środa, 8 kwietnia 2015

Cyborg i sowinista, czyli jak bardzo udały nam się święta

...z cyklu "Uroda życia"

 

Takie nowe firanki vel szmatki mam w oknach, gdyż stare panele siedmioletnie skruszyły się w rękach dziecięcia i ich dolne połowy spadły po prostu na podłogę. Nie wierzycie? To eksponujcie woal na słońce przez siedem lat bez wymiany :)

 

Jako że Niektórzy ;), a którzy, to już wiedzą którzy, ale Im wybaczam, gdyż darzę sympatią dozgonną i wierną, obelgami pod moim adresem w komentarzach rzucają i od cyborgów mi ubliżają, postanowiłam dziś bez kadrowania podsumować nasze pięciodniowe wielkanocne święta.


Dlaczego pięciodniowe? Ano dlatego, że - jak napisałam w Wielki Czwartek - właśnie wtedy rozpoczynam świętowanie. A wraz z nim: jajek malowanie, ciast i mięs pieczenie, sałatek kompletowanie (tak, to naprawdę właściwe słowo, wierzcie mi), w kościelnych obrzędach Triduum uczestniczenie - i to wszystko bez paniki, bez pośpiechu, bez napinania się na wykonanie planu. A także bez porównywania z kimkolwiek, kto jakikolwiek własny plan gdziekolwiek eksponuje. Jego plan, jego życie, jego sprawa. Mam nadzieję, że zostałam dobrze zrozumiana :)

To znaczy, owszem, jakiś plan jest, sami widzieliście w tym i w poprzednim roku, że jest, a niektóre jego elementy udaje się nawet zrealizować (właśnie tak). Z założeniem priorytetów, jakim są bezglutenowe wypieki, które robi się najpierw. I tyle.

A w tym roku udało się tak:


Miały być pisanki. I były. Już w Wielki Czwartek umalowane, w Wielką Sobotę przez Najstarszaka skrobane.


A te od swojskich kur dotarły do mnie już ozdobione :) Pozdrowienia takie czy co? Fajnie.


Miłe pechowego początki, czyli udany bezglutenowy mazurek makowy:


Ten z kajmakiem zrobiłam już w czwartek, tak samo jak klops z oliwkami. Poszło gładko, uśpiłam czujność, a skutki uśpienia poniżej:

Tak babka drożdżowa wyglądała

A to, jakby się kto nie domyślił, wypiek pod nazwą "bezglutenowa baba drożdżowa", który w zeszłym roku wyglądał tak:

...a tak miała wyglądać

Nie mam pojęcia, co zaszło, ale zaszło z pewnością, bo baba Anno Domini 2015 tej z ostatniej fotki żadną miarą nie przypomina. No cóż, idźmy dalej :)

A dalej padło na sernik wiedeński z koziego twarożku i przepiórczych jajek. Małżonek oddelegowany do ostatnich zakupów i spraw wagi najwyższej, więc w kuchni tylko ja. Sama, samiuśka jak ten palec, bez odwodów gotowych wyjąć ciasto z piekarnika, wyrzucić bez ceregieli do miski, dodać brakujący składnik, wymieszać i na powrót umieścić w gorącym. Padło na sernik. I o:


Niby wszystko gra. Niby wygląda. Nie dajcie się zwieść. Nie dajcie, bo brakuje mu białek. Tych, które w zeszłym roku sprawiły, że był o połowę wyższy i pulchniejszy. Ale co tam. Idealna pani domu vel cyborg (jak kto woli) nie doczytała przepisu i jeszcze się ucieszyła, że jej tak łatwo poszło, bo mogła wbić tych kilka żółtek z jaj kurzych, a białka wywalić, i nic a nic nie skojarzyła, że jajka miały być poczwórnie liczone, lecz przepiórcze. Cieszyła się, że Najstarszak kurze żółtka może i że dzięki temu zaoszczędzi na czasie rozbijania miliona przepiórczych orzeszków wielkości naparstka oraz wydłubywania złośliwych skorupek z serowej masy. Cieszyła się krótko. Aż okiem do przepisu rzuciła, kiedy ta masa dziwnie gęsta i twarda się jej wydała. No. Wszystko na temat. Tu się załamała, czołem o blat uderzyła, zawyła i w tej mniej więcej pozie zastał ją małżonek, to znaczy "sowinista" (kto czytał "Basię i mamę w pracy" ten wie, kto zacz, choć akurat mój sowinista sam się tak nazwał, pijąc do mnie, kiedy go - który to już raz w podobnej kuchennej sytuacji :) - wychwalałam po tym, jak mnie od garnka z masą odstawił, mówiąc, że wszystko jest okej, wykładając ser do tortownicy i ogłaszając przejęcie sterów w kuchni. Na westchnienie me: "Kochanie, no powiedz, kto inny by mnie tak uratował?" odpowiedział: "Nikt, tylko ja, sowinista". To było à propos moich niekiedy narzekań, że czasem czegoś nie zrobi albo że nie tak zrobi. Narzekań na wyrost, i to mocno, a wykonywanych w celu mentalnej integracji ze wspólnotą kobiet wykorzystywanych do prac domowych bez pomocy małżonków tudzież dzieci, do których to kobiet się nijak zaliczyć nie mogę, a przecież człowiek, zwłaszcza baba, z kimś to poczucie wspólnoty mieć chce, to choć na wyrost sobie ponarzeka. A sowinista taki słucha i w stosownej chwili się przypomni. Aczkolwiek nie złośliwie, raczej z humorem, bo "Basi" słuchać uwielbia, a nawet momentami do identyfikacji - co widać - dochodzi, i to jest szczytem wszystkiego, żeby się chłop odnajdywał w bohaterze śmiesznej, ale w sumie średniej, bardzo średniej, książeczki dla dzieci w wieku maksymalnie do lat trzech, nie więcej.


No więc kozi wiedeński uratowawszy od mych łez rezygnacji, stery (a konkretnie mikser) w kuchni przejąwszy, przystąpił do czynienia sernika, ale nie wiedeńskiego, jaki był zaplanowany, gdzież by tam, skoro się na puszce z kajmakiem nowy przepis znalazło! Na sernik taki oto, jak na wyżej załączonym obrazku: kajmakowy. Jakby się kto pytał ;) W skrócie: mniej więcej taki jak wiedeński, tylko bez krupczatki w środku, bez bakalii, a za to z kajmakiem do połowy masy serowej dodanym i zmiksowanym. Studzony w piekarniku, nie opadł, a nie przykrywałam go celowo papierem, bo chciałam, by się na ciemno zrumienił. Ładny, prawda? Dla mnie prawda :) A na drugi dzień do pozostałego kajmaku stopiłam deserową czekoladę z połową łyżki oleju i mlekiem i uzyskałam cudną niezastygającą polewę czekoladową o smaku krówki. Pycha! Sami zobaczcie:

Wersja "elegancka" - do fotki na bloga

Wersja "bez zahamowań" - A co tam, najwyżej się polewy dorobi ;)

W związku z bezglutenową babkową porażką kolektywnie (to znaczy głosami cyborga i sowinisty) stwierdzono, że wersji z glutenem ryzykować się nie będzie, w związku z czym postanowiono, co następuje:



Po pierwsze (cyborg) otworzyć lidlową książkę Pawła Małeckiego dokładniuśko na dziale "Boże Narodzenie", a konkretnie na przepisie pod tytułem "Keks świąteczny".



Jest to bowiem jedyny znany mi (od niedawna) przepis na keks, który można uczynić zwykłym mikserem, jednakże... Jednakże skoro w kuchni dowodzi sowinista, kierujący się zasadą "wszystko na raz do michy, zamieszać, włożyć do foremki i upiec, koniecznie z podwójnej porcji", pominięto w przepisie detale typu: dosyp, delikatnie zmieszaj, dodaj, nie potrząśnij, jeszcze delikatniej zamieszaj, itepe, itede. Dlatego na powyższej fotce widać, że ciasto trochę zważone, ale jeśli myślicie, że ono mu się nie udało, to jesteście w błędzie, bo było dokładnie odwrotnie, o tak:



...a w środku tak:



Już całkiem po południu Najstarszak upiekł bez glutenu babkę czekoladową, ale w podłużnej foremce:

Kawałki czekolady w środku i mocno wilgotne ciasto - ledwie załapałam się na fotkę przed zjedzeniem
 

Co do reszty...

Sałatki miały być dwie. W sobotę rano stwierdziłam, że no way, będzie jedna, gdyż kilka składników na bloga wpisać zdążyłam, ale już nie na listę zakupów, którą sowinista skrupulatnie zrealizował, pouczony, że oszczędzamy kasę i nie kupujemy niczego spoza listy. Brakło pora, makaronu i jeszcze czegoś, nie pamiętam. Wrzuciłam do garnka marynowane pieczarki posiekane w takim czymś mechanicznym, zabijcie mnie, a nie wiem, jak to się nazywa, kupiłam kiedyś w lidlu za pięć dych. Do tych pieczarek sypnęłam wielką puszką kukurydzy, równie wielką groszku, skroiłam słoik korniszonków (niecały), osiem jajek (do osobnej miseczki tyle samo, tylko przepiórczych), paczkę krojonego w plastry sera (o właśnie, nie napisałam na liście zakupów sera w kawałku), posoliłam, posypałam ziołowym pieprzem, wrzuciłam ze trzy łyżki majonezu, łyżeczkę musztardy, wymieszałam i już. Ale fotki nie pstryknęłam, no bo bez przesady, aż taka fotogeniczna sałatka nie jest.

Szynkę marynowano i wkładano do rękawa foliowego kolektywnie - tak jest sprawniej i łatwiej nie ochlapać blachy, więc te nie ochlapane miejsca nie palą się później w piekarniku, nie dymią i nie śmierdzą na cały dom. Lanie przez sowinistę płynu do naczyń na me brudne z marynaty ręce także podnosi na duchu, podobnie jak przytrzymywanie foremek, kiedy ładuję w nie mielone wyrobione na klops. Nie mówiąc o dostarczaniu tych wszystkich dóbr do domu.

Gorące danie na obiad z gulaszu z szynki miało zawierać dwie puszki fasoli: białej i czerwonej. Ale nie zawierało. W dowód wdzięczności dla sowinisty za jego zasługi i na nieśmiało wyrażoną opinię, że on by może wolał bez tej fasoli, ale żebym zrobiła, jak sobie zaplanowałam, bo nie będzie się wtrącał i demolował mi planów. No problem, kochanie, mówisz - masz. A raczej nie masz. Fasoli w gulaszu świątecznym. I tak był przepyszny, zwłaszcza po tym, jak go zagęściłam dwiema puszkami pomidorów (były w planie:) i torebką sosu pieczeniowego jasnego (nie był). Instant, jakby kto pytał dociekliwie. Przynajmniej dawał gwarancję, że się rozprowadzi, w przeciwieństwie do zwykłej mąki.

Że w sobotę w południe wstawiłam do smażenia białą kiełbasę, przypomniałam sobie, gdy w niedzielę rano objawiła mi się podgrzana tuż przed śniadaniem. Zgadnijcie, kto nie dopuścił do jej spalenia dzień wcześniej. I jeszcze kto wydał na stół wielkanocne śniadanie. Nie ja.

A serio, to nie wiem, jak do tego doszło, że cokolwiek się na te święta udało przygotować. To znaczy wiem, bez przesady. I doceniam. Że w ten piątek ocierałam się o granice migreny, że pomiędzy mazurkiem makowym, drożdżowym bezglutenowym zakalcem za mniej więcej 50 złotych i sernikiem wiedeńskim kozim bez białek posegregowałam, wsadziłam do pralki, wyjęłam i rozwiesiłam cztery porcje prania po 7 kilo każda - nie będę się zbyt nachalnie przechwalać. Że jak co tydzień sprzątnęłam swoją działkę, to jest kuchnię, sypialnię i pokój najmłodszego dziecięcia - też tylko wspomnę. Że do tego udało mi się jeszcze wrzucić na patelnię z olejem dwie paczki mrożonych brokułów, ugotować dwie paczki kaszy gryczanej i wydać postny obiad - to już wcale nieważne. Istotne jest to, że tak naprawdę rozłożyło mnie skaczące jak głupie ciśnienie, śnieg sypiący w związku z tym ciśnieniem gęsto w pełnym słońcu i moja mała na takie warunki pogodowe odporność. Więc padłam. I sobie do wieczora leżałam. Kto w sobotę przygotował święconkę i obiad? Kto doczyścił i domył hektary podłóg? Kto panował nad najmłodszym dziecięciem? Eh. W każdym razie ja w sobotę nie czułam się wiele lepiej niż w piątek, więc w pewnym momencie odpadłam z gry. I trzeba było się mną zaopiekować, co polegało na położeniu mnie na kanapie i podaniu kubka mocnej herbaty oraz kanapki z górą przesłodkiego dżemu. Taka ilość teiny i cukru stawia na nogi, pozwala wybrać się ze święconką i dotrwać do obiadu.

Ale jeśli Wam się wydaje, że w Wielką Sobotę wieczorem małżonek mógł sobie - zgodnie z planem - na Liturgię Wigilii Paschalnej pójść, to jesteście w błędzie. Bowiem nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Albo żeby się nie mogła przytrafić jakaś mała "katastrofa", która - co prawda tylko na chwilę i nie najbardziej tragicznie, ale jednak - przywróci właściwą optykę widzenia i zdolność doceniania tego, co się ma, co się udało, co jest. Nic takiego strasznego, ale z zapowiadanych tu szumnie moich wielkosobotnich wieczornych planów nie wyszło nic. Absolutnie nic.

No. To tyle w temacie wielkanocnego sloł lajfu, urody życia i im podobnych pobożnych życzeń.

A jednak było to pięć fantastycznych dni rodzinnych i tak naprawdę niestresujących potyczek z niespodziewanym. Coś się udało, coś nie wyszło, a jeszcze coś innego całkiem nie tak, jak się chciało. Ale co komu do tego?

PS Kolektyw kolektywem, ale czuję, że tym razem sprawiedliwość nie jest "po mojej stronie", bo ja-cyborg miałam jednak jakieś chwile odpoczynku i luzu, a mój małżonek-sowinista nie.

30 komentarzy:

  1. Czy ja dobrze naliczyłam, że 5 wypieków?:) wow

    Ja o tych przygotowaniach myślę bardziej w kontekście maratonu niż slow:) Dwa dni urlopu na zakupach, sprzątaniu i gotowaniu spędzone. Wstaję o świcie szoruję kuchnię nim zacznę gotować a czas pędzi jak szalony i już czas śniadania, wstawiam ciasto, pranie, myślę o świątecznym obiedzie i nagle łapię się za głowę bo to już czas dzisiejszego obiadu a nic nie ma... więc się bawię w wyliczanki, co powinno być zrobione a nie jest i nie będzie:) Dni świąteczne mijają chyba jeszcze szybciej, ze stertą książek i czasopism do przeczytania, która wcale nie zmalała...

    A baba - zakalec to u mnie coroczna tradycja. Co roku próbuję to fatum przełamać i co roku to samo. Piekę babkę przed świętami - jak malowana. Piekę na święta - zakalec murowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie tak to jest z tym udawaniem się placków. Eh.

      U mnie liczbę wypieków trzeba dzielić przez dwa: babka plus jej bezglutenowy odpowiednik (niby dwa ciasta, a tak naprawdę jedno), mazurek z kajmakiem i bez glutenu z makiem (kolejne dwa, a faktycznie to jeden), z sernikiem tak samo. Czyli nawet sześć wychodzi, jak się uprzeć ;)

      Sterta książek i czasopism... Książki leżą pozaczynane, a czasopisma... jak to czasach pracy i małego dziecka. Od czasu do czasu głaszczę sobie i szeleszczę. Nadzieją się upajam :)))

      Usuń
  2. Najważniejsze, że było miło i rodzinne, a że po drodze małe komplikacje - no cóż, zdarza się.
    Naslonecznej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, komplikacje kulinarne nic nie znaczą, jak się do nich wagi nie przykłada. No bo jeszcze by tego brakowało, żeby mi zakalcowate ciasto miało święta zepsuć. Niedoczekanie :)

      Usuń
  3. No, no, no... Sowiniscie sie chyba medal nalezy :)) U mnie Wielkanoc byla bardzo uproszczona.
    Jedna procesja popoludniu w Perpignan, druga wieczorem w Collioure nad morzem (obie w piatek) . W sobote swiecenie koszyka, bo - wielkie wydarzenie - ksiadz porzyjechal z oddalonego o ponad 150 km Montpellier (na zaproszenie stowarzyszenia polskiego). Potem przyjazd na swieta dzieci, ktore od razu zagonilismy w krzaczory na wzgorzach, by razem uzbierac kosz dzikich szparagow do tradycyjnego omletu paschalnego. Po tzech godzinach wrocilismy z koszem pelnym szparagow na 50omletow chyba (reszta zamrozona zostala) :) W niedziele Sniadanie w poludnie (to tak z francuska) rozpoczete ceremonialem swieconki, a zakonczone ceremonialem omletu. Bez ciast, odrobina symbolicznie czekolady.

    Pozostale posilki swiateczne bylo proste (ryba z grilla, kurczak à la plancha; jarzyny, ryz). Wszystko to pozwolilo nam wygospodarowac czas na rozmowy i nawet na wycieczke "na hiszpanska strone".
    W sumie jestem zadowolona z minimalnych obchodow i swiat takich SLOW:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znów sprawiłaś, że przeniosłam się duchem do Twojej Arkadii. Dzikie szparagi... Matko kochana.

      Cudowne święta mieliście, zafrapował mnie ten kurczak.

      I wycieczka na hiszpańską stronę. To minimalne obchody? To wolne żarty tak mówić! :))) To maksimum szczęścia.

      Usuń
  4. a ja miałam tak w zeszłoroczną Wielkanoc-w zasadzie nic a nic mi nie wyszło-mąż twierdzi, że to przez to, że sie pokłóciliśmy i bez serca przygotowywałam, moim zdaniem dużo w tym racji było:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że dużo racji w tym było. Ale było-minęło, więc wiesz ;) W tym roku wyszło dobrze, prawda?

      Usuń
  5. no wiesz co?
    i to jest slow? Tyle w kuchni? I jeszcze taka szczupła :/
    Zazdroszczę wrednie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem. Wiem. Dużo roboty. Ale to frajda, mimo że dwa razy w trakcie odpadłam. Ja teraz w ten sposób pracuję, że cisza, spokój, kawka... W zasadzie to relaks. No to sobie na święta funduję atrakcje i też się tym cieszę. Takie slow :) Luzik.

      Usuń
  6. Oj, napracowałaś się przed tymi świętami, a że babka drożdżowa do końca nie wyszła? Nie ważne liczą się dobre chęci, ale pozostałe wypieki wyglądają pysznie! ;) jaja pięknie się prezentowały, no i ten sernik zalany czekoladą, mniam... :P Matko kochana! Ile to ma kalorii??? No i ta zima za oknem, o których świętach tu mowa? ;) Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sernik zalany czekoladą ma kalorii milionpięćsetstodziewięćset i jest pyszny :) Zima zza okna zniknęła, słoneczko świeci, wypieki zostały pożarte :) Uściski przesyłam!

      Usuń
  7. Szacuneczek moja droga:) a na sernik bym wpadła nawet kominem gdybyś mi zamknęła drzwi przed nosem tak wygląda:) . Ja w tym roku zrobiłam dwie sałatki i tyle!!!reszta czasu spędzoną na chorowaniu i obijaniu się u teściów:) . Teściowa też cyborg w czwartek upiekła 6 ciast i w piątek jeszcze jedno! . Babka z zakalcem i ja też takie potrafię:). Firanki czy też szmateczki gustowne:) . Ksiązkę z Lidla też mam dostałam do koleżanki bo ona uzbierała na dwie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja Droga, wpadaj drzwiami, oknami, a nawet kominem - ja przed Tobą otwarte zostawię :) Ale że Ty, chora, dwie sałatki wyprodukowałaś, to naprawdę. Niedopuszczalne. Ale mam nadzieję, że już Ci lepiej?

      Usuń
    2. No już lepiej,ale kaszel suchy ciągle jest i nos zapchany:(,ale za to jaki mam seksowny głos z chrypką:) . Musiałam stomatologa odwołać bo kaszel by przeszkadzał w leczeniu:(

      Usuń
  8. Kochana ty to jednak jesteś niesamowita-tyle wypieków !A ja nic w tym roku, gotowy tort kupiliśmy.Jednak najważniejsze było to że spędzaliśmy ten czas razem bez pośpiechu.Oby takich dni było więcej nawet nie muszą świąteczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolino, Ty nie tylko z imienia do mnie jesteś podobna :) Pod względem podejścia do życia także: robisz to, co chcesz, bez oglądania się na to, co powiedzą, albo nawet pomyślą, inni. I nieważne, czy to kupowanie tortu na Wielkanoc, czy pieczenie trzech ciast w dwóch wersjach. Myślę, że mnie w tym miejscu rozumiesz ;)

      Usuń
  9. Nacieszyłam oczy i zagryzłam babką migdałową... ostatni kęs. Jesteś niezwykłą osobą, więc te pięć dni, były wspaniałe, tak myślę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgosiu... Uhhh. Gula stoi w gardle, ale to chyba nie próżność, bo każdemu by stała, gdyby od Ciebie takie słowa przeczytał. Uh
      No. A my też już wyjedliśmy słodkie do czysta. Ja to nawet przed chwilą :)
      Było super. O migdałowej babce myślałam, ale stanęło na keksie w babkowej foremce, bo nam bakalii z Bożego Narodzenia paczka została. Migdałami posypałam. Ale chcę ją zrobić, bo nie mogę jakoś odpędzić tej zachcianki :)

      Usuń
    2. my bardzo lubimy migdały :* smacznego

      Usuń
  10. Dziękuję za ten post, ubawiłam się ciepło :)
    Cieszę się, że trafiłam na Pani blog, będę sobie teraz z przyjemnością buszować po nim ile wlezie ;)
    Miłego popołudnia :)
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też dziękuję :) I ja też się cieszę, że Pani trafiła na mój blog :) Proszę buszować, mam nadzieję nie zawieść :)))
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  11. Ha ha ha.

    No to niby że ja, ta wstrętna wiedźma, co Ci cyborgiem zapeszyła na koniec się zgłaszam, taaak?

    Ałć. To moje ałć. U mnie ciasta były dwa, O mazurku ohydzie już czytałaś.

    Babka piaskowa była ohydnie sucha, bez wyrazu - mężczyźni domowi zjedli ją sprawnie. Podobno taka jest dobra. No, powiedzmy.

    Zatem dla mnie i tak jesteś cyborg. Ale z duszą i ciepły. Tylko zimnym robotom nie trafiają się wpadki.

    Cmok!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babka piaskowa była piaskowa, więc sucha. Tak myślę, bo nigdy nie robiłam. A skąd miałaś przepis na mazurek? Bo wiesz co, mi to się żadne ciasta nie udają z przepisów wziętych z prasy, z internetów jakichś oficjalnych, najwyżej jak ktoś mi da własny, domowy. I te wypieki, które widzisz tutaj udane, to one się w oryginale nazywają mniej więcej tak: "babka od ciotki Wandy", "placek półkruchy mała blacha", "sernik czarny bez cukru w cieście" i dalej w ten deseń. Trzecie pokolenie u nas je piecze, to się zdążyliśmy nauczyć, a to, co ja tu pokazuję, to są wyłącznie wariacje na temat trzech, góra czterech przepisów. Raz jasne, raz z czekoladą, a jeszcze raz z przyprawą do piernika. Dla ścisłości: pierwszy raz w tym roku zrobiliśmy keks w babkowej formie i się udał. Ale nie mnie, tylko mojemu. Tyle na temat udanych wypieków. A bezgluteny to te same przepisy, tylko z podmienionymi składnikami.
      A Ty, Kochana, kojarzysz, kto to Sheldon Cooper? To tak a propos cyborga z duszą ;)

      Usuń
  12. a u mnie z takich drobiazgów tragedia......., trzeba było tu prędzej przybiec..... (tzn, chyba tu byłam, tylko nie dane mi było dokończyć czytania :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale już dokończyłaś, prawda? :))) Dobrze, że wróciłaś :) Już lepiej?

      Usuń
  13. Nie będę tu pisać truizmów - że w święta najważniejsze jest bycie razem, bo przecież dobrze o tym wiesz:)

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.