piątek, 13 marca 2015

Finlandzki system edukacji

...z cyklu "Dyrdymałki" 

 

Garść (przyznam, że spora) chaotycznych (przyznam, że bardzo), a do tego subiektywnych, indywidualnych, niesprawiedliwych, histerycznych i - jak zwykle u mnie - mocno przesadzonych strzępów z inspiracji Małgosi Południak, która wpisała się pod jednym z postów. Dziękuję, Małgoś, wyrzuciłam z siebie, ulżyło. Trochę. Chociaż pewnie jeszcze dużo czasu minie, zanim uda mi się z tym uporać. O ile.

 


A rzecz była o pięknym, acz w warunkach polskich całkowicie utopijnym, systemie oświatowym.

Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, to znaczy w Finlandii...

Tak pierwotnie Małgosi odpisałam, ale potem z tego zrezygnowałam:
 
Finlandzki system to dla naszych chyba nie do pomyślenia w ogóle. Chwalą, pokazują, ale żeby taki skok wykonać, to nie. Lepiej klepać starą biedę i kopać belfrów. Wiesz (to do Małgosi w komentarzu), ja mam dość pozytywny, nawet do naiwności, stosunek do życia (po tatusiu:), ale od pierwszego roku pracy w szkole czułam się poniewierana. Ach, co za emfaza i przesada, prawda? Przez system, który tworzy takie warunki, że ludzie w nim tkwiący zachowują się w określony sposób. Mówi się, że jak człowiek jest w porządku, to system nie ma znaczenia. Tak nie jest.

Po tylu latach mogę bez fałszywej skromności powiedzieć, że dawałam radę, jeśli chodzi o uczenie, o relacje z dziećmi, z rodzicami. Może nie zawsze było słodko, ale zawsze ostatecznie rozumieli, o co mi szło, przyznawali rację i przyłączali się. Natomiast za wiele kosztowało mnie nerwów udowadnianie "systemowi", że nie jestem wielbłądem, zdobywanie głupich nagród za głupie pseudoosiągnięcia, które dawały stabilną pozycję, taką, żebym była pierwsza w kolejce do godzin, żeby nie stracić pracy. W ogóle nie liczy się to, że jesteś naprawdę dobrym belfrem, za to nikt nie da gwarancji pracy, chociaż z drugiej strony nie możesz nim nie być, bo ją stracisz.

Ale musisz tracić czas, energię i nerwy na spektakularne, choć tak naprawdę guzik warte przedsięwzięcia, które nikomu nie służą, tylko temu, żeby przyjechała gazeta, radio, lokalna tv i żeby było się czym wykazać przed organem prowadzącym. "Się dzieje" w tej szkole, znaczy dobra. A że belfer nosem się ze zmęczenia podpiera, nie ma siły pomyśleć o problemach dzieci ani o tym, jak tego Krzysia albo Zdzisia oddzielnie czegoś nauczyć, bo razem to się nijak nie da, to kogo to obchodzi! A jeśli ja w kółko myślę, skąd wziąć kasę i kiedy objechać sponsorów, by dali na to, co nikomu nie jest potrzebne (np. na dekoracje na huczną imprezę), wskutek czego nie mam kiedy psychicznie odetchnąć ani wymyślić czegoś, co naprawdę byłoby dobre dla uczniów - to ale w czym problem! Proszę się lepiej zorganizować! O papierologii nie wspominając.

I tak to się nakręca, a dodatkowo jestem wiecznie podejrzana, bo przecież nic nie robię, mam kupę wolnego, na lekcjach piję kawę albo plotkuję.

W ostatnich latach przestałam już planować pod koniec wakacji, co bym chciała zrobić w roku szkolnym, już nie pojawiały się żadne wizje. Nic. Zero. Powód? Konferencja pod koniec sierpnia. Zadania na rok szkolny. Jedno, drugie, trzecie... piętnaste. Nikt z zewnątrz nie wie, ile zachodu wymaga rzecz, która trwa mniej więcej godzinę. Z wierzchu to wygląda na bzdet, upierdliwy bzdet, zwykłe zawracanie głowy, odprysk. I tak to widzą rodzice. I tak to widzą nauczyciele. Tylko że nauczyciele dostali to z przydziału, żeby rodzice mieli na co narzekać. Bo to bzdet. I żeby dyrekcja mogła się bzdetem chwalić. A każdy taki bzdet to zadanie duże, wymagające sporego planu, przygotowań, zdobycia środków, misternej logistyki (spróbujcie jednocześnie panować nad planem nauczania w czterech albo pięciu klasach, prowadzić planowane i ewaluowane zajęcia wyrównawcze, przygotowywać uczniów do dwóch konkursów, z których każdy inny, robić spektakl z całą "obudową", obmyślać i organizować wycieczki, pracować w trzech zespołach, sensownie planować comiesięczne zebrania, organizować imprezy własnego pomysłu - a spróbujcie nie mieć własnych pomysłów!, organizować życie klasy, rozwiązywać konflikty, pisać stosy opinii, uzasadnień, zbierać w kółko jakieś pieniądze, robić listy, pamiętać o tym, o czym zapominają rodzice i uczniowie, bo to Wy za to odpowiadacie... to jeszcze nie wszystko), no więc spróbujcie w te "zwykłe", realizowane JEDNOCZEŚNIE zadania włożyć jeszcze "spektakularne" imprezy, a zaznacie takiego cholernego stresu, jakiego w życiu w pracy nie widzieliście, bo w warunkach szkolnych wszystko działa na słowo honoru, a jak coś się zawali, to zawsze będzie Wasza wina, bo się nie umiecie zorganizować. O ile ktoś tam jeszcze pamięta, co to honor. Pojedynczy ludzie może tak. System nie zna tego pojęcia.

No więc konferencja. Wpisuję w ten kalendarz, wpisuję i widzę, jak jedno po drugim spadają z niego moje projekty, moje pomysły - te, które miały faktycznie być dla dzieci. Przykłady? Zosia, Ktosia i Samosia się przyjaźnią i mają jeden wspólny talent, a poza tym są chętne, garną się, można by z tym coś zrobić. Zaplanowałam dwie godziny w tygodniu po ich lekcjach, czyli między 14.00 a 15.30. Dłużej one nie mogą, bo kiedyś muszą odrabiać lekcje i się uczyć, a poza tym chciałyby jeszcze na podwórko, no i Zosia chodzi na taniec gdzieś na mieście. Nie da się. Do tego Marysia, Krysia i Franek daliby radę przejść do następnej klasy, tylko trzeba z nimi posiedzieć oddzielnie, bo mają tę cechę, że w klasie nie umieją się skoncentrować, a w ogóle to sprawdziłam i widzę, że mój sposób tłumaczenia i motywowania daje efekty, dzieci się naprawdę cieszą, że też coś potrafią i tak dalej. Jak nikt się tym nie zajmie, to klops, całkiem się do szkoły i do ludzi zniechęcą, bo przecież nie dość, że "nic" nie potrafią, to jeszcze "nikt" ich nie lubi, bo mama Franka pije i on zasypia do szkoły, ale co w tym dziwnego, jak co drugą noc ma imprezę, podczas której nie śpi, ponieważ się boi, ale to jeszcze nic, bo jego mała siostra boi się bardziej, więc płacze, no i Franek bierze ją do swojego łóżka, żeby ją tulić. Zbieżność opisywanych osób i sytuacji z prawdziwymi osobami i sytuacjami jest niezamierzona i przypadkowa. O. Dalej sami już puśćcie wodze wyobraźni i nie żałujcie sobie, i tak nie dogonicie rzeczywistości. Do tego rokrocznie kilku (w wersji lajt) lub kilkunastu/kilkudziesięciu (hard) upierdliwych na najróżniejsze sposoby rodziców. Upierdliwych - zaznaczmy - nie w tych punktach, gdzie by upierdliwymi być mogli albo nawet powinni, o nie! Nie chce mi się rozpisywać i nawet tego wspominać. Problemy edukacyjne (mam na nie pomysły, nie mam czasu [sic!]), osobiste i rodzinne uczniów (nie powinnam się wtrącać, bo ochrona danych, ale zwierzają mi się i dzwonią, dopóki nie wyłączę telefonu - prywatnego - późną nocą), skomplikowana do bólu sytuacja ich rodziców albo zastępczych rodziców, czyli dziadków, fantazyjne roszczenia (z pogróżkami - do oddalenia, ale ile tłumaczenia, notatek, nerwów, stresu i napinki) i uzasadnione oczekiwania (których nie da się wszystkich zaspokoić, bo system i inne przyczyny w tym zdaniu wyliczone, a czas i nerwy pochłaniające), publiczne wyzwiska, a następnie pokątne przepraszanie ("bo my mamy taką trudną sytuację rodzinną, pani rozumie, i to był akurat jeden z gorszych dni, to ja pękłem/am").

Nie mogłam, już nie mogłam. Po kilkunastu latach takiej jazdy zabrakło mi sił. I te ciągłe podejrzenia. Nagrodę przyznali? Ogólnopolską???!!! O, to pewnie i kasą sypnęli. Nie sypnęli, bo to wolontariat, nawet minuty nie mogę przepracować w tej sprawie za pieniądze, takie zasady. Taaa, akurat. Nauczyciel i wolontariat. Po tych marnych osiemnastu godzinach słowa za darmo nie powie, tylko za korki kasuje. Wolontariat. I kogo to obchodzi, że wszystko to przez tyle lat gratis, a jak po nagrodę trzeba jechać, to obraza dyrekcji majestatu, bo delegację płacić trzeba. Gdyż nagradzający kosztów nie zwraca, gdyż działa non profit i sam ledwie zipie, i sponsor jego za przyjazd laureatów mu nie zapłaci. O, sorki, dwa razy (na dziesięć) zapłacił. Jak impreza była jubileuszowa, wieczorowa i przez to dwudniowa. Ale co to się działo w macierzystej tak zwanej placówce! Dwa dni leserstwa! Widział to kto?! I nic to, że placówka pierwsza w mieście pierś do orderu wypina, jak rozdają, i się szczyci tym, co łaskawie pozwala w formie wolontariatu uprawiać. No, gwoli sprawiedliwości, po tych orderach, jakoś tak bardziej łaskawie pozwala. No.

Permanentny ostry stres powoduje nieuchronne skutki jak najbardziej somatyczne. Nagromadzenie tak wielu źródeł tego stresu plus ciągłe ich namnażanie nie może, nie ma prawa skończyć się dobrze. Można olać problemy uczniów, można nie przejmować się nimi i nie próbować zrobić dla każdego, co możliwe, można nie odbierać telefonów, można ogłuchnąć na konflikty, można zastopować myślenie i zdusić w zarodku pomysły na rozwiązanie czegoś, na przekonanie o czymś, na udowodnienie komuś, na... Można nie promować "placówki" :) przy pomocy szumnych programów, projektów i imprez i można nie mieć z tego powodu naboru, a potem z tego powodu można nie mieć godzin i tłumaczyć się przed organem prowadzącym z braku tych jakże "miarodajnych" wyznaczników jakości pracy szkoły. Można. Może się nawet powinno, gdyż to są wszystko czynniki wysoce stresogenne, powodujące permanentne napięcie, a w konsekwencji wypalenie (w najlepszym wypadku) lub zawał/wylew/wariatkowo/zgon.

Bo to najczęściej nie jest tak, że są nauczyciele tak zwani dobrzy, aktywni, udzielający się itp. I ci drudzy: tak zwani leniwi, przesadnie asertywni, olewający. Z autopsji wiem, że tych drugich praktycznie już się w szkole nie uświadczy. Ponieważ w wyniku niżu demograficznego oni pierwsi zostali zwolnieni. Albo połapali się, że wylecą, jak nie zaczną się w spektakularny sposób wygłupiać. Tak, wygłupiać, bo ja wszystko, co w bezpośredni sposób nie przekłada się na korzyść ucznia, nazywam wygłupianiem się, pajacowaniem medialnym.

Mnie to się marzy szkoła, w której hołubi się ucznia i czci nauczyciela. Po równo. Nie imprezę szkolną (co z niej ma Zdzisio z problemami?), nie pochwalny artykuł w lokalnej gazecie, nie miejski wydział edukacji, nie pozycję w rankingu. Ucznia i nauczyciela. Niech jeden będzie naprawdę indywidualnie zadbany, drugi - choćby symbolicznie, słownie - doceniony. Wiem, wiem, żeby czcić, to wpierw trzeba mieć kogo. Tak. A jak tu czcić, kiedy ten po drugiej stronie od góry kopany, obgadywany, posądzany i odsądzany. Od czci. A, jakby kto nie wiedział i na słowo "cześć" się oburzył, to na wszelki wypadek dorzucę, że "cześć" znaczy po prostu: szacunek.

Pierwszego września ostatniego roku mojej pracy w szkole nie potrafiłam przełknąć ani kęsa śniadania. Mój żołądek zwyczajnie się zbuntował. Robiło mi się słabo i mdło. Na zmianę, a także jednocześnie. Jak w poprzednich latach przed wielką imprezą, którą miesiącami przygotowywałam, za którą odpowiadałam, a na koniec jeszcze prowadziłam. Wtedy to było zrozumiałe. Tylko że owego dnia rozpoczynał się mój rok "wypoczynkowy" - bez wychowawstwa, bez nowych projektów, bez fajerwerków, słowem: z mocnym postanowieniem "poprawy", bo objawy wypalenia dawały o sobie znać już od kilku lat. A przecież na początku nie wzruszały mnie nawet te największe imprezy. No więc bunt. Ale poszłam. Zebrałam się i poszłam. Na konferencję i na akademię. Uzbrojona w żakiet, spódnicę ołówkową i szpilki. Oraz w dziarską minę.
Za cztery dni okazało się, że jestem w ciąży. Za trzy tygodnie lekarz siłą wysłał mnie na zwolnienie. Już wtedy wiedziałam, że nie wrócę. Jeszcze czasem nachodzi mnie ochota - coś bym komuś potłumaczyła, przedstawienie jakieś zrobiła, do konkursu przygotowała... poratowała... Tęsknię tylko za tym, co jest istotą pracy nauczyciela. I co stanowi jedną dziesiątą wszystkich jego zadań. Reszta to zwykły syf.

28 komentarzy:

  1. Czytałam swego czasu dużo o ichniejszym systemie edukacji, jednak zawsze analizowałam to z punktu widzenia ucznia, nie nauczyciela. Jakoś nie do końca mnie przekonywał, jednak po przeczytaniu tego co napisałaś, patrzę na to trochę z innej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam o naszym, ale tak naprawdę to nie wierzę w jakikolwiek system idealny. System zawsze jest opresyjny, a czy opresja może zrodzić cokolwiek dobrego? Chyba tylko przypadkiem, jako skutek uboczny. A punkt widzenia nauczyciela i ucznia z jego rodzicem nigdy się nie pokryje. W żadnym systemie:)

      Usuń
  2. Czy to był opis finlandzkiego systemu edukacji jak głosi tytuł czy polskiego ? Bo miałam nadzieję na ten finlandzki ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Finlandzki jest pewnie lepszy, ale w nim nie uczyłam, a patrząc z zewnątrz, można naprawdę bardzo się pomylić w ocenie. Po tylu latach w różnych miejscach nie mam złudzeń - malowanie trawy odbywa się pewnie wszędzie. Z drugiej strony, sądząc po efektach systemu finlandzkiego, musi on być lepszy i dla nauczyciela, bo zgnębiony, poniżony i zarobiony nauczyciel nigdy nie będzie dobrym belfrem ani wrażliwym wychowawcą. A tylko taki osiągnie wysokie wyniki. To proste. Ale pomyślę o tym jeszcze i - mam nadzieję - coś napiszę:)

      Usuń
    2. Maż pracuje w dużej korporacji gdzie faktycznie się maluje trawę jak ma przyjechać CO wielki guru:) tak obiegłam od temu,ale nawiązując do twojej przenośni:)

      Usuń
  3. Wiolu Droga - dzięki za ten wpis. Jakbym o sobie czytała. 14 lat w szkole podstawowej ( nauczanie początkowe od 1986 roku). Cuda wianki, tak mi się bardzo chciało wszystkiego, Pełna zapału , po studiach - dobra pani ABC, ile nowych rzeczy w szkole stało się dzięki mnie. Niektóre koleżanki patrzyły z ukosa - za dożo robi, się stara, po co? Jedna nagroda, druga, i coś w dzielnicy... potem się przyzwyczaili, czasy zaczęły się zmieniać i inni też musieli zacząć się starać. Choć do końca mieli mnie za wariatkę, Zwłaszcza po tym jak pomalowałam w pracowni ławki na kolorowe i poszyłam dzieciakom kolorowe poduszki na krzesła, żeby tak w dupki nie piło ( przez dwa tygodnie wakacji zasuwałam:) Znienawidzili mnie po tym jak ( w gimnazjum) wprowadziłam na koniec roku ankietę dla uczniów w celu ewaluacji mojego sposobu nauczania. Ileż ja się wówczas ważnych rzeczy o sobie i swoim uczeniu dowiedziałam, tyle ważnych info zwrotnych - łatwiej było się poprawić :) Moja podstawówka była "wygasająca" i wkrótce na usilną prośbę dyrekcji zrobiłam podyplomówkę z historii sztuki, potem z filozofii, a do plastyki maiłam uprawnienia od zawsze. I zaczęło się - 5 lat w gimnazjum - lekcje sztuki i edukacja filozoficzna. "Michałki" a na egzaminie gimnazjalnym pytania są? Są. Więc uczyć ICH trzeba. W gimnazjum "gimnastykowałam" się kilka razy więcej niż w podstawówce. Coraz więcej papierologii, zestawień, papierowych programów - nikomu nie potrzebnych i statystyka - ile przyrosło zdolnym, a ile niezdolnym. W końcu zaczął narastać bunt, i potworne zmęczenie. I nagle olśnienie - ja już nie mogę dłużej uczestniczyć w tej ... farsie, sztucznie nadmuchanym nie wiadomo czym. Zamiast dzieciom (sorry - młodzieży) robić lepiej w głowach, to wymyślać cuda wianki pod publikę i pisać, pisać, pisać.. Jeśli mama produkować papiery, to powinnam pracować w biurze.
    I stało się . W wakacje minie 10 lat od kiedy pożegnałam szkołę. Nie powiem bez żalu, bo szkoła była moim żywiołem, tam czułam się jak ryba w wodzie. Nigdy już nie doświadczałam takiej fizycznej satysfakcji, zadowolenia i ... dumy z rezultatów swojej pracy jak tam.
    dziś o 16tej wyłączam komputer, zamykam w szufladzie papiery - i mam wolne. Naprawdę wolne popołudnia, wieczory i weekendy. I nie myślę po nocy jak tu Zosi, Franiowi pomóc, co tam na reedukację wymyślić nowego. Nie wydaję n-części pensji na pomoce naukowe i fachową literaturę. I nie mam nerwów, ani stresu, czy któreś z dzieciaków nie wpadnie na jakiś głupi pomysł, za który ja pójdę siedzieć.A zdarzało się w gimnazjum, że na różne dziwne pomysły ktoś od czasu do czasu wpadał.

    Wtedy zaczęłam życie od nowa. Nie żałuję. czasem spotykam się z byłymi uczniami. Niektórych oglądać można w TV, innych zobaczyć w barze za barem, a jeszcze innych na koncercie z wiolonczelą. Na FB wysyłają mi zdjęcia swoich nowo narodzonych dzieci - jestem już babcią :)
    Odeszłam z tarczą, a nie na tarczy - miałam 44 lata...
    Ściskam Cię :) B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z serca Ci dziękuję za ten komentarz. Gula w gardle. I tyle. Dobrze jest. Ja nie miałam takiej odwagi i to też mnie zżerało. Ale zadecydowało "się" za mnie. Wcześniej gdzieś skrycie prosiłam, żeby coś się zadziało, co spowoduje, że będę mogła odejść, chociaż na trochę. I się zadziało. Duży szok, sporo problemów, ale najwięcej korzyści. Wielka ulga. Ja miałam 39 lat...

      Odściskuję :))) i całuję!

      Usuń
  4. Ach.

    Praca nauczyciela. Po przeprowadzce i rozstaniu się ze stałym etatem, który rzuciłam w jednym mieście, w następnym przeszłam przez tak rozliczne szkoły, że moje doświadczenia są przebogate. Im bardziej się jednak w nie wzbogacałam, tym bardziej bliska byłam paniki, że mogę gdzieś zahaczyć się na dłużej.

    Poza jedną zapadłą wioską, gdzie wszelkie reformy i lansy zdawały się miejsce omijać i było po prostu miło uczyć.

    Tak, lubiłam uczyć. Tak, miałam fajny kontakt z uczniami.

    Ciągle jednak nie spełniałam wymagań dyrekcji, za mało wszystko było spektakularne. Cóż, zawsze imponowali mi niedoceniani idealiści pozytywizmu.

    Nie tęsknię, choć walory stałego etatu były oczywiste.

    Bliski mi wpis, Siostro Wypalona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ust mi wyjęłaś o tej wiejskiej szkole. Dokładnie o tym myślałam, kiedy się to ze mnie wylewało, ale jakoś zapomniałam, bo to takie bez ładu i składu pisanie było. Jest dokładnie tak - mała szkoła, ale jedyna, dzieci są, gmina sensowna, więc placówki nie likwiduje, placówka nie musi z nikim konkurować o uczniów, to koncentruje się na tym, do czego jest powołana - a nie na lansie i wykazywaniu się.
      Masz instynkt. Tego się trzymaj. Siostro:)

      Usuń
  5. dzięki, ja się tylko utwierdziłam, że dobrze się ogarnęłam w czas. choć nie powiem, że mnie nie ciągnie, żeby dorobić, co przerwałam i może gdzie pomachać kredą (tfu, wskaźnikiem).
    teraz rozumiem bardziej. i powiem szczerze, że w przyszłym roku, kiedy Starsze idą do szkoły w tym niemowlęcym wieku 6-u lat, tym bardziej się zestresowałam.

    i jeszcze dodam, że podziwiam, że mam nadzieję, że spotkamy same takie Panie z powołaniem i chęcią. i inaczej teraz będę patrzyła na współpracę nauczyciel- rodzic.
    dziękuję raz jeszcze :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze się ogarnęłaś. Ale też niełatwy "odcinek" wybrałaś. Jak nie gorszy.

      I to ja Ci, Kochana, za Twój komentarz dziękuję.

      Usuń
  6. Ech... nie wiedziałam, że wywołam w Tobie tyle emocji i powrotu myślami, do czasu, który nie był najfajniejszy :*

    całuję buziaku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewrażliwiona trochę pewnie jestem. Ale dzięki za impuls. Poooszło!
      Całuję :)))

      Usuń
  7. Tak Finlandia to kraj ludzi myślących inaczej.Moja siostra mieszka tam już 31 lat pracuje w szpitalu jako przełożona pielęgniarek. Nigdy nie słyszałam narzekań z jej strony że ma niewdzięczną pracę,bo jej nie ma,bo jest doceniona.Pracuje na geriatrii,gdzie każda jej inicjatywa jest chwalona ,ona może sie w tej pracy realizować i rozwijać.Ciężki los miałaś siostro imienniczko.Wiesz mnie to bardzo boli że teraz to wszędzie człowiek jest jak narzędzie, maszyna jak sie zużyje wypali no to co?Każdego szkoda.Ech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, potrzeba docenienia to nie jest próżność, to jest konieczność, żeby nie paść na twarz. A jak człowiek wypruwa sobie żyły tylko po to, żeby go całkiem nie zgnębili, i po to, żeby udowodnić, że nauczyciel to jest człowiek, który normalnie pracuje, to nie jest to w porządku. Wtedy się wypala. Bo paradoksalnie nie chodzi tu o nagrody gdzieś tam, wysoko. Tylko o codzienne dobre słowo, nieczepianie się dupereli i stawanie po stronie. Piszę o belfrach, którzy dobrze pracują, nie żądam krycia w sytuacjach, gdy jest świadome przeginanie i zła robota ze szkodą dla ucznia. Największa satysfakcja? Nie nagrody ogólnopolskie, nie nagrody prezydenta miasta, nie wygrane konkursy. A co? Dzwonek na przerwę. Koniec wyczerpującej lekcji z wymagającym i trudnym materiałem w trudnej intelektualnie klasie. I krzyk: Co? Już? Jak to szybko minęło! Szkoda, że ta lekcja się skończyła. Ale to tylko chwila, po której od razu rzeczywistość (opisana w poście) sprowadza na ziemię. Tak to jest. To wypala.

      Usuń
    2. Dobrze że wylałaś ten żal,bo chociaż to nic nie zmieni jest ci zapewne lżej,ja się zastanawiałam czy też nie napisać posta o mojej karierze biurowej,ale narazie jeszcze nie mam na to siły.

      Usuń
    3. Czasem to bardzo długo trwa, aż w końcu przychodzi impuls i wszystko puszcza. A czasem nie przychodzi. A na siłę też nie warto, bo można się dorobić jeszcze większego kaca. Trzymam za Ciebie kciuki. Nic na siłę. Aż nabierzesz siły :)

      Usuń
  8. Czekałam na takie zwierzenia. Dla mnie nauczyciel to autorytet wiadomo trafiłam na kilku takich co byli wsadzeni do szkoły przez rodziców( domena małych miasteczek całe rodziny nauczycieli) . Ja szanuję pracę belfra wiem,że ich praca nie kończy się z wybiciem ostatniego dzwonka ,ktoś w domu ślęczy do późna sprawdza klasówki,dyktanda,zeszyty,przygotowuje się do zajęć na następny dzień. Nagonka na nauczycieli była zawsze bo nie siedzą od rana do wieczora w pracy,że wszystkie święta i wakacje mają wolne, mało pracy, dużo kasy i wolnego czasu oraz prezentów od rodziców uczniów:P. . Moja siostra kończyła filologię polską trochę pracowała,ale w Niemczech teraz kończy prawo i mówi,że to chyba będzie łatwiejszy kawałek chleba. Miłej niedzieli:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i doczekałaś się :) A myślałam, że mnie znielubicie za to narzekanie. W mojej rodzinie potoczne myślenie o "lekkiej" pracy nauczyciela skończyło się, jak się oprócz mnie inni chwycili tego "lekkiego" zajęcia. Jak nożem uciął zniknęły gadki o ilości wolnego i tym podobnych. Zaczęło się narzekanie na ciężki los belfra :)
      Wam też dobrej niedzieli, słoneczno-spacerowej, z pysznym obiadkiem :)

      Usuń
  9. Twój wpis pozwolił spojrzeć na sprawę z innej strony,

    z usmiechami :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rozumiem to TO-TAL-NIE. W innym wymiarze i w innych miejscach upierdliwie, ale baaardzo analogicznie to działa na uczelni, gdzie zjawiają się studenci, sądząc (o, naiwni!) że prowadzącym zajęcia zależy na ich edukacji. Ta, owszem, zależy, ale - tu ciekawostka - praca dydaktyczna nie jest w ŻADEN sposób oceniana na uczelni. Jedyne, z czego masz się wywiązywać to niekończące się punkty, które musisz zbierać za publikowanie, występowanie na konferencjach i inne tego typu tańce godowe. A jak nie daj Panie Boże - okaże się, że jesteś budzącym pasję prowadzącym to ci przyjdą studenci pod drzwi gabinetu i poproszą żebyś prowadziła jakieś koło naukowe albo zajęcia dodatkowe. Wtedy już całkiem drżysz ze strachu - skąd brać czas... Jak nadal zarażać pasją, a jednocześnie nie zwariować...

    Także ten... wiem o co chodzi ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko jest jakieś chore, a przyczyna wydaje się być jedna w każdym wypadku - totalny brak zaufania do człowieka. Wiadomo, że bez kontroli i presji, z samym zaufaniem jako bazą łatwo o nadużycia, ale wygląda na to, że o wiele gorzej dzieje się, gdy całkowicie odrzuca się ludzki aspekt tam, gdzie człowiek pracuje z człowiekiem. A tym ludzkim aspektem jest właśnie zaufanie. No i mamy tańce godowe, zbieranie punktów - na każdym poziomie systemu, jak widać z tego, co piszesz.

      To okropne. Kiedy Ty jeszcze masz czas na twórczość, Marta?

      Pozdrawiam także!

      Usuń
  11. Kochana My, za wrażliwa jesteś, aby przetrwać w takim miejscu. Kiedyś miałam przyjemność popracować w takiej placówce, szybko jednak doszłam do wniosku, że co prawda własna działalność to niepewność jutra i chore stawki zus do płacenia bez względu czy miesiąc masz dobry, czy kiepski; jednak wybrałam to ryzyko, aby zająć się uczniem, olewając system. Po osiemnastu latach wciąż nie żałuję tej decyzji, choć nie powiem, że jest lekko. Ale wszystkie decyzje są moje i nikt nie każe mi robić czegoś, z czym się totalnie nie zgadzam.
    Z tak bogatym wnętrzem i taką osobowością jesteś na wagę złota, choć chory system nie jest w stanie tego zrozumieć. Ale w tym wszystkim ocaliłaś siebie, a sposób na życie otworzy się przed Tobą, musisz mieć tylko oczy szeroko otwarte i nie robić niczego wbrew sobie.
    Przytulam Cię mocno!
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monika, nie potrafię odpisać. Robię trzecie podejście i wciąż nie potrafię. Zawsze tak mam, kiedy czyjeś słowa skierowane do mnie dotykają najgłębszych pokładów intymności. W najlepszym znaczeniu. Jak Ty to robisz? To, co najważniejsze, wyłania się spomiędzy wierszy Twojego komentarza. Dziękuję. Przytulam także, sto buziaków przesyłam :)

      Usuń
    2. Jesteś dla mnie ważna, i tyle. :-D

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.