czwartek, 30 kwietnia 2015

Co warto albo cztery truizmy

...z cyklu "Uroda życia" albo "Dyrdymałki"

 

To niżej, na fotkach, to jest, Kochani, samowolka. Absolutna i bez matczynej inspiracji. W każdym razie nie bezpośredniej. Przykład zadziałał. Uf. No. I tak ma być. Póki co, bo że dalej będzie tak samo, to ja nie mam złudzeń. Z nimi tak jest, mniej więcej przez cztery pierwsze lata. Potem już tylko gorzej. W wieku lat czternastu następuje kulminacja. Doświadczenie takie mam. Co przed nami - nie wiem. Póki co z najmłodszym przerabiamy wszystko od nowa.

 

Najmłodsze dziecię jeszcze chętnie sprząta. Na razie...
Chusteczki rozpakowane, kurz wytarty, można układać z powrotem
Gotowe. Matce serce roście ;)

 

A te fotki to tylko pozornie bez związku z tematem. Bo rzecz będzie o przedmiotach i o niezbędnych wokół nich zabiegach ;)

 

Warto mieć w życiu sprawiające przyjemność rzeczy. Warto przy ich pomocy dążyć do spełnienia marzeń. Warto zaspokajać dobre pragnienia. To nie jest konsumpcjonizm.


Ale nade wszystko warto otaczać się tylko tymi przedmiotami, które nie wymagają od nas więcej uwagi, niż na nią w istocie zasługują. Bo tę uwagę warto poświęcić ludziom. Nie wyłączając z tej grupy samych siebie.

Warto mieć dobrą pracę. Warto się w niej starać, by dobrze zarabiać. I warto zachować balans. Truizm? No tak. Ale ręka do góry, komu się to tak naprawdę udaje. Mało komu. Nieprawdaż? Prawdaż. Bo i mało kiedy tak naprawdę od nas to zależy.

No właśnie. Albo tyramy od rana do nocy, bo tak nam każą, a boimy się sprzeciwić, bo bezrobocie. Albo tyramy, chociaż nam nie każą, ale chcemy się wykazać. Bo bezrobocie. Trzecie albo polega na wpadnięciu w pułapkę: tyram, póki mogę i mi płacą, bo za chwilę oni mogą przestać płacić, a ja mogę przestać móc. Więc zarabiam na zapas. I na wszelki wypadek. Który czasem nadchodzi, a czasem nie. Częściej nie, bo w końcu jeśli tak bardzo się spinamy, to oni płacić nie przestają - nikt nie pozbywa się niewolnika tylko po to, by zatrudnić sobie normalnego pracownika, który będzie chciał odpoczywać. Proste? No tak. Albo okrągłe. Jak to kółko, w które się kręcimy. Względnie jak karuzela dla chomika. Biegnij, chomiku, przepraszam, niewolniku, biegnij. Dopóki nie powinie ci się nóżka i nie stracisz złudzeń, że kontrolujesz mechanizm, który tak naprawdę już dawno przejął kontrolę nad tobą. I jak tylko przestaniesz być mu posłuszny, to jest nie będziesz już biec i biec bez wytchnienia, on się natychmiast zatrzyma. Bez pytania, bez uprzedzenia. Stanie. I cię poturbuje - tak, że nie zdołasz z niego wykręcić połamanych nóżek. Na których już nigdzie dalej nie pójdziesz. Ani z powrotem na ten kołowrotek wskoczyć nie zdołasz. Zresztą po co? I gdzie? Twoje miejsce od razu zajęli kolejni spragnieni przejażdżki własną karuzelą marzeń. Albo złudzeń.

Nadmiar, zwłaszcza nieuświadamiany, zabija. A w najlepszym razie męczy, stresuje, skraca życie. Kolejny truizm.

Przedmioty wymagające ciągłego czyszczenia lub obsługi (vide cykl: Wnętrze minimalistyczne) kradną życie. Za zarobione kosztem ostatków wolnego czasu pieniądze dodatkowych lat się nie kupi.

Truizm trzeci: poświęcam zbyt wiele czasu na pracę, żeby zarobić pieniądze, za które kupię więcej przedmiotów, których obsługa pochłonie "najostatniejsze" z ostatnich minuty.

I gdzie tu logika?

W rozsądnych i bezpiecznych granicach zawsze warto mieć mniej. Bo wtedy można być bardziej. I to był truizm czwarty. W dodatku niemiłosiernie oklepany i podobno banalny. Więc za najbiedniejszym prezydentem świata dodam: mając mniej, można być dłużej.

Ale nie warto popadać w kolejną skrajność.

Amen. Wybaczcie ględzenie. Tak mnie naszło, bo zmęczona jestem ostatnio robotą. No. Ale się z niej cieszę :) I niech mi ktoś powie, że to sprzeczność albo że sama nie wiem, czego chcę. Niech spróbuje! ;)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Po co komu redaktor? O niezbędnych warunkach rzetelnej redakcji tekstu

...z cyklu "Dyrdymałki"






Ten wpis jest kontynuacją artykułu na temat trzech zasadniczych funkcji redaktora tekstów nie tylko literackich, który znajdziecie pod tym linkiem.

 

Po co komu redaktor?

 

Każdy, nie tylko pisarz, także dziennikarz albo zwykły człowiek piszący jakikolwiek tekst, potrzebuje świeżego spojrzenia osoby, która nie tkwiła w jego głowie i w emocjach, kiedy tekst powstawał, ponieważ takie spojrzenie daje informację zwrotną, czy forma komunikatu pozwala go odbiorcy zrozumieć dokładnie tak, jak założył to nadawca. O tym było poprzednio i jest to sprawa kluczowa.


Tym razem spróbuję zastanowić się nad sposobami osiągnięcia tego oczywistego, wydawałoby się, efektu.

Warunkiem podstawowym jest nawiązanie nieuchwytnego, pozasłownego, ukrytego „między wierszami” porozumienia autora i redaktora. Napisałam „między wierszami”, ponieważ redakcja przeważnie odbywa się zdalnie, przy użyciu narzędzi dostępnych w zakładce „Recenzja” w przypadku większości edytorów tekstu. Autor i redaktor prowadzą rozmowę, dodając komentarze przy poszczególnych fragmentach.

Pozornie może się wydawać, że to nie to, że prawdziwa rozmowa twarzą w twarz jest lepsza. Owszem. Bezpośredni kontakt z człowiekiem jest nie do przecenienia i nie do zastąpienia. Ale czy w przypadku redakcji zawsze wychodzi on książce na dobre?

Niekoniecznie. Książka jest zwykle ukochanym, przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat dopieszczanym dzieckiem autora, który w związku z tym ma do niej stosunek niezwykle emocjonalny. I dobrze. I o to chodzi, ponieważ tekst pozbawiony emocjonalnego ładunku nie porwie czytelnika. Właśnie dlatego w żadnym razie nie wolno nam go z autorskich uczuć kastrować. Ale praca nad stylem, nad poprawnością języka i nad układem edytorskim powinna być uczuć pozbawiona. Używanie funkcji komentarzy wiele w tym względzie ułatwia. Można się wypisać, można dać upust emocjom, można po godzinie treść zbyt emocjonalnych komentarzy zmienić, ograniczyć się do rzeczowego przedstawienia sprawy. I dopiero potem wysłać.

Mówiąc krótko, autor jest od tego, by bezgranicznie kochał i wielbił swoje dzieło, by uważał je za najlepsze na świecie, by je hołubił. A od czego jest redaktor? Ha! Okrutna prawda brzmi tak: redaktor jest od tego, by tekst czytał „na zimno”, by go „nie rozumiał”, by żądał wyjaśnień, by „się czepiał”. Chór zachwyconych czytelników ma rozbrzmieć po publikacji, nie przed nią. I ma to być chór złożony z ludzi niezwiązanych osobiście z autorem, nieznających go, ba, nastawionych co najwyżej obojętnie. Uwagi te dotyczą debiutu, z już uznanymi pisarzami jest jednak trochę inaczej.  Gdy taki na początku nieprzychylny chór rozbrzmi pieśnią zachwytu albo – oby, oby – przynajmniej skwapliwie pokiwa głowami w geście aprobaty, można mówić o sukcesie opublikowanej książki. Niewiele warte są w tym względzie pochwały krewnych i znajomych królika, choćby szczere i z serca płynące. One są cenne, bardzo cenne, ale z całkiem innego powodu: podnoszą na duchu, motywują, dają siłę do pisania, a w wymiarze czysto ludzkim – świadczą o pozytywnym stosunku człowieka do człowieka. I tak ma być. Wiele mówią dobrych relacjach osób chwalących z samym autorem, a jego dzieło widziane jest przez pryzmat tych jakże pozytywnych uczuć. Nie zmienia to jednak faktu, że rodzinie i przyjaciołom pragnącym piszącemu nieba przychylić (co jest piękne) brak doświadczenia redaktorskiego. Można bowiem śmiało zaryzykować stwierdzenie, że dzieło napisane i dzieło wydrukowane ma dwie  różne formy. Proszę nie mylić tu formy z treścią, o nie, redaktor za nikogo nie napisze książki (zrobi to najwyżej ghostwriter ;), mam na myśli zewnętrzną formę tekstu – jego kształt gramatyczny, uformowanie edytorskie, wygląd, szczegóły konstrukcyjne (wszystkie muszą się zgadzać, wszystkie puzzle muszą do siebie pasować). Tyle. Aż tyle.

W trakcie zapisywania akcji albo przenoszenia na papier tego, co rodzi się w głowie, nie ma szans, by kontrolować wszystko. A podczas późniejszego samodzielnego sprawdzania autorowi brak niezbędnego dystansu. I dlatego jest redaktor. Żeby się dopytywał, żeby wynajdywał, żeby "nie rozumiał".
Bo zależy mi na tym bardzo, aby autorzy nie myśleli, że podczas redagowania ja się mądrzę albo wywyższam i poprawiam ich teksty, ponieważ wiem lepiej. Tak nie jest i mam nadzieję, że chociaż trochę udaje mi się ich o tym przekonać.

Wielką satysfakcję sprawia mi rozmowa o tekście z jego autorem, czyli z kimś, kto z samej racji bycia pisarzem zapewne doskonale rozumie mechanizmy językowe i wielką rolę niepozornych drobiazgów, a także konieczność zachowania zgodności między intencją piszącego a możliwym czytelniczym odbiorem. Zwykle udaje się nam wspólnie wyeliminować wszystkie zakłócenia na linii: intencja nadawcy – forma komunikatu – odczytanie odbiorcy. Takie zakłócenia powstają często z przyczyn niezwykle błahych i dlatego niezauważanych podczas samodzielnych prób redagowania, a potem korekty. Należą do nich między innymi usterki językowe, które wkradają się do tekstu, gdy autor w twórczym ferworze koncentruje się przede wszystkim na oddaniu emocji, na utrzymaniu tempa, na klimacie i innych tego typu aspektach dzieła literackiego. Redaktor w tym nie bierze udziału , a jedynie poddaje się próbie oddziaływania powstałego wcześniej tekstu. Dlatego, nie uczestnicząc w emocjach twórczych, ma szansę bardziej skoncentrować się na sprawach technicznych i wskazać ewentualne usterki w tym zakresie, by następnie pomóc je naprawić. I tylko proszę, by nikt się w tym momencie nie obraził, ponieważ w ten sposób wszystko jest na swoim miejscu: autor to twórca, czasem nawet artysta, zaś redaktor to rzemieślnik słowa, który powinien znać na wylot reguły rządzące systemem języka, umieć wyczuć, co winno wzbudzić wątpliwości i potrafić te wątpliwości rozwiać. Przy użyciu starannie dobranych, absolutnie wiarygodnych i dokładnych źródeł normatywnych. Śmiesznie brzmiące ostatnie słowo ma tu znaczenie kluczowe – na nic tysiąc porad i opinii wyrażonych przez domorosłych językoznawców (w stylu: moim zdaniem to powinno być tak, bo inaczej jest bez sensu), jeśli obowiązujące słowniki mówią coś zgoła przeciwnego.

W pracy staram się nie korzystać ze źródeł tak zwanych „popularnych”, lecz opierać się na publikowanych orzeczeniach Rady Języka Polskiego, Wielkiego Słownika Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego, SJP PWN (plus pokrewne słowniki tego wydawnictwa), na opiniach ekspertów uniwersyteckich Poradni PWN albo na opublikowanych przez Wydział Teologii KUL „Zasadach pisowni słownictwa religijnego”, zawierających ustalenia Komisji Języka Religijnego Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, a także innych, takich jak Encyklopedia PWN lub Encyklopedia Britannica w wersji cyfrowej, albo z oryginalnych stron źródłowych dotyczących konkretnej tematyki (np. jeśli sprawdzam wymiary przywoływanego obrazu, to szukam informacji na stronach muzeum, w którym ten obraz wisi, a nie w Wikipedii).

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie lekceważę stron popularnych, ale odpowiedzialność redaktorska wymusza na mnie opieranie się wyłącznie na tych źródłach, co do których mogę mieć sto procent pewności, że podają aktualnie obowiązujące rozstrzygnięcia. Nawet jeśli te rozstrzygnięcia u niektórych budzą wątpliwości lub opór. Czasem nie podoba nam się jakiś paragraf w kodeksie, ale mimo to przestrzegamy go i nie przekraczamy norm przez niego ustanowionych, prawda? Odwoływanie się do normatywnych źródeł jest dla mnie także rodzajem zabezpieczenia – gdyby ktoś zakwestionował prawidłowość mojej propozycji pisowni, mogę podać takie źródło bez obaw, że ten ktoś je podważy. Chodzi o to, by każdy autor miał pewność, że to nie ja decyduję o pisowni, nie ja tworzę i narzucam normy pisowni (nie wolno mi!), a jedynie informuję o obowiązujących zasadach, bo je znam albo wiem, gdzie ich szukać i jak je interpretować.

Jeśli autor zaufa mi w kwestii poprawności, a ktoś potem wskaże mu rzekomy błąd, chętnie ze wskazującym podyskutuję i wskażę źródła, bowiem – jak już wspomniałam – nie ja ustalam normy. Oczywiście zawsze może się zdarzyć, że jakiś błąd się prześlizgnie, człowiek jest tylko człowiekiem, a oko ludzkie naprawdę bywa zawodne. Inaczej twierdzą tylko ci, którzy nigdy w życiu nie mieli do czynienia z korektą i redakcją.

Z powyższego wynika kształt mojej oferty: pierwsza redakcja+korekta – korekta autorska+weryfikacja redaktorska – druga redakcja+korekta – skład – korekta po składzie. A wszystko siłą rzeczy oddalone w czasie, by za każdym razem nabrać do poprawionego tekstu dystansu i trochę go zapomnieć. Ponieważ świeżym okiem zawsze widzi się więcej.

Gdy chodzi o słynną zasadę licentia poetica, na którą tak chętnie powołują się autorzy pragnący zachować w tekście to, co nieświadomie, lecz błędnie napisali, albo o próby przekonania redaktora, że oto właśnie tworzą nowy styl bądź też ich błąd jest środkiem artystycznym – zawsze staram się rozmawiać o funkcji tego typu zabiegów. Bo bez wyraźnej funkcji naddania tekstowi dodatkowych sensów nie mają one racji bytu. Jeśli nieumiejętnie albo bez uzasadnienia przekroczy się normy w przekonaniu, że to licentia poetica, nikt z czytelników nie dopatrzy się w nich celowych zabiegów artystycznych. A jeśli się nikt nie domyśli, to każdy stwierdzi, że autor popełnił zwykły błąd, ponieważ najzwyczajniej w świecie jest niekompetentny językowo.

Warto słuchać redaktorów, ale przede wszystkim warto, by redaktorzy chcieli z autorami rozmawiać, wyjaśniać i z wielką delikatnością podchodzić zarówno do tekstu, jak i jego twórcy. W końcu od tego jest redaktor. To rzemieślnik języka. Artystą jest pisarz. Ale naprawdę dobre rzeczy nie powstaną, gdy zabraknie któregoś z tych dwóch elementów.

Jeśli macie życzenie otrzymać pomoc w redakcji Waszych książek, ponieważ planujecie wydać je własnym sumptem, zapraszam. Zredaguję, prześlę do korekty autorskiej, dokonam drugiej redakcji, złożę tekst do druku i dokonam korekty. Mogę zrobić to wszystko pod jednym warunkiem: że każdy z tych etapów będzie oddalony w czasie. Aby bowiem nie doszło do zbyt wielu przeoczeń, konieczne jest tak zwane świeże oko, tekst trzeba trochę zapomnieć. A przeoczeń i tak, niestety, uniknąć się nie da. Gdyby ktoś próbował Wam wmówić, że jest inaczej, miejcie pewność, że ta osoba z redagowaniem i z korektą nigdy nie miała do czynienia.

Jak myślicie, czy to, co napisałam o współpracy redaktora i autora, ma sens?


piątek, 24 kwietnia 2015

Wnętrze minimalistyczne. Przechowywanie

z cyklu "Slow homing"

 

Dziś o planowaniu miejsc do przechowywania.

 
Jasne szafy w zabudowie...

...dobrze zaplanowane, zmieszczą prawie wszystko.

Jasna barwa nie przytłacza wnętrza, a drewnopodobny wzór je ociepla.

Fronty kuchenne są ciemne, ale także gładkie - nie zbierają tłustego kurzu w rowkach

 

Projektowanie wnętrza domu lub mieszkania powinno opierać się nie tylko na wielkości działki pod zabudowę (dla mnie im mniejsza, tym lepsza - z wielu powodów), ale także, a może przede wszystkim, na dogłębnym przemyśleniu naszych oczekiwań i realnych potrzeb. Plus margines na ewentualne zmiany życiowe, których nie jesteśmy w stanie zaplanować. Słowem - dobry plan to plan z marginesem, ponieważ margines daje komfort "bezstresu" na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Oczywiście i on musi mieć jakieś granice, jak wszystko w życiu zresztą.


Krok pierwszy. Inwentaryzacja ;)
Niezależnie jednak od indywidualnego punktu wyjścia, jeszcze przed rozrysowaniem rozmieszczenia mebli i wyposażenia powinniśmy usiąść i punkt po punkcie spisać, co musimy w domu przechowywać (i to dość dokładnie, w stylu: drążek na wiszące ubrania dzieci, jedna półka na bieliznę, dwie na swetry i bluzeczki, oddzielna przestrzeń na rzeczy szkolne, na zabawki - konkretne zabawki itd.). Przyznaję, że jest to bardzo żmudny proces, ale się opłaci, ponieważ po pierwsze - później bez zbędnych deliberacji realizujemy plan, a po drugie - naprawdę mamy miejsce na wszystko, co musimy w domu posiadać. Dla powodzenia całej operacji ważna jest konsekwencja i niepomijanie absolutnie niczego. Pomieszczenie po pomieszczeniu.

Jak to się robi?
Sama zrobiłam to w ten sposób, że na każde pomieszczenie w domu przeznaczyłam jedną, dwie lub więcej kartek A4 i po prostu usiadłam, aby zrobić dokładny, ale to bardzo, do bólu, do niemożliwości wręcz, dokładny spis wszystkich rzeczy, które w danym pomieszczeniu a) być muszą, gdyż są tam niezbędne, b) byłyby przydatne, ale jak się nie zmieszczą, nie ma tragedii, c) być muszą, bowiem nigdzie indziej nie ma dla nich miejsca. Czyli podzieliłam rzeczy na kategorie. Jeśli chodzi o ostatnią kategorię, warto przemyśleć, czy te rzeczy w ogóle musimy w domu posiadać, czy też można je bez poczucia straty eksmitować w ogóle albo przeprowadzić do piwnicy (którą także należałoby zorganizować podobnie, choć już niekoniecznie w domowym standardzie).

Uwaga. W tej metodzie nie kombinuje się, jak upchnąć w szafach to, co się ma, ale działa się odwrotnie: wchodzi się myślami do konkretnego pomieszczenia, zastanawia się, do czego ono będzie służyć i co się w nim w związku z jego funkcją powinno znaleźć. Warto wziąć pod uwagę także różne nieprzewidziane wypadki (wyobraźnia!). Po takiej analizie dokonanej w odniesieniu do każdego pomieszczenia może się okazać, że wiele rzeczy dotychczas przez nas posiadanych nie ma swojego miejsca w żadnym pokoju, przedpokoju, łazience, kuchni, toalecie, wiatrołapie ani w piwnicy. I co wtedy?

Możliwości są dwie. W przypadku pamiątek gromadzonych latami przeglądamy je, niektóre pewnie wyrzucamy, bo już nam się z niczym nie kojarzą, a pozostałe wkładamy do wielkiego pudła, opisujemy szumnie hasłem "PAMIĄTKI" i ustawiamy na półce w piwnicy - zyskujemy w ten sposób odgraconą przestrzeń i poczucie, że skarby zostały zabezpieczone, więc sumienie mamy spokojne. Do tego w końcu służy piwnica. Druga możliwość jest taka, że przedmioty, których podczas "wyposażania" pomieszczeń w wyobraźni nie przypisaliśmy do żadnego z nich, są najzwyklejszymi w świecie gratami, których nigdy nie używamy, a trzymamy wyłącznie z przyzwyczajenia. To klasyczne "przydasie" albo rzeczy z gatunku "jeszcze wróci na nie moda" czy "naprawię to później". Bezwzględnie i bez wyrzutów: won z mojego domu!

Przykład.
Spróbuję na przykładzie łazienki pokazać, na czym polega idea podziału na powyższe kategorie:
  • ręcznik do bieżącego wycierania się - kategoria a) - ponieważ musimy mieć się w co wycierać po umyciu, to tak proste, że aż głupie;
  • ręczniki w danej chwili nieużywane - kategoria b) - zapas czystych ręczników niekoniecznie musi być przechowywany w łazience, można je trzymać w bieliźniarce, w szafie z pościelą na zmianę, w jakimkolwiek czystym miejscu, z którego można je wziąć na wymianę;
  • komplet czystych szmat do podłogi - kategoria c) - wyprane i przechowywane w czystym miejscu, można bez brudzenia rąk wyjąć, rzucić na zachlapaną podłogę i, choćby nogą, wytrzeć ją do sucha; od biedy można takie zapasowe czyste szmaty trzymać gdziekolwiek... w specjalnej szufladzie w przedpokoju, w kuchni (warunek jest jeden: musimy mieć oddzielne, czyste miejsce przeznaczone tylko na te szmaty - i to nie na zasadzie, że szmaty do podłogi to takie nic, więc i półki na nie nie trzeba, można je rzucić byle gdzie, bo "byle gdzie" znaczy po prostu "wszędzie").
Tak, tak, ja widzę, jak absurdalnie to wygląda, ale uwierzcie mi, że tylko na piśmie. W praktyce już po kilku rzeczach załapiecie zasadę i dalej pójdzie gładko. A korzyści... nie do przecenienia.

W ten sposób warto przeanalizować wszystkie przedmioty mające wraz z nami zamieszkać. Naprawdę warto. Pozwoli to uniknąć wpuszczenia do domu wielu intruzów, nieproszonych gości pod postacią wszelkiej maści "przydasiów", czyli w rzeczywistości rupieci i gratów. Na wyrzucenie których później nie starcza już czasu albo sił. I jeszcze jedno: nie jest to obsesyjne katalogowanie każdego domowego grata i nadmierne koncentrowanie myśli na przedmiotach. Po prostu przemyślenie od razu na początku, co, gdzie i czy w ogóle gdzieś w domu umieścić, pozwala zapomnieć o przeładowaniu wnętrza gratami na długie lata. Widzę, co mam, w jakim to jest stanie i kiedy powinnam wymienić to na nowe. Nie zaprzątam sobie głowy głupotami, bo zrobiłam to na samym początku. Teraz zostaje mi już tylko powściąganie zakupowych apetytów. Ale to nie problem, wystarczy, że przeliczę sobie zachciankę na książki. Albo na to. I od razu mi przechodzi. Nawiasem mówiąc, warto czasem dobrze się zastanowić, czy mogę sobie pozwolić na zakup jakiejś rzeczy, której mi się zachce. Jeśli tak i jeśli jestem o krok, warto ten krok zrobić, tylko w bok. O tu. I pomyśleć: i tak bym wydała, tylko na coś głupiego, więc w sumie to korzyść, a nie wyrzeczenie.

Krok drugi. Rysowanie i scalanie :)
W tym momencie można już wziąć do ręki wyrysowany wcześniej w skali plan pomieszczeń naszego lokum, do drugiej ręki kartkę, na której szkicujemy półki lub szuflady, do trzeciej ręki (nie śmiejcie się, przecież wszystkie mamy po osiem rąk :) kartkę ze spisem według kategorii, i już można zacząć "scalanie" naszych życzeń (dotyczących tego, co i gdzie chcielibyśmy umieścić) z realnymi możliwościami.
Nie muszę chyba dodawać, że szkic szafy też powinien być przynajmniej "na oko" zaplanowany w konkretnych wymiarach, które da się zmieścić na planie pomieszczenia? No i na tych naszkicowanych półkach "ustawiamy" długopisem przedmioty, wyobrażając sobie jednocześnie ich rzeczywiste położenie. Dlaczego? Aby później, w "realu" wszystko nam się naprawdę zmieściło, gdyż - jak wiadomo - papier wiele uniesie, drewniana półka niekoniecznie.

Jeszcze tylko słówko o konieczności włączenia wyobraźni podczas planowania zawartości konkretnych półek. Najpierw przewidujemy zawartość, później rysujemy odpowiednią liczbę półek, biorąc pod uwagę własne możliwości "wymiarowe". W ten sposób nie będziemy się biedzić, jak zmieścić tak wiele rzeczy na tak niewielu płaszczyznach.

Praktyczna rada.
Odległość między półkami nie powinna być ani zbyt mała, ani zbyt duża. Odkrywcze? Owszem, ponieważ w szale racjonalnego planowania łatwo jest przegiąć i starać się dopasować na papierze wszystko co do centymetra, wskutek czego pozbawić się możliwości skorygowania wcześniejszych "papierowych" błędów i pomyłek. Tu uśrednienie się przyda. Zbyt duże odległości między półkami spowodują, że będzie ich po prostu mniej - wtedy na jednej półce upchniemy zbyt wiele rzeczy i już na drugi dzień nie będziemy mogli niczego znaleźć w bałaganie. Zbyt małe odległości uniemożliwią nam wstawienie na półkę czegoś choćby niewiele odbiegającego od zaplanowanej wielkości i mamy klops. Osobiście dorobiłam się takiej sytuacji, planując regał na książki. Polecam uśrednienie:)

A co to wszystko ma wspólnego z minimalizmem? Otóż ma, bardzo wiele. Nikt bowiem nie dysponuje nieograniczoną przestrzenią. Większość z nas raczej mniejszą niż większą. Dlatego jedni prędzej, drudzy później, ale w końcu wszyscy napotkamy na jej ograniczenie. I to właśnie będzie moment, w którym zaczniemy się zastanawiać, czego musimy się pozbyć, z czym pożegnać, ponieważ w żaden sposób się w naszym domu nie zmieści. Minimalista nawet w małym mieszkaniu ma szansę odsunąć tę chwilę w bliżej nieokreśloną przyszłość.

PS Nie myślcie sobie, że ja taka zorganizowana, zaplanowana i przemądrzała od urodzenia jestem :) O nie! Ja się tylko przeprowadzałam trzy razy: raz sama, a dwa razy z rodziną i całym dobytkiem. Z gratami. Przed przeprowadzką do wyczekiwanego i wymarzonego punktu docelowego powiedziałam sobie: Nigdy więcej graciarni w domu! Nigdy więcej uciążliwych do sprzątania zakamarków! Skoro przeprowadzam się "ostatecznie", nie mogę sobie na resztę życia zgotować koszmaru dbania o niefunkcjonalny i zagracony dom, bo będzie on miał o wiele (ale nie aż tak bardzo ;) większą powierzchnię niż dotychczasowe mieszkania. Ma być idealny na miarę moich potrzeb i możliwości. I podczas wakacji, kiedy wyekspediowałam małżonka do prac wykończeniowych a dzieci do piaskownicy, siadałam sobie, brałam w moje osiem rąk kartki, ołówki i długopisy i kombinowałam, kombinowałam... Czasu miałam wiele, a planowanie było przyjemne - kto nie lubi zastanawiać się nad urządzeniem lokum, które właśnie się buduje albo remontuje? I dotyczy to zarówno domku, jak i pierwszej w życiu kawalerki o wymiarach pudełka. Pozdrawiam!

piątek, 17 kwietnia 2015

Wnętrze minimalistyczne. Podłoga

...z cyklu "Slow homing"

 


Podłoga jaka jest, każdy widzi - że się tak "oryginalnie" wyrażę:) Niby trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, niby nie ma się nad czym rozwodzić, a jednak... Jednak sądzę, że minimalistycznie podchodząc do nowego wnętrza, warto poświęcić chwilę uwagi każdemu najdrobniejszemu elementowi. A już zwłaszcza takiemu, którego łatwo zmienić niepodobna. Do takich elementów należy podłoga.


Czemu jest ważna? Ponieważ, jak wszystko u minimalisty, ma starczyć na lata. I się "nie wydeptać", nie popękać, nie powycierać. A także nie znudzić. Po drugie, ma być funkcjonalna. To tylko pozornie się wydaje, że funkcjonalność podłogi jest sprawą najbardziej oczywistą z oczywistych - podłoga służy do chodzenia po niej. A wcale nieprawda! To tylko jedna z co najmniej kilku funkcji. Po trzecie, ma być niekłopotliwa, nieabsorbująca. Po czwarte: nieirytująca w użyciu.

Ale po kolei.

Po pierwsze. Długowieczność podłogi. Zapewnia ją tylko dobry materiał. Nie chodzi o to, że jakiś specjalnie drogi. Raczej trwały, prawie niezużywający się. Twardy. Najpiękniejsze drewno, jeśli zbyt miękkie, słabo zaimpregnowane, źle położone, niedosuszone - nie będzie trwałe. A trwała podłoga to podłoga żyjąca tyle, ile żyje dom. Jeśli wymieniana, to z potrzeby zmian, nie z powodu zużycia albo - jeszcze gorzej - "zepsucia się". Bo między zużyciem a "zepsuciem" podłogi jest różnica: taka jak między wytarciem i wydeptaniem parkietu a odpadaniem lub pękaniem poszczególnych klepek. Jeśli płytki, to te o najwyższej klasie ścieralności - wytrzymają szuranie najcięższymi meblami. Położone na elastycznym kleju, przy użyciu elastycznej fugi, nawet w pomieszczeniu zamkniętym - mniejsza szansa na to, że pękną w razie osiadania budynku, to naprawdę robi różnicę.

Po drugie. Funkcjonalność. Nie ma uniwersalnej, bez względu na warunki, jednakowo funkcjonalnej podłogi. Funkcjonalność zależy od warunków, nazwijmy je - "okolicznych". O których poniżej.
  • Rodzaj materiału a sposób ogrzewania. W kuchni, łazience i pomieszczeniach gospodarczych lub przy drzwiach wejściowych sprawa jest dość oczywista: musi to być materiał, który łatwo się myje i nie wchłania plam. Jest takie drewno, taka ceramika, zmywalne wykładziny. Wolny wybór, byle spełniały kryteria. Sprawa pokojów kiedyś też była bezdyskusyjna - parkiety, deski, panele plus dywany, względnie wykładziny dywanowe. Kiedy ogrzewamy dom kaloryferami, mamy szeroki wachlarz materiałów do wyboru i prawie żadnych ograniczeń. Jeśli jednak - jak my - stosujemy ogrzewanie podłogowe (co było tematem wpisu sprzed tygodnia), możliwości wyboru kurczą się niemiłosiernie, właściwie zostaje jeden sensowny materiał: płytki ceramiczne na całej powierzchni i nic poza tym. Tu i ówdzie można co prawda spotkać reklamy paneli albo wykładzin dywanowych, o których producenci mówią, że nadają się do ogrzewania podłogowego, jednak w rzeczywistości nic tak dobrze nie przepuszcza ciepła wydzielanego spod podłogi i na tak długo go nie akumuluje, jak ceramika właśnie. A przecież chodzi o to, aby rachunki za ogrzanie wnętrza były jak najniższe, natomiast położenie czegokolwiek innego, choćby było do tego typu ogrzewania przeznaczone, realnie podnosi koszty grzania, gdyż każdy inny materiał w mniejszym lub większym stopniu hamuje przepływ ciepła w górę pomieszczeń. Trzeba po prostu policzyć koszty i wyważyć, na czym bardziej nam zależy: bo być może jesteśmy skłonni płacić trochę więcej za grzanie, ale w zamian mieć podłogę bardziej nam odpowiadającą. Powinna to być jednak świadoma decyzja, a nie skutek działania pod wpływem impulsu, bo potem będzie szok: Jak to? Mam podłogowe ogrzewanie, miało być tanio i ciepło, a jest drogo i zimno! Każdy inny niż ceramika materiał, nawet dostosowany do "podłogówki", podnosi koszty. Wybierajcie świadomie. Dodatkowo dobrze jest pamiętać, że "podłogówka" wymaga elastycznego kleju do płytek, a także elastycznej fugi - to kolejny element droższy od wersji podstawowej.
  • Rodzaj materiału a alergia na kurz. W prawie każdym artykule na temat uczulenia na kurz domowy znaleźć można radę, aby mieszkanie alergika pozbawione było materiałów kurz wchłaniających, ponieważ gładkie powierzchnie łatwiej z niego oczyszczać. Zgoda - pod warunkiem, że decydujemy się oczyszczać cały dom z kurzu mniej więcej dwa razy dziennie. Ktoś się na to pisze? Ja nie. Najbardziej minimalistycznie urządzone wnętrze zawiera jednak w sobie wystarczająco dużo zakamarków, aby jego "dwarazydzienne" - albo choćby "razdzienne" - dokładne przecieranie było ponad możliwości czasowe przeciętnego człowieka, zmuszonego, poza utrzymywaniem w domu sterylnej czystości, do pracy zarobkowej, prania, gotowania, robienia zakupów, zajmowania się dziećmi, o rozrywce, odpoczynku i tym podobnych fanaberiach nie wspominając. No więc we wnętrzu, w którym kurz - mówiąc brutalnie - nie ma gdzie osiąść i się zagnieździć (nie na długo, wiadomo, ale na dzień, dwa lub nawet trzy - czemu nie?), będzie fruwał w powietrzu przy najmniejszym ruchu stóp po podłodze. Ze względu na typ ogrzewania mam płytki na całej powierzchni - wierzcie mi, nawet przy odkurzaniu podłogi co drugi dzień, miejsca, po których stale się chodzi, są widocznie czystsze od miejsc nieuczęszczanych, na przykład pod stołami, bo to tam właśnie przelatuje kurz wzbijany stopami z miejsc uczęszczanych. Kurz unoszący się stale w powietrzu z pewnością nie służy drogom oddechowym alergika. Dlatego, mając uczulenie, paradoksalnie warto rozważyć położenie tu i ówdzie dywanu lub wykładziny. Kurz nie zniknie, ale przynajmniej pomiędzy jednym a drugim odkurzaniem będzie "siedział" w miejscu, zamiast fruwać przy najmniejszym ruchu w pomieszczeniu. Może ktoś z wyższością powie, że takie podejście dobre jest dla brudasa - według mnie będzie to albo hipokryta, który udaje, że nie ma w domu ani jednego pyłku, albo człowiek niezmiernie zamożny, otoczony ze wszystkich stron armią nieustannie sprzątających osób. Nie jestem przedstawicielką żadnego z powyższych typów, więc u mnie - o zgrozo! - kurz zalega czasem i dni siedem, co znaczy: od soboty do soboty:).
Po trzecie. Kłopotliwe użytkowanie posadzki. Wiąże się z wymaganiami poszczególnych materiałów, z jakich wykonano naszą podłogę.  Dywany i "dywanopodobne" absorbują plamy, oprócz odkurzania wymagają systematycznego prania. Z drewnem jest kłopot, bo twarde i plamoodporne bardzo drogie, tańsze zaś tych cech nie posiada, a kiedy raz się zabrudzi lub uszkodzi, to zostaje cyklinowanie lub wymiana. Za to sprawia wrażenie przytulności i domowego ciepełka. Potrzebny jest kompromis. Podłogi gładkie natomiast można łatwo zmywać i z reguły są plamoodporne - jeśli tylko dobrze wybrane. Dobrze jest wybrać dobre płytki:) Dobre znaczy: z wysoką klasą ścieralności, w swej klasie niedrogie, no i jak najładniejsze, czyli po prostu zgodne z naszym gustem. Z gustem kłopot polega na tym, że niekoniecznie najbardziej podoba nam się to, co sprawia najmniejsze problemy i jest najbardziej funkcjonalne. Taka na przykład podłoga w kolorze ciemnobrązowym, bez względu na materiał, z którego została wykonana, pięknie uwidacznia każdy najmniejszy pyłek oraz wygląda efektownie aż przez całe pięć do dziesięciu minut po umyciu. Wystarczy wejść na taki ciemny czysty (nawet już wyschnięty) fragment z pomieszczenia jeszcze niesprzątniętego, a od razu widać ślady kurzu wniesionego na podeszwach kapci. Wiem coś o tym, "zaszalałam" z tym kolorem w łazience i niebiosom dziękuję, że nigdzie więcej. Cała reszta podłóg w naszym domu wyłożona jest płytkami z wzorem "drewna". Normalnie nie cierpię imitacji, jednak wziąwszy pod uwagę wszystkie "za i przeciw", doszliśmy do wniosku, że skoro podłoga ceramiczna, a więc "na oko zimna", niech przynajmniej "drewniany" wzór optycznie ją ociepla. A dlaczego nie ciemniejsza? Ponieważ na ciemniejszej bardziej widać każdy ślad, każdy pyłek i okruszek. Czemu nie w kształcie klepek lub desek? Bo kwadratowe płytki były w promocji o połowę taniej (pewnie nikt ich nie chciał:), a skoro pieniądze poszły w instalację "podłogówki", czystego gazowego pieca i braku kaloryferów pod oknem... Czemu takie grube fugi? Ze względu na typ ogrzewania, teraz wiem, że fugi mogły być cieńsze, ale wtedy ślepo wierzyłam fachowcom. I tyle. Jeśli nie chcecie wzoru imitującego drewno, weźcie jakikolwiek inny, byle nie był to jednolity kolor, ponieważ i tak już po kilku godzinach od umycia powstaną na nim "wzorki" utworzone przez osiadający kurz i różne domowe paproszki,  których istnienia posiadacze dywanów i wykładzin w ogóle nie podejrzewają. Koniec końców, co z tego, że położy się ładniejszą, bardziej elegancką, ciemną podłogę, jeśli podczas prawdziwego domowego użytkowania i tak będzie sprawiała wrażenie brzydszej i wiecznie brudnej? A będzie, ponieważ faktyczne użytkowanie zakłada chodzenie po powierzchni, na której zawsze jest jakiś kurz, nawet po kilkunastu minutach od umycia. Od dotykania kurzu robią się ślady (jak na meblach na przykład), jednak na podłodze o niejednolitym kolorze nie rzuca się to w oczy. Co nie znaczy, że nie należy jej sprzątać, ale to zupełnie inna sprawa.

Po czwarte. "Efektowne" wzory. Powyższy spis subiektywnych wymagań, zastosowany przed zakupem materiału na wykończenie podłogi, może realnie obniżyć stopień irytacji wywołanej niedostatkami ujawnionymi podczas jej późniejszego użytkowania. Sprawdzone. A co irytuje, nie cieszy. Choćby było najpiękniejsze, najmodniejsze, najtrwalsze i najdroższe, a także najbardziej podziwiane przez wszystkich wokół. Irytować może krzykliwy wzór podłogi, przez lata przytłaczający wszystkie pozostałe elementy umeblowania i tak rzucający się w oczy, że wszystko inne siłą rzeczy musi pozostać jedynie w ograniczonej roli tła. Osobiście wolę, żeby dominujące i charakterystyczne elementy wystroju wnętrza były łatwo wymienialne, natomiast te wbudowane na stałe i na wieki wieków - w neutralnych, nierzucających się w oczy kolorach i wzorach. Aby to raczej one stanowiły tło dla mebli lub gadżetów ruchomych, których wybór bywa (bo w tej sytuacji bywać może) efektem aktualnej mody wnętrzarskiej. Obrus, firana albo poduszka na kanapie zużywa się lub nudzi po kilku latach, ostatecznie nawet ściany można fantazyjnie przemalować, natomiast właściwa podłoga ma trwać tak długo jak cały dom i ma się nigdy nie znudzić. I dlatego to właśnie ona powinna pełnić funkcję tła dla wszystkich pozostałych elementów. 

PS Gdybym wybierała materiał na posadzkę dziś, pewnie uparłabym się przy bardziej "parkietopodobnych" klepkach ceramicznych, cieniutkich, prawie niewidocznych fugach i zacisnęłabym zęby, jeszcze dłużej czekając, aż będzie mnie stać na zakup szaf i kanapy. Ale przepadło. A może jednak wybraliśmy dobrze? Bo dom osiadł (to normalne) i być może tylko dzięki małym płytkom oraz grubym fugom nie mamy pęknięć na środku salono-jadalnio-kuchni? ;) Właśnie. Dlatego nie będę narzekać, tylko cieszyć się z tego, co mam, i doceniać wygodę.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Work-life balance znaczy spacer po linie

 ...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda życia"

 

 

Z czym kojarzy się Wam balansowanie? Mnie z cyrkiem. Zachować równowagę, idąc na wysokości po cienkiej linie, łatwo nie jest. Osiągnąć równowagę w życiu też nie. Z jedną różnicą: życie - mimo wszystko! - cyrkiem nie jest.


I dlatego natrętne promowanie kolejnej cudownej recepty na szczęście wydaje mi się mocno podejrzanym sposobem na zarobienie pieniędzy przez kreujących się na guru różnej maści ekspertów. Czynienie z tematu równowagi między życiem i pracą problemu przewyższającego swym znaczeniem wszystkie biedy tego świata wydaje się zwyczajnie głupie, a w najlepszym razie podejrzane. Brak takiej równowagi do niczego dobrego nie prowadzi, jednak proponowane drogi jej osiągnięcia bywają częstokroć kuriozalne.  W tym tonie - choć o wiele łagodniej :) - przywołała temat na blogu SARNIEZYCIEMAMADU.PL Agata. Zgadzam się z Nią w stu procentach, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podzieliła włosa na czworo i nie dodała swoich trzech, a nawet pięciu, groszy ;)

Płynące z wnętrza spokój i harmonia dają poczucie równowagi nawet wtedy, gdy szala przechyla się raz na stronę pracy, a raz pozostałych sfer życia. Tak sądzę i wiem z doświadczenia, że nawet jeśli teoretycznie wychodzi się z pracy o konkretnej (dość wczesnej) godzinie, ale jest się tą pracą zestresowanym czy nie lubi się jej, to nic nie da zamknięcie drzwi, zmiana otoczenia. W głowie (i w reszcie ciała także) wciąż zostaje napięcie, myśli gonią wokół tego, co było i będzie; jak to rozwiązać, jak zaplanować, co zrobić. A do tego stres spowodowany tym, że przecież jestem w domu, więc mam się wyluzować, odpocząć, spędzić czas z dzieckiem... Tylko czemu to się nie udaje?

Myślę, że problem jest głębszy i trochę bardziej złożony. Zbyt wiele czynników wpływa na to, że zachowanie harmonii wewnątrz siebie mało komu wychodzi.

Mówią: uczyń ze swojego hobby pracę, a nigdy nie będziesz pracował. Niby tak, ale jednak nie do końca, bo przecież możesz znienawidzić swoje hobby, gdy stanie się obowiązkiem.

Mówią: nie miej szefa, a wolność sprawi, że rozwiniesz skrzydła, zaś satysfakcja z tego czerpana uczyni życie naprawdę fajnym. Pewnie, co jednak w sytuacji, gdy powinie się noga albo wyczerpie popyt na moje usługi? Ja się tego boję. Ponieważ nie chce mi się wciąż i wciąż zaczynać wszystkiego od nowa, ponieważ obawiam się pod koniec życia wrażenia, że pora umierać, a tak naprawdę znajduję się w punkcie wyjścia. Niby dobrze zawsze mieć jakiś cel, ale brak poczucia spełnienia w chwili śmierci (wiem, wieje grozą, ale cóż, sama prawda :) wydaje mi się dość smutny. Chciałabym umierać bez żalu, z poczuciem, że szkoda co prawda, jednak było dobrze, żyłam tak i tak, miałam to i to, udało się za bardzo nie narozrabiać, zrobić kilka dobrych rzeczy (niekoniecznie dla siebie) i generalnie nie jestem rozczarowana. Nie wiem, czy ciągłe "nowe początki" dałyby mi to poczucie. Mnie chyba nie. Ale może komuś tak.

I tu jest pies pogrzebany. Wrócę do wcześniejszej myśli i za Agatą powtórzę, że równowaga między pracą i pozostałą częścią życia nie polega wyłącznie na godzinowym podziale (choć trochę też). A od siebie mało odkrywczo dodam, że wynika ona z wewnętrznej harmonii. Natomiast osiągnięcie wewnętrznej harmonii to jest problem o wiele bardziej złożony i głębszy niż podział na czas pracy i czas odpoczynku, umiejętność relaksowania się, poczucie satysfakcji z pracy i innych sfer życia, poczucie sensu itd. Bo to wszystko jest ważne, jednak na te elementy nakłada się jeszcze wiele czynników wynikających z indywidualnych cech osobowych, takich jak na przykład temperament, towarzyskość, alergia na posiadanie jakiegokolwiek szefa albo przeciwnie - chroniczne poczucie nadciągającej katastrofy powodowane koniecznością działania na własny rachunek.

Ludzie są różni. Po prostu. Nigdy nie będzie jednej recepty dobrej dla wszystkich. A mityczny work-life balance to nic więcej, jak tylko kolejny sposób na wyciągnięcie od wystraszonych i naiwnych pieniędzy. Kursy, szkolenia, warsztaty, trenerzy osobiści, podręczniki [sic!]... Litości!

wtorek, 14 kwietnia 2015

Połączyć pracę z pasją. O redagowaniu książek

...z cyklu "O pracy redaktora"

 

Redaguję książki. I ogólnie przygotowuję je do druku. Boskie zajęcie, naprawdę. Chociaż czasem lekko niekomfortowe (eh, te artystyczne dusze ;). Ale to nieistotne, jeśli lubi się to, co się robi. A ja lubię. Bardzo. Ponieważ nieprawdą jest, że redaktor literacki to niejako z definicji odludek. Jest odwrotnie!


Przecież pracując nad dziełem, rozmawiam z jego autorem! Dosłownie - proponowane zmiany opatruję komentarzami w zakładce "recenzja", potem czekam na odpowiedzi autora, także w chmurkach. Jeśli trzeba, odpowiadam i ja, potem znów autor...

Samo czytanie to z kolei rozmowa w przenośni.

Jestem niejednokrotnie pierwszym po kwalifikacji do druku odbiorcą utworu literackiego, wcześniej trzymanego w tajemnicy. A bycie pierwszym, i do tego z obowiązku aktywnym, czytelnikiem tekstu płynącego z najintymniejszych zakątków duszy to doświadczenie... bezcenne. No i zobowiązujące.

Do czego zobowiązany jest redaktor literacki i dlaczego warto z nim naprawdę aktywnie współpracować, postaram się dziś - najkrócej jak potrafię, daję słowo! - wyłuszczyć.

Oto podstawowe cechy i zadania dobrego redaktora literackiego:

 

  • Dogłębna znajomość gramatyki, ortografii i interpunkcji, a także biegłość i kompetencja w korzystaniu i interpretacji wiarygodnych źródeł. A ponadto świadomość istnienia mitów na temat pisowni i interpunkcji. O umiejętności stosowania tej wiedzy w praktyce pisać już chyba nie trzeba ;)


  • Orientacja w zakresie norm edytorskich, ponieważ one znacząco wpływają na warstwę językową tekstu. Chodzi nie tyle o skład do druku, ile na przykład o ukształtowanie składniowe i interpunkcyjne tła partii dialogowych. Na przykład, bo tak naprawdę tych zasad (bardzo szczegółowych) jest mnóstwo, chociaż podczas czytania książki w ogóle ich nie widać. Stają się rażące dopiero wtedy, gdy zostały przez redaktora zaniedbane, a korektor nie chciał być niemiły i ich "nie dostrzegł". Niewielu autorów i jeszcze mniej czytelników ma jakąkolwiek świadomość ich istnienia. A przecież wyłącznie dzięki nim książka wygląda jak książka, nie zaś jak komputerowy wydruk w kolorowych tekturkach z obrazkami.


  • Rola czytelniczego królika doświadczalnego. Ujmując rzecz krótko, chodzi o to, czy po przyłożeniu do dzieła zredukowanego, bez wchodzenia w szczegóły, schematu Jakobsona wszystko działa, jak należy. Jeszcze prościej: czy kształt językowy, a także konstrukcja i kompozycja komunikatu (czyli książki) pozwala czytelnikowi (wg Jakobsona - odbiorcy) właściwie odczytać intencje autora (to znaczy nadawcy). Krótko: chodzi o to, by było wiadomo, co przysłowiowy "poeta" miał na myśli, gdy tworzył ;) Wnikanie w szczegóły "hierarchicznej wielopoziomowości instancji nadawczo-odbiorczych" [sic!] oraz znajomość opisanych przez Okopień-Sławińską kategorii odbiorcy czy nadawcy zewnątrz- i wewnątrztekstowego to obowiązek redaktora. Jeśli z grubsza orientuje się w tym autor, jest miło i szybciej się pracuje. 


  • Najważniejsza jednak cecha dobrego redaktora to umiejętność wspólnego z autorem pochylenia się nad dziełem i szczera chęć jak najlepszego przygotowania go do druku. A także powstrzymanie się od prób przerobienia utworu na swoją własną modłę. Słuchanie autora i zdolność takiego wyjaśnienia niezbędnych zmian, by nie miał on poczucia nieuzasadnionej ingerencji, która w jego poczuciu szkodzi książce, będącej przecież owocem wielu poświęconych na pisanie godzin i zarwanych nocy.

 

Sprawy takie jak wyczucie stylu, adekwatności słów, tego, co "między wierszami" i ponad formalną poprawnością są tak nieuchwytne, że trudno o nich jakoś konkretnie pisać. A przecież dobrze zredagowana książka nie może się bez nich obejść. Pisarski warsztat buduje się latami, dlatego redagowanie "nastej" książki autora i zabiegi przy tekście debiutanckim to dwa całkiem różne doświadczenia.

 

W tej chwili po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię swoją pracę. Mogłabym tak pisać i pisać, i pisać... I coraz bardziej wchodzić w szczegóły. Sporo mnie kosztowało, by nie zarzucić Was od razu w pierwszym wpisie mnóstwem detali, które przecież wcale nie muszą Was obchodzić. Pasja. Uwielbiam to, co robię.

 

O szczegółach w kolejnych artykułach :) Może w każdy poniedziałek? Najdalej wtorek? Zapraszam!

piątek, 10 kwietnia 2015

Wnętrze minimalistyczne. Ogrzewanie

... z cyklu "Slow homing"

 

Taki kaloryfer ;)

 

Ciepło w domu to kolejny element, nad którym warto chwilę podumać. Nikt nie lubi marznąć w zimie, mało kto lubi mieć zbyt wysoką temperaturę. Jest jeszcze kwestia ekologii, ale zostawiam ją na boku, ponieważ po pierwsze - blog nosi bezwstydnie egocentryczny tytuł, po drugie - rozwiązania naprawdę dobre dla człowieka, są takie również dla środowiska. Między tymi dwoma "dobrami" nie ma najmniejszej sprzeczności.


Temat ogrzewania pojawia się tuż po oknach, ponieważ najpierw wymienia się w nowym mieszkaniu okna, a dopiero potem wykańcza podłogę. By nie zamknąć sobie jednej z dróg wyboru, trzeba o domowym ciepełku pomyśleć troszkę wcześniej. Ale po kolei.

Ogrzewanie w większości przypadków kojarzy się nam z kaloryferem pod oknem. Mniejsza o racjonalność umieszczania tam właśnie grzejnika, skupię się na praktycznych utrudnieniach wynikających z ogrzewania pomieszczeń przy pomocy kaloryferów. Bez względu na kształt - żeberka, panele czy konwektory - aby zapewnić odpowiednią temperaturę w mieszkaniu, kaloryfer musi być gorący i musi to gorąco wyemitować z tego jednego jedynego miejsca (pod oknem) na cały pokój. Trudne to, bo gorące powietrze jest lżejsze od chłodnego i dlatego zanim dotrze do najodleglejszych zakątków, uniesie się w górę, nad nasze głowy. Mimo to, ogrzewając domy kaloryferami, mamy jednak ciepło, ale tylko dlatego, że rozgrzewamy je do bardzo wysokich temperatur, a następnie pilnujemy dzieci, aby przypadkiem kaloryfera nie dotknęły i się nie oparzyły. Czasem zastawiamy grzejnik jakimś ciężkim meblem, aby maluch nie dostał się w jego pobliże, kiedy tylko odwrócimy wzrok. Ale skutkuje to blokowaniem ciepła. Podkręcamy więc grzejnik i płacimy więcej. Aha, jeszcze zakładamy ciepłe kapcie lub skarpety, bo przy samej podłodze jest nam chłodniej niż na wysokości głowy, gdyż ciepłe powietrze jest lżejsze... itd.

Posiadając mieszkanie w bloku, raczej nie mamy wyboru i musimy pogodzić się z zastaną sytuacją, ratując się pomysłami typu: naklejanie za kaloryferem aluminiowego panelu odbijającego ciepło od chłodnej zewnętrznej ściany pod oknem. Kiedyś widywałam też różne hardcore'owe pomysły polegające na - cokolwiek nielegalnym w warunkach spółdzielczych - przenoszeniu grzejnika na jakąś inną ścianę w celu uniknięcia utraty ciepła przez szczelinę pod parapetem (przyłóżcie tam rękę, a poczujecie na własnej skórze, o czym piszę - w zimie jest lodowata).

Gdy wyboru nie ma, mówi się: trudno. Jeśli jednak rysuje się przed Wami szansa samodzielnego zaplanowania typu ogrzewania własnego lokum, kierując się swoim doświadczeniem kilkuletniej eksploatacji, szczerze polecam ogrzewanie podłogowe.

Dlaczego? Jest kilka ważkich powodów:
Powód pierwszy - dla mnie, dość beztroskiej duszy, najważniejszy:). Otóż brak kaloryfera pod oknem, tudzież w jakimkolwiek innym miejscu znacząco wpływa na rozmiar powierzchni użytkowej pomieszczenia. Niby grzejnik sam zajmuje góra 15 centymetrów, ale już konieczność zapewnienia otwartej przestrzeni przed nim (aby mógł bez przeszkód emitować ciepło na cały pokój) może nastręczać pewne trudności w urządzeniu niewielkiego domu lub mieszkania minimalisty. A jeśli tak jak ja macie na dwudziestu metrach kwadratowych salon, jadalnię i kuchnię, wiecie, o czym mówię, kiedy mówię o oszczędzaniu każdego centymetra powierzchni. W moim salonie rogowa kanapa jedną prostą dotyka ściany (pustej, a jakże!:), zaś drugą idealnie wpasowuje się pod okienny parapet, pod którym nie ma kaloryfera. Jest wspaniale położyć się tam z książką przy uchylonym oknie (jeśli akurat nie jest wiosna albo wczesne lato i nic się nie pyli ;) Zresztą można tam postawić komodę, biurko albo stolik do kawy - pomyślcie tylko: relaksująca kawa w towarzystwie dobrej gazety przy otwartym oknie latem lub z widokiem na padający śnieg zimą. Okey, deszcz też jest fotogeniczny znad gorącej kawy z mlekiem:) To luksus. Bezsprzecznie. I tak zrobiło się półtora powodu:)
Powód drugi. I pół:) Brak kaloryfera oznacza brak konieczności czyszczenia go. Kto raz w życiu miał "przyjemność" myć grzejnik żeberkowy lub wysysać odkurzaczem kurz z konwektora, ten dobrze wie, ile czasu pochłania ta czynność i że tak naprawdę trudno jest wykonać ją dokładnie. Zawsze jakiś kurz w środku zostanie, a kurz na powierzchni rozgrzanej do temperatury 70 stopni dosłownie się pali. I ogromnie uczula. O wiele bardziej od takiego leżącego na powierzchni chłodnej. Dlatego trzeba go w kółko czyścić, a to zabiera strasznie dużo czasu i gdzie tu poczucie luksusu, na osiągnięciu którego bardzo mi zależy?
Powód trzeci. I pół:) Mając ogrzewanie podłogowe, możemy sobie pozwolić na zamontowanie pieca na droższe, bardziej ekologiczne od węgla, paliwo. Jakim cudem? Takim, że nie musimy, a nawet nam nie wolno! - rozgrzewać podłogi do temperatury wyższej niż jakieś 20-23 stopnie. I tak uzyskamy taką właśnie temperaturę pomieszczeń, a paliwa zużyjemy mniej, więc wyjdzie na to samo, tylko wygodniej. W nogi nie jest nam gorąco, bo tyle stopni to o wiele mniej od temperatury naszego ciała, więc nie mamy wrażenia kontrastu. Po prostu, stąpając po takiej podłodze, nie czujemy różnicy między nią a naszymi nogami. 
Powód czwarty - ściśle wiążący się z trzecim. I pół:) Odwiedzające nas osoby mówią często, że mają u siebie gorące kaloryfery, temperaturę pomieszczeń wyższą od naszej, a i tak czują, że u nas jest im cieplej, niż u siebie, bo u siebie mimo ogólnej wyższej temperatury marzną w nogi. A gdy człowiek marznie w nogi, to ma wrażenie, że wszędzie mu zimno.
Jak to się dzieje, że nam jest ciepło w sam raz? Dosłownie w punkt? Bo u nas się w nogi nie marznie. Zasada unoszenia się lżejszego ciepłego powietrza w górę nadal obowiązuje, wędruje to powietrze w takiej właśnie temperaturze (22-23 stopnie) od samych naszych stóp (w które nam ciepło, ale nie gorąco) w kierunku naszych głów, stopniowo się schładzając przez mieszanie się z tym zimniejszym, które było tam wcześniej. Tym sposobem nie jest nam duszno. Mimo panującego komfortu cieplnego nie mamy wrażenia duchoty, a nawiewniki w oknach świetnie dają sobie radę, zapewniając stopniowy, acz stały, dopływ świeżego powietrza bez wychładzania pomieszczenia przy otwieraniu okien na oścież na mrozie. Okna otwieramy dla przyjemności, nie z konieczności wietrzenia.
Powód piąty. Chyba ostatni. Summa summarum koszty ogrzania domu w sezonie grzewczym (plus powstająca przy okazji ciepła woda w kotle) są mniej więcej o połowę mniejsze od kosztów ogrzania budynku o takiej samej powierzchni tradycyjną "metodą kaloryferową". Te koszty wahają się oczywiście zależnie od tego, jaką mamy zimę, jednak jaka by nie była, to i tak jest jednakowa dla wszystkich. 

Warunek konieczny. Dobry piec z możliwością precyzyjnej regulacji komputerowej, czujnik pogodowy na zewnątrz (steruje temperaturą pieca - jeśli mu na to pozwolimy) i odpowiednia podłoga zapewniająca niezakłócone oddawanie ciepła pomieszczeniom. Ale o tym w kolejnym wpisie.

Wątpliwości. Cena. 
Instalacja podłogowa jest droższa od kaloryferów. Ponieważ sama w sobie jest droższa, a poza tym wymaga fachowej ekipy, która też kosztuje - raczej nie warto porywać się na samodzielny montaż, gdyż praca ta musi być wykonana naprawdę idealnie - będzie zalana warstwą wylewki i przykryta ostateczną wybraną okładziną, co w razie błędu będzie wymagało sporej demolki. Z drugiej strony późniejsza eksploatacja jest o połowę tańsza przy tych samych efektach z zastosowaniem grzejników. Inwestujemy - nawet większym wysiłkiem i nawet kosztem rezygnacji z nowych mebli - raz, eksploatujemy tanio i wygodnie - przez kilkadziesiąt (co najmniej) lat.
Podłogówka wymaga naprawdę dobrego, dającego możliwość precyzyjnej regulacji pieca, zwykle gazowego - nie jest najtańszy, a nawet kilka razy droższy od zwykłego pieca węglowego. No i wymaga regularnego serwisowania (czyszczenie i kontrola raz w roku), które nie jest tanie, jeśli wykonuje je autoryzowany serwis. Z drugiej strony nie chcemy sami "grzebać" w tym piecu, by go niechcący nie zepsuć, a poza tym fachowy rzut oka na zamknięte urządzenie pracujące na gaz zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. A ono z kolei poczucie luksusu.
Piec gazowy pozwala w pełni wykorzystać znajdujące się w pobliżu pomieszczenia - znika problem pyłu węglowego i sadzy oraz popiołu, który pojawia się prędzej czy później nawet przy stosowaniu najbardziej zaawansowanej technologii i najbardziej ekologicznego węgla. O mule używanym jeszcze przez niektórych nawet nie warto wspominać. Ja w kotłowni piorę. Oprócz pralki, pieca i kotła mieszczę się tam już tylko z wielką miską na pranie, ale trudno, łazienkę mam dokładnie nad kotłownią i dokładnie tych samych (czytaj: mikroskopijnych) rozmiarów. Czemu się chwalę, że tam piorę? Kto widział otoczenie pieca węglowego, ten wie ;)

Może to niepopularne, ale w moim pojęciu luksus nie polega na zapewnieniu sobie drogich ubrań, takich samych mebli i innych gadżetów. Luksus to komfort wynikający z wygody użytkowania urządzeń niezbędnych codziennym życiu. Mają być takie, aby same w sobie nie wymagały obsługi (a jeśli już, to minimalnej), aby nie były przyczyną dodatkowych prac (np. sprzątania - czyściliście kiedyś sadzę? - jest tłusta, czarna i oblepia wszystko wokół), aby nie zabierały mojej życiowej przestrzeni. Słowem - by ułatwiały mi życie, pozostając niezauważalne. To ideał. Nie zawsze możliwy do osiągnięcia. Zawsze wart, by w jego kierunku podążać. Reszta to sprawy drugorzędne - jeśli idzie o urządzenie życiowej przestrzeni. Designerski stół? Zwykły drewniany wystarczy, drewno jest szlachetne. Wielki telewizor? Stary piętnastoletni świetnie się sprawdza. Kanapa dziś czy za dwa lata? Nowa-natychmiastowa nie będzie mnie tak cieszyć, kiedy w zimie zamiast na niej leżeć, będę musiała dorzucać do pieca:) I tak dalej... Mam nadzieję, że wiecie, o co chodzi:)