejrzę, dzięki!

      Usuń
  14. wygląda obłędnie i pysznie:-) poproszę o kawałek:-)!!! w wolnej chwili zapraszam do życia z pasją, które powoli się rodzi tutaj: https://www.facebook.com/robakipszczolka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sylwia, posyłam Ci wirtualnie :)))
      Zajrzę na robaki i pszczółki :)

      Usuń
  15. o losie ale mi narobilas smaku na to ciasto!! Az slinka cieknie. Caly tydzien bylam bardzo chor i nic nie moglam jesc to teraz mnie bierz na pyznosci. Na bank zrobie to ciasto w najblizszej przyszlosci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dokładnie o to mi chodziło, Kochana :)
      Smacznego!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.