środa, 25 marca 2015

Małgorzata Musierowicz. Wnuczka do orzechów

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Lubimyczytać.pl

A ja jak zwykle spóźniona, jak zwykle po czasie. Ale to nic, takie życie.


Przeczytałam, prze... A tam. No nie wiem. Pisać to tu czy nie? Bo tak właściwie to ja już napisałam. Długopisem. Czerwonym. W kajecie. Coby w klawiaturę nie stukać, jak śpi dziecię. No. No i nie wiem.


A niech tam. Niech idzie ten mój słowotok, najwyżej nie doczytacie do końca tego dzielenia włosa na czworo i poczwórnie piętrowych dygresji do dygresji.

 

Małgorzata Musierowicz. Chwalę się tym spotkaniem, a co! :)

 

Do rzeczy.

 

Zawsze, gdy pojawia się nowa część "Jeżycjady", marzę o wolnym tygodniu, bym mogła kolejny raz zasiąść do pierwszej w tym cyklu "Szóstej klepki" i spokojnie smakować kolejne tomy, a na samym końcu dotrzeć do książki najnowszej i pomału delektować się specjałem, na który z tomu na tom coraz niecierpliwiej wyczekuję. Rytuał ten powtarzam od dwudziestu pięciu lat. Co najmniej.


I dlatego ta recenzja to nie jest żadna recenzja, tylko dość prywatne refleksje, a w dodatku grubo po czasie. Ale co z tego. Nic. A więc.

Borejkowie z tomów wcześniejszych, jacy byli, wszyscy widzieli. I już. I niczego nie trzeba było na ich temat dopowiadać. Ani w książkach, ani poza nimi.

Dzisiejsi Borejkowie (z przyległościami) zostali opisani metodą łopatologiczną do bólu. Dosłownie. Naprawdę boli, kiedy się tę łopatologię czyta. Tak samo z bohaterami negatywnymi. Z punktu widzenia Borejków, rzecz jasna.

Znak czasów. Ot co. Może i Małgorzata Musierowicz te czasy zbyt dosłownie traktuje, ale z całą pewnością właściwie je odczytuje. I adekwatnie, z punktu widzenia pedagogiki, reaguje.

O co chodzi? Wyjaśnię per analogiam * ;), może mi się uda za bardzo nie zagmatwać. Na przykładzie z własnego podwórka, zatem dygresja będzie.

Za mitycznych i tak zwanych moich czasów, czyli milion lat temu, jak się gafę strzeliło, dajmy na to, w szkole i w dodatku - dajmy na to ;) - do nauczyciela podczas lekcji, to starczyło, że tenże oburzonym wzrokiem, miną, a niechby i słowem, lecz raczej już nie dosłownym (sic), gromiąc delikwenta, potraktował. I delikwent wiedział dobrze, jak ma to rozumieć oraz co w związku z tym zrobić, że na przykład szczerze ma przeprosić. Albo nieszczerze. Ale mimo wszystko większym wstydem czy tam nawet strachem, było dla delikwenta nie uczynić tego. A jeśli trafił się taki, co niedosłowności słów lub też min nauczycielskich nie zrozumiał - pytał. Przeważnie nie nauczyciela (nie śmiałby) i przeważnie po kryjomu, bo wstyd mu było wyjść na głupka, co języka ojczystego nie rozumie. Słowem: można było belfrom, pisarzom, dziennikarzom i tak dalej mówić i pisać  n o r m a l n i e , bez konieczności wyjaśniania co drugiego (albo i każdego) słowa literalnego znaczenia, a później jeszcze przenośnego (i nie mówię tu o poezji, a o zwykłych, codziennych frazeologizmach). A jak ktoś nie rozumiał, bo - powiedzmy - nie czytał, nie słuchał i ogólnie się uchylał, to problem był po jego stronie.

Dziś nie. Dziś problem masowego nierozumienia prostych (podkreślam: prostych) treści wyrażonych w mowie wiązanej jest problemem nauczyciela. Dziennikarza. Pisarza. Każdego, kogo praca polega na posługiwaniu się językiem. I Małgorzata Musierowicz świetnie to wie. Rozumie. Czuje. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie zdziała dziś nic, ale to nic, bez łopatologii, więc ją stosuje.

Jak? To proste. Kiedyś mogła sobie pozwolić na doskonałą i dojrzałą warsztatowo pośrednią charakterystykę bohaterów w stylu: "po owocach ich poznacie". Albo po uczynkach ;) Kiedyś miała pewność, że czytelnik potrafi się domyślić, jaki bohater jest, z tego, co robi i jak się zachowuje.

Dziś musi pisać wprost. Z ujmą dla książki, tak uważam, ale czy na pewno ze szkodą dla dzisiejszego młodego czytelnika? Chyba już niekoniecznie. Ale może ja niesprawiedliwa jestem wobec tego młodego dziś czytelnika. Może. Jednak wartość literacka leci w tych momentach na łeb, na szyję.

Ale podejrzewam, że Małgorzata Musierowicz ani kiedyś, ani dziś nie stawiała takowej na pierwszym miejscu. O czym zresztą sama (pośrednio, ogródkiem, w wywiadach) mówi: że chodzi o wartości pozaliterackie, o wzorce i takie tam. A że jest literacko utalentowana (zaiste, eureka), gdyż niedaleko pada jabłko od... jabłka (jakiego jabłka?), to jej artystyczna (tak się ośmielam pisać i nie dam się przekonać, że nie; vide zwłaszcza Hihopter dla maluchów) proza mimochodem wychodzi i nic się na to nie poradzi.

Ja wiem, że lecę po stereotypach z tą "dzisiejszą młodzieżą", że to pogląd zgrany i sprany, jakoby ona była głupsza od dawniejszej. Ale to nie tak (jak myślisz, kochanie:). To nie to, że głupsza. Procentowo podział na czytających, rozumiejących, wiedzę szanujących jest podobny jak kiedyś. Problem tkwi w dewaluacji szacunku do wiedzy i poczucia wstydu z powodu jej braku. Bo dawniej (tak, tak sobie pozwolę stereotypowo) człowiek się wstydził nawet wtedy, gdy jego niewiedza była niezawiniona. A dziś uczeń na pytanie o sprawy oczywiste, zadane, omówione i przećwiczone na poprzedniej lekcji z dumą (lub nawet pretensją) często odpowiada krótko: Nie wiem! I często w wersji: A skąd mam to wiedzieć?! (koniecznie z wykrzyknikiem, i przysięgam, to nie hiperbola jest i nie żadna moja egzaltacja). I gdybyście słyszeli ten ton.

To o to chodzi. I pewnie dlatego Małgorzata Musierowicz w przypisach tłumaczy łacińskie sentencje, które były w "Jeżycjadzie" od zawsze, a które dopiero niedawno zaczęto u dołu strony wyjaśniać. Ja nie twierdzę, że myśmy po łacinie umieli (chociaż w ogólniakach był to przedmiot obowiązkowy, nie mówiąc już o studiach). Tylko myśmy ich znaczenie sprawdzać chcieli. A jak nam się nie chciało, to się z tym nie obnosiliśmy i nie śmieliśmy z pretensjami występować, że "takie coś" w książce rozrywkowej występuje i kto to widział, bo to jest dyskryminacja analfabetów wtórnych przecież. Wróć. Dyskryminować nikogo dziś nie wolno (i słusznie), więc za Stanisławem Mancewiczem napiszę: dyskryminacja "osób nieczytających" (zatem niewiele rozumiejących). Nie uważaliśmy naszego "niechcenia" za nic normalnego, a tym bardziej nie byliśmy z naszej ignorancji dumni.

Chodzi mi o postawę dzisiejszych młodych ludzi, której "zawdzięczamy" kształt "Wnuczki do orzechów". A przynajmniej niektórych jej fragmentów.

I wierzcie mi, nie przesadzam, nie teoretyzuję i bez podstaw nikogo nie osądzam. Piszę z autopsji. Byłam belfrem kilkanaście lat. Załapałam się na ostatnie "porządne" (czytaj: jako tako szanujące wiedzę) roczniki. Zwróćcie uwagę, że nie piszę: roczniki "mądrzejsze" ani "więcej umiejące". Piszę: "wiedzę szanujące" i "ignorancji się wstydzące". Dziś też ceni się wiedzę. Ale inaczej. Użytkowo. Z przeliczeniem na pieniądze i stanowiska pracy. Mało kto chce coś wiedzieć dla samej wiedzy. I prawie nikt nie uczy się "z ciekawości". Wiem, co piszę, bo tego doświadczyłam, ba! - ja takie podejście do wiedzy "z urzędu" wdrażałam. Ale o systemie już było. O TU.

Czemu tak daleko od tematu recenzji odbiegłam? Bo po pierwsze - jak na początku napisałam - nie jest to recenzja, a całkiem prywatne dyrdymałki, a po drugie, zaintrygowały, zszokowały i zdenerwowały mnie błądzące gdzieniegdzie po sieci opinie o "wielkim rozczarowaniu", "fatalnym stylu" i "nieznośnym moralizatorstwie" w ostatniej książce Małgorzaty Musierowicz. Które - według domorosłych recenzentów - "tym razem" (ich słowa) sięgnęło zenitu.

No a na takie szarganie świętości ;) trudno pozostać obojętną, nieprawdaż? Zatem naocznie sprawdziłam. Przeczytałam, wyszukałam, zaznaczyłam, emocjonalnie i na bieżąco przy pomocy fiszek (ale tylko niektóre co bardziej gorące momenty) skomentowałam i o:

s. 17
Letnicy z Warszawy spytali kiedyś, czy to rozsądne, zostawiać pusty dom wśród lasów, cały pootwierany, i wyjeżdżać sobie na pół dnia do kościoła. Babcia spojrzała na nich jak na wariatów. To jest Wielkopolska! A kto by tu kradł, i to przy niedzieli?

Ergo co? Niedopowiedzenie jakieś? Insynuacja? Dziwne to. Zaskakujące. Przykre.

s. 18
A zwitek pieniędzy na czarną godzinę oraz złoty pierścionek z koralowym oczkiem chowała babcia i tak w stodole, wysoko pod stropową belką, za furą siana. Skarby te były zamknięte (dla ochrony przed myszami oraz sąsiadem Chrobotem) w metalowym pudełku po herbacie [...].

Logika? Skoro było "a kto by tu kradł", to po co "chowała babcia i tak w stodole"? W dodatku "przed myszami i sąsiadem Chrobotem" - ładny rząd, nie ma co, pogratulować. Ale ja nie mam poczucia humoru, a takie tu było założone. Chyba.

s. 26-27
Bez cytatu, bo za długi. Do bólu moralizatorska w tonie instrukcja obsługi pacjenta, czyli wzór cnót lekarskich w osobie niejakiej Idy Borejko, niegdysiejszej hipochondryczki nastoletniej. Uwaga, czytany w całości - mdli.
[...] bez protekcjonalnego tonu traktowała Ida starsze wiekiem pacjentki. To całkiem odwrotnie niż Autorka traktuje w tym miejscu czytelnika.

s. 35
Fragment maila Gabrysi do Idy: Ten Ellery to prawdziwa przygoda intelektualna [...]. Rany! A dalej jest tylko "lepiej": [...] uważam, że w ten sposób poznaje się nie tylko całość ich dzieła, ale i ich samych, w jednym nagłym, odkrywczym rozbłysku. Pasjonujące. Zaiste, ale na pewno nie w liście do siostry na wakacjach. Kto tak do siebie pisze? Nie wierzę, że pięćdziesięciolatki w luźnym mailu do zwariowanej młodszej (czterdziestoparoletniej) siostry.

s. 38
Po co Gabrieli synowa? Ano po to:
Dobrze by było wyswatać siostrzeńca (myśli Ida o Gabrysinym Ignacym Grzegorzu). Świetna dziewczyna z Doroty. Dogadałaby się z Gabrysią jak nic. Prawdę mówiąc, Gabriela [...] na obecnym etapie życia zasłużyła na zrównoważoną i przyjazną, inteligentną synową, taką, z którą będzie o czym pogadać, z którą będzie się razem piło babską herbatkę w kuchni, smażyło konfitury i wychowywało z pół tuzina wnuków. Taką, która poratuje teściową w chorobie, podniesie na duchu w chwili chandry, uszczęśliwi i utemperuje jej syna, zadba o rodzinnych starców. Coś trzeba mieć z tego życia.
Fakt, coś trzeba. A najlepiej użyteczną i dopasowaną w najdrobniejszym szczególe do własnego modelu życia synową. Która z miłości do syna nie zbuntuje się, jak to uczyniły najwłaśniejsze Gabrysine córki, i nie ucieknie za  miasto (Laura) albo i za morze (Róża), by wieść żywot według własnego, nieborejkowego pomysłu. Opis synowej - jak dla mnie - oburzający. Nie z powodu pożądanych cech osobowych potencjalnej synowej (bo to cechy ogólnie dobrego człowieka), ale ze względu na przebijający w tym fragmencie okropny i roszczeniowy stosunek do ludzi, na takie z góry formułowanie wymagań odnośnie do ich osobistych pragnień i planów. Ci ludzie (a zwłaszcza ta synowa) mają być wpasowani w taki, a nie inny model wyobrażony, a jak nie będą, to wara. Normalnie bym się nie załapała. Nienawidzę smażenia konfitur, babskich posiadówek w kuchni (słynna kuchnia przy Roosevelta), nie mówiąc o wychowywaniu pół tuzina wnuków. Wystarczy mi ćwierć. A wychowywać wolę sama. No aż dziw, że się casting nie odbył. Uciekać! Uciekać od tej rodziny! Nie wchodzić za żadne skarby świata! I to mówię ja - zagorzała i po wsze czasy fanka (a może i fanatyczka) pisarstwa Małgorzaty Musierowicz.

Czytam, czytam i uwierzyć w niektóre fragmenty nie mogę. Jak nie mogę, to się wpatruję i kombinuję, ale o co cho? Wiem. Stosunkowo słabo czytelna mowa pozornie zależna w tej książce występuje. O perspektywę narracyjną idzie. Że się (zbyt?) dyskretnie zmienia. Bo na takiej na przykład stronie...

s. 133
Babi okropnie lubiła tak dla żartu udawać naiwną. Ale naprawdę rozumiała wszystko, była bardzo mądra, a to dlatego, że mnóstwo czytała. Jędruś słyszał kiedyś...
Otóż to. Perspektywa dziesięcioletniego Jędrusia, bo przecież normalna narratorka by tak nie napisała, nieprawdaż? Prawdaż. I chcę wierzyć, że wszystkie wyczytane w internetach zarzuty o protekcjonalny ton i styl, przynajmniej w części da się tak usprawiedliwić. Chociaż swoją drogą jeśli odbiorca podobnych niuansów zgodnie z założeniem nie czyta, to możliwości są dwie: albo ten odbiorca niewyrobiony jest, albo komunikat nieczytelny (czytaj: nie do odczytania). Przy czym zaznaczam: powyższy cytat to aż nazbyt czytelna ilustracja, jak zmiana perspektywy narracyjnej wyglądać ma (widać, że to nie narrator, a Jędruś tak babcię postrzega, bo narrator wcale przecież nie musi tego tłumaczyć jak, nie przymierzając, sołtys krowie na rowie). Ale chyba nie wszędzie takie przeskoki z punktu na punkt widzenia są wystarczająco czytelne, no i... Jest, co jest. A te przykłady to tylko niektóre wyimki. Do tego okropnie przepedagogizowane i do skrętu kiszek protekcjonalne w tonie (choć niepozbawione racji), jak również do bólu powierzchowne i z tego powodu być może niesprawiedliwe, przedstawienie gatunku tak zwanej "męskiej młodzieży wiejskiej", czyli leniwego, bezrobotnego na własne życzenie, żywiącego się chipsami, zapijającego się piwem albo tanim winem, bekającego i półgołego mięśniaka ze skróconym na sterydach karkiem i rozbieganym, pustym wzrokiem na nalanej, tępej w wyrazie twarzy. Uf. Tu perspektywa nie tyle narratorska, ile wyraźnie autorska, i to bez cienia choćby, bez rysu najmniejszego wskazującego, nie wykładającego, nie analizującego, lecz dyskretnie wskazującego przyczyny takowego stanu rzeczy. Nic. A pamięta się dokładne i szczegółowe, przy tym barwne i pozbawione protekcjonalizmu opisy sytuacji rodzinnej słynnych braci Lisieckich. A wspomina z łezką w oku niełatwe, choć ciepłe (od oparów kapuśniaku i wiecznie suszącego się prania) warunki domowe niejakiej Kopiec Arlety, co wyrosła na obdarzoną "zamaszystym" gustem fryzjerkę. Można by tak jeszcze długo, wszak tomów było dziewiętnaście, a zna się je niemal na pamięć.

Jednak smakowitych kawałków jest we "Wnuczce do orzechów" o wiele, wiele więcej (np. s. 48-49; s. 61 - ostatni akapit - cudo; s. 87 - opis miłości: istne cudo; s. 176-177 - mężczyzna ulepiony z marzeń, normalnie prawie jak u Lingas-Łoniewskiej :), i tak dalej...). Naprawdę, nie ma na co narzekać. Jest to stara dobra "Jeżycjada", choć następują w niej naprawdę smutne (dla mnie) zmiany. No i zakończenie jakieś takie...

No.
To pa!

PS A całe moje wcześniejsze gderanie nie było niczym innym, jak tylko próbą znalezienia racjonalnej i kojącej nerwy odpowiedzi na pytanie: Idolko mojego czytelniczego życia, DLACZEGO?

Powycinałam. Ale jestem i ja. To miłe wspomnienia
 
!!!


29 komentarzy:

  1. Kochana uwielbiam książki Małgorzaty M. to jest czas dzieciństwa,ciepłe lato spędzone z książką w cieniu drzewa,wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach była tam u nich w kuchni,siedziałam przy stole kuchennym,czytałam karteczki z dowcipnymi zwrotami,piłam litry herbaty z nimi,byłam na spotkaniach grupowych w zielonym pokoju Idy i Gabi,przeganiałam wścibską sąsiadkę:) . Ach chyba się zabiorę znowu za czytanie tej serio od początku:) . Miłego dnia ja dziś idę z małym 3dnień do przedszkola:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popatrz, i od tylu lat rzesze nas tak samo... :)

      Usuń
  2. Mam problem z Małgorzatą Musierowicz. Kiedyś czytałam wszystko jak napisała :) nie mogłam się doczekać następnych książek. A od kilku tomów czytam ale bez przyjemności, nawet z lekkim zażenowaniem. I wcale nie chodzi o to, że te książki nie są jużpisane dla mojego przedziału wiekowego. Bardziej przeszkadza mi jednowymiarowość postaci. W dawnych częściach główna bohaterka przechodziła przemianę dojrzewała emocjonalnie, coś się w niej zmieniało. A teraz ... Od początku do końca bez przemyślenia. Ale czytam :) zawsze będę czytać bo to mimo wszystko część mojej młodości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się. Też nigdy nie zrezygnuję z czytania Jeżycjady. Mimo wszystko.
      Uściski! :)))

      Usuń
  3. Łopatologia... tak, to znak tych czasów i problem, bo ludzie coraz mniej się wysilają, a Hihopter... to ulubiona książka mojego męża, jak dzieci, już starsze udawały, że nas nie słyszą, mówił do nich jedynie, że od dzisiaj będzie u nas Hihopter i one nie miały i nie mają wątpliwości, co to dla nich oznaczało/oznacza, bo dzisiaj też bywają sytacje, że na książkę się powołujemy.

    Kiss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakie opowiadanie z Hihoptera najbardziej lubicie?

      Usuń
    2. oczywiście tytułowe :)

      Usuń
  4. A ja nie mam problemu z kolejnymi częściami, bo nie analizuję, tylko chłonę klimat i wszystko gra :-) a jak coś zgrzytnie jednak, to przymykam oko:-) jak będę miała chwilę to na spokojnie za to poanalizuję Twój wpis, bo dluugi jest bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to witaj w klubie :) Jest nas więcej takich, jak widać.

      Usuń
  5. Uwielbiam książki M. Musierowicz, mam wszystkie u siebie w biblioteczce. Niestety, często słyszę o zbytnim moralizatorstwie, wywyższaniu się rodziny Borejków, nielogicznych dialogach. Nauczyłam się przyjmować tą rodzinę taką jaka jest, bo jest inna niż większość mi znanych, razem z jej dziwactwami, które mnie bardzo rozczulają. To nie jest tak, że rodzina gardzi tymi, którzy są inni. Oni często nie rozumieją współczesnego świata ( ja też często nie rozumiem) i dają temu wyraz. Nie przeszkodziło im to jednak dać szansy Fryderykowi, mężowi Pyzy. Wystarczy choćby wspomnieć o postaci Janusza Pyziaka - Gabriela nie żywi do niego negatywnych uczuć, jedynie współczucie z powodu tego, że jest samotny i zgorzkniały.
    Niedługo będę czytać tą część i już nie mogę się doczekać. :)

    Zapraszam do odwiedzenia mojego bloga: e2--ksiazkowo.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. To są dobrzy ludzie. Tylko może MM z wiekiem coraz bardziej pryncypialna ;) Ale to nic.

      Chętnie odwiedzę Twój blog. Dzięki!

      Usuń
  6. I chwal się! od tego masz bloga. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłam entuzjastyczną fanką, ale wymiękłam kilka książek temu. Z powodów, o których piszesz. Bardzo fajny tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. Naprawdę. Uwielbiam takie komplementy ;) Moja grafomania poprawia mi samopoczucie ;) Dzięki!

      Usuń
  8. Byłam ogromną fanką Musierowicz w swojej wczesnej nastoletniości. Połykałam jej książki jednym tchem. Sama nie wiem co się stało z tą fascynacją i dlaczego się skończyła. Może mi się przejadła, a może po prostu poszłam w inną stronę. Jednak do dzisiaj zapamiętałam jej książki jako jedno z cudowniejszych młodzieżowych odkryć i w sumie niech tak zostanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko ma swój czas. Tak to jest, każdy wyrasta z czego innego :)))

      Usuń
  9. Kochana moja, choć raz się mijamy w opinii na temat :).

    "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść" głosiła pieśń. I słusznie głosiła.

    Pani Musierowicz chyba niemuzykalna jednak.

    Tak, męczę kolejne tomy. Choć raz. By po raz kolejny jęczeć: czemu, Autorko, czemu?

    Ostatnio nic mnie jednak tak nie zajęło, jak pastwienie się nad paroma publikacjami na forum ESD oraz pewien fanfik, niestety niedokończony. Polecam jednak choć tyle, ile jest: tytuł "Bałusia".

    Dotarcie do współczesnej młodzieży? Kochana, oni nie cierpią Musierowicz! Nawet najlepszej (tak wypadły wyniki moich badań środowiskowych).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to pięknie ;) I jak tu żyć? Sentyment niewymazywalny. Mimo wszystko. Jednak. Kij w oko współczesnej młodzieży. Niech im tam! Ja tylko tego nie mogę zrozumieć. To nie do pojęcia. Przecież talent się człowiekowi skończyć nie może! A poprzednie tomy (zwłaszcza pierwsza dziesiątka) i inne rozproszone to majstersztyk, poezja prozy i takie tam... ;) Jak żyć?
      Bałusia, powiadasz...

      Usuń
  10. jest recka, jak prosiłam :* masz pamięć Gandalfa! (wiesz, że to komplement, nie? bo włosy masz z pewnością ładniejsze i lico gładsze :)

    tu już było o tym wyrastaniu, więc i ja się podpiszę. możliwe bardzo, że wyrosłam. może zaczęłam się bardziej czepiać z wiekiem. bo że to książki dla młodzieży miały być, to zawsze wiedziałam i jakoś udawało mi się, pomimo dorastania, cofać w rejony szkoły. z klimatem i uśmiechem.

    ale miałam jakiś czas temu Wnuczkę w ręku. z biblioteki. z terminem oddania.
    i przeczytałam kilka stron. li tylko wyłącznie i jedynie. i nie udało mi się wciągnąć na tyle, żeby dokończyć, a jeszcze takiej sytuacji nie było odkąd pamiętam.
    i myślę sobie tak, że ta rzesza fanek z początkowego okresu Jeżycjady dorosła; młodsza rzesza przyszłych - niedoszłych fanek pewnie sięgnie po pierwsze tomy i jest szansa, że się spodoba. ale w pewnym momencie trzeba było przesterować target na dorastające Borejkówny i ich doroślejsze problemy kompatybilne z również dorastającymi fankami początków cyklu. może zdrowy dystans do problemów coraz młodszej młodzieży rzeczywiście z wiekiem staje się ciężki do osiągnięcia?

    no, nie wiem. bo co ja tam wiedzieć mogę o nieswoich butach? już nie gdybam.
    mi po prostu jakoś tak samo wypadło, bez konkretnego analizowania jej twórczości i wdrażania się w dyskusje, że to jednak już pożegnanie.
    ale do początków zawsze chętnie wrócę, bo pierwsze tomy mam wyczytane co do literki po kilkanaście razy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamięć Gandalfa. Żeby tylko. Nie no, tyle to nawet ja wiem, dumna ze swej fantasy-abnegacji zatwardziała ignorantka, co raz z zawodowego obowiązku (lektura!) przeczytała i z ulgą porzuciła.

      Targetu nie przesterowano, a chyba rzeczywiście trzeba było. Bo to jest chyba jednak seria pokoleniowa. No ale pierwsze tomy o nastoletnich Borejkównach wychodziły w latach 70. Ja wtedy nastu lat nie miałam, a mimo to jakoś się zidentyfikować zdołałam. No właśnie może dlatego, że to pierwsze tomy, co je masz wyczytane co do literki po kilkanaście razy. Takie życie. Ale szkoda.

      Usuń
  11. To co piszesz (na temat książki) mrozi krew w żyłach... Muszę zatem przeczytać, by ocenić. Rozumiem Twój "ból". Ja akurat jakimś cudem nie stałam się nigdy jedną z "tych fanek" pani Musierowicz, co nie oznacza, że jej książki mi się nie podobały/ją lub, że ich nie ceniłam. Ja byłam fanką bezwzględną pani Terakowskiej, fanką względną Siesickiej i to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o książki młodzieżowe. Natomiast, znam to uczucie, gdy na świat wychodzi kolejna książka autora, którego nie tylko bardzo cenisz jako pisarza, ale tak po prostu - jesteś do niego bardzo przywiązana i chcesz go bronić własną piersią (całe szczęście, najczęściej nie ma przed czym ;). Ja od lat wczesnych nastu bardzo lubiłam Irvinga i jego specyficzny styl, a od kilku lat jego książki podobają się, ale jednak "to nie to". I coraz częściej patrzę na niego bardziej przez pryzmat "dawnej znajomości", niż z perspektywy faktycznej oceny (czy raczej "doceny" :) książki. Cóż, w przypadku Irvinga odpowiedź na niezadane pytanie brzmi chyba po prostu: "ludzie się zmieniają", co nie znaczy, że na gorsze. Po prostu na inne. W przypadku zaś "Dziadka do orzechów" - trudno powiedzieć. Na pewno aby podjąć próbę, trzeba przeczytać książkę, co zamierzam niezwłocznie uczynić :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak, że mrozi? Uuu. Ale aż tak to ja nie chciałam ;)

      Siesicką czytałam, Terakowskiej wcale za młodu nie znałam, nie wiem dlaczego, bo łykałam hurtem, co stało w szkolnej, a potem w osiedlowej bibliotece. Nienackich, Niziurskich i nawet Minkiewiczów. Do Irvinga dotarłam dopiero w licealnych czasach, ale to nie jest mój ulubiony pisarz, chociaż podoba mi się. A z panią Musierowicz cała sprawa rozbija się o to, że Jeżycjada mocno kultowa jest, więc oczekiwania wielkie. Bo podejrzewam, że gdyby któraś z młodszych pisarek popełniła dokładnie taką książkę, zrobiłaby furorę. Co jednak z tego, kiedy nazwisko Musierowicz zbyt dobrze się kojarzy, by chciano książce jakąkolwiek wpadkę wybaczyć. Tak to jest...

      Usuń
  12. ja kiedyś lubiłam musierowicz, do "starych" tomów jeżycjady lubię wracać,
    ale teraz- im nowszy tom, to tym bardziej mam wrażenie, że to już nie jest to samo.

    wiadomo, ludzie się zmieniają, historie się zmieniają, ciężko oczekiwać, żeby ciągle wszystko było takie same, ale niestety mam odczucie, że z każdym kolejnym tomem- pisanie wychodzi musierowicz coraz gorzej.
    no i jakoś słabnie też moja sympatia do bohaterów.
    trochę żal, bo kiedyś bardzo lubiłam gabrysię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli witaj w klubie ;) Kiedyś co prawda bardziej identyfikowałam się z Idą, ale faktycznie potem coraz bardziej przemawiała do mnie Gabrysia, ale teraz ta Gabrysia jakaś taka... Taka ja za dziesięć lat?

      Usuń
  13. Fakt, że i ja się czepiam coraz to nowszych tomów "Jeżycjady" (choć i tak kupuję ;) ), ale tu muszę się wtrącić do oceny fragmentu o synowej dla Gabrysi. No przecież ten cytat to czysta kpina z Idy i jej zołzowatego charakteru, który przejawia się m.in. w tym, że chętnie zorganizuje wszystkim życie wg jej własnej wizji! Dla mnie to ewidentne!
    Mnie najbardziej w tej książce zasmuciło potraktowanie Józinka, który stał się posągowym bohaterem bez skazy i bez życia.
    Pozdrawiam, Flippi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że to kpina z Idy. Ale wiesz co? Ja z kolei mam wrażenie, że Pani Musierowicz, nawet kiedy kpi, to naucza. Niby kpi, ale tak naprawdę treść jest baaardzo prawomyślna ;) I to od pierwszego tomu, nie że w tym jednym. Tylko kiedyś było to chyba bardziej zjadliwe, a tu pohulała za bardzo. Tak sądzę. Dziękuję, że wpadłaś, Flippi :) Albo wpadłeś (?)

      Usuń
  14. W Wielkopolsce kradną! Potwierdzam.

    No, my z Warszawy, to nic, tylko kradniemy cały tydzień. Nawet w niedzielę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem "a kto by tu kradł? Tu jest Wielkopolska" to ironia? :)
      Mnie to śmieszy, bo ludzie wszędzie kradną.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.