poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Po co komu redaktor? O niezbędnych warunkach rzetelnej redakcji tekstu

...z cyklu "Dyrdymałki"






Ten wpis jest kontynuacją artykułu na temat trzech zasadniczych funkcji redaktora tekstów nie tylko literackich, który znajdziecie pod tym linkiem.

 

Po co komu redaktor?

 

Każdy, nie tylko pisarz, także dziennikarz albo zwykły człowiek piszący jakikolwiek tekst, potrzebuje świeżego spojrzenia osoby, która nie tkwiła w jego głowie i w emocjach, kiedy tekst powstawał, ponieważ takie spojrzenie daje informację zwrotną, czy forma komunikatu pozwala go odbiorcy zrozumieć dokładnie tak, jak założył to nadawca. O tym było poprzednio i jest to sprawa kluczowa.


Tym razem spróbuję zastanowić się nad sposobami osiągnięcia tego oczywistego, wydawałoby się, efektu.

Warunkiem podstawowym jest nawiązanie nieuchwytnego, pozasłownego, ukrytego „między wierszami” porozumienia autora i redaktora. Napisałam „między wierszami”, ponieważ redakcja przeważnie odbywa się zdalnie, przy użyciu narzędzi dostępnych w zakładce „Recenzja” w przypadku większości edytorów tekstu. Autor i redaktor prowadzą rozmowę, dodając komentarze przy poszczególnych fragmentach.

Pozornie może się wydawać, że to nie to, że prawdziwa rozmowa twarzą w twarz jest lepsza. Owszem. Bezpośredni kontakt z człowiekiem jest nie do przecenienia i nie do zastąpienia. Ale czy w przypadku redakcji zawsze wychodzi on książce na dobre?

Niekoniecznie. Książka jest zwykle ukochanym, przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat dopieszczanym dzieckiem autora, który w związku z tym ma do niej stosunek niezwykle emocjonalny. I dobrze. I o to chodzi, ponieważ tekst pozbawiony emocjonalnego ładunku nie porwie czytelnika. Właśnie dlatego w żadnym razie nie wolno nam go z autorskich uczuć kastrować. Ale praca nad stylem, nad poprawnością języka i nad układem edytorskim powinna być uczuć pozbawiona. Używanie funkcji komentarzy wiele w tym względzie ułatwia. Można się wypisać, można dać upust emocjom, można po godzinie treść zbyt emocjonalnych komentarzy zmienić, ograniczyć się do rzeczowego przedstawienia sprawy. I dopiero potem wysłać.

Mówiąc krótko, autor jest od tego, by bezgranicznie kochał i wielbił swoje dzieło, by uważał je za najlepsze na świecie, by je hołubił. A od czego jest redaktor? Ha! Okrutna prawda brzmi tak: redaktor jest od tego, by tekst czytał „na zimno”, by go „nie rozumiał”, by żądał wyjaśnień, by „się czepiał”. Chór zachwyconych czytelników ma rozbrzmieć po publikacji, nie przed nią. I ma to być chór złożony z ludzi niezwiązanych osobiście z autorem, nieznających go, ba, nastawionych co najwyżej obojętnie. Uwagi te dotyczą debiutu, z już uznanymi pisarzami jest jednak trochę inaczej.  Gdy taki na początku nieprzychylny chór rozbrzmi pieśnią zachwytu albo – oby, oby – przynajmniej skwapliwie pokiwa głowami w geście aprobaty, można mówić o sukcesie opublikowanej książki. Niewiele warte są w tym względzie pochwały krewnych i znajomych królika, choćby szczere i z serca płynące. One są cenne, bardzo cenne, ale z całkiem innego powodu: podnoszą na duchu, motywują, dają siłę do pisania, a w wymiarze czysto ludzkim – świadczą o pozytywnym stosunku człowieka do człowieka. I tak ma być. Wiele mówią dobrych relacjach osób chwalących z samym autorem, a jego dzieło widziane jest przez pryzmat tych jakże pozytywnych uczuć. Nie zmienia to jednak faktu, że rodzinie i przyjaciołom pragnącym piszącemu nieba przychylić (co jest piękne) brak doświadczenia redaktorskiego. Można bowiem śmiało zaryzykować stwierdzenie, że dzieło napisane i dzieło wydrukowane ma dwie  różne formy. Proszę nie mylić tu formy z treścią, o nie, redaktor za nikogo nie napisze książki (zrobi to najwyżej ghostwriter ;), mam na myśli zewnętrzną formę tekstu – jego kształt gramatyczny, uformowanie edytorskie, wygląd, szczegóły konstrukcyjne (wszystkie muszą się zgadzać, wszystkie puzzle muszą do siebie pasować). Tyle. Aż tyle.

W trakcie zapisywania akcji albo przenoszenia na papier tego, co rodzi się w głowie, nie ma szans, by kontrolować wszystko. A podczas późniejszego samodzielnego sprawdzania autorowi brak niezbędnego dystansu. I dlatego jest redaktor. Żeby się dopytywał, żeby wynajdywał, żeby "nie rozumiał".
Bo zależy mi na tym bardzo, aby autorzy nie myśleli, że podczas redagowania ja się mądrzę albo wywyższam i poprawiam ich teksty, ponieważ wiem lepiej. Tak nie jest i mam nadzieję, że chociaż trochę udaje mi się ich o tym przekonać.

Wielką satysfakcję sprawia mi rozmowa o tekście z jego autorem, czyli z kimś, kto z samej racji bycia pisarzem zapewne doskonale rozumie mechanizmy językowe i wielką rolę niepozornych drobiazgów, a także konieczność zachowania zgodności między intencją piszącego a możliwym czytelniczym odbiorem. Zwykle udaje się nam wspólnie wyeliminować wszystkie zakłócenia na linii: intencja nadawcy – forma komunikatu – odczytanie odbiorcy. Takie zakłócenia powstają często z przyczyn niezwykle błahych i dlatego niezauważanych podczas samodzielnych prób redagowania, a potem korekty. Należą do nich między innymi usterki językowe, które wkradają się do tekstu, gdy autor w twórczym ferworze koncentruje się przede wszystkim na oddaniu emocji, na utrzymaniu tempa, na klimacie i innych tego typu aspektach dzieła literackiego. Redaktor w tym nie bierze udziału , a jedynie poddaje się próbie oddziaływania powstałego wcześniej tekstu. Dlatego, nie uczestnicząc w emocjach twórczych, ma szansę bardziej skoncentrować się na sprawach technicznych i wskazać ewentualne usterki w tym zakresie, by następnie pomóc je naprawić. I tylko proszę, by nikt się w tym momencie nie obraził, ponieważ w ten sposób wszystko jest na swoim miejscu: autor to twórca, czasem nawet artysta, zaś redaktor to rzemieślnik słowa, który powinien znać na wylot reguły rządzące systemem języka, umieć wyczuć, co winno wzbudzić wątpliwości i potrafić te wątpliwości rozwiać. Przy użyciu starannie dobranych, absolutnie wiarygodnych i dokładnych źródeł normatywnych. Śmiesznie brzmiące ostatnie słowo ma tu znaczenie kluczowe – na nic tysiąc porad i opinii wyrażonych przez domorosłych językoznawców (w stylu: moim zdaniem to powinno być tak, bo inaczej jest bez sensu), jeśli obowiązujące słowniki mówią coś zgoła przeciwnego.

W pracy staram się nie korzystać ze źródeł tak zwanych „popularnych”, lecz opierać się na publikowanych orzeczeniach Rady Języka Polskiego, Wielkiego Słownika Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego, SJP PWN (plus pokrewne słowniki tego wydawnictwa), na opiniach ekspertów uniwersyteckich Poradni PWN albo na opublikowanych przez Wydział Teologii KUL „Zasadach pisowni słownictwa religijnego”, zawierających ustalenia Komisji Języka Religijnego Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, a także innych, takich jak Encyklopedia PWN lub Encyklopedia Britannica w wersji cyfrowej, albo z oryginalnych stron źródłowych dotyczących konkretnej tematyki (np. jeśli sprawdzam wymiary przywoływanego obrazu, to szukam informacji na stronach muzeum, w którym ten obraz wisi, a nie w Wikipedii).

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie lekceważę stron popularnych, ale odpowiedzialność redaktorska wymusza na mnie opieranie się wyłącznie na tych źródłach, co do których mogę mieć sto procent pewności, że podają aktualnie obowiązujące rozstrzygnięcia. Nawet jeśli te rozstrzygnięcia u niektórych budzą wątpliwości lub opór. Czasem nie podoba nam się jakiś paragraf w kodeksie, ale mimo to przestrzegamy go i nie przekraczamy norm przez niego ustanowionych, prawda? Odwoływanie się do normatywnych źródeł jest dla mnie także rodzajem zabezpieczenia – gdyby ktoś zakwestionował prawidłowość mojej propozycji pisowni, mogę podać takie źródło bez obaw, że ten ktoś je podważy. Chodzi o to, by każdy autor miał pewność, że to nie ja decyduję o pisowni, nie ja tworzę i narzucam normy pisowni (nie wolno mi!), a jedynie informuję o obowiązujących zasadach, bo je znam albo wiem, gdzie ich szukać i jak je interpretować.

Jeśli autor zaufa mi w kwestii poprawności, a ktoś potem wskaże mu rzekomy błąd, chętnie ze wskazującym podyskutuję i wskażę źródła, bowiem – jak już wspomniałam – nie ja ustalam normy. Oczywiście zawsze może się zdarzyć, że jakiś błąd się prześlizgnie, człowiek jest tylko człowiekiem, a oko ludzkie naprawdę bywa zawodne. Inaczej twierdzą tylko ci, którzy nigdy w życiu nie mieli do czynienia z korektą i redakcją.

Z powyższego wynika kształt mojej oferty: pierwsza redakcja+korekta – korekta autorska+weryfikacja redaktorska – druga redakcja+korekta – skład – korekta po składzie. A wszystko siłą rzeczy oddalone w czasie, by za każdym razem nabrać do poprawionego tekstu dystansu i trochę go zapomnieć. Ponieważ świeżym okiem zawsze widzi się więcej.

Gdy chodzi o słynną zasadę licentia poetica, na którą tak chętnie powołują się autorzy pragnący zachować w tekście to, co nieświadomie, lecz błędnie napisali, albo o próby przekonania redaktora, że oto właśnie tworzą nowy styl bądź też ich błąd jest środkiem artystycznym – zawsze staram się rozmawiać o funkcji tego typu zabiegów. Bo bez wyraźnej funkcji naddania tekstowi dodatkowych sensów nie mają one racji bytu. Jeśli nieumiejętnie albo bez uzasadnienia przekroczy się normy w przekonaniu, że to licentia poetica, nikt z czytelników nie dopatrzy się w nich celowych zabiegów artystycznych. A jeśli się nikt nie domyśli, to każdy stwierdzi, że autor popełnił zwykły błąd, ponieważ najzwyczajniej w świecie jest niekompetentny językowo.

Warto słuchać redaktorów, ale przede wszystkim warto, by redaktorzy chcieli z autorami rozmawiać, wyjaśniać i z wielką delikatnością podchodzić zarówno do tekstu, jak i jego twórcy. W końcu od tego jest redaktor. To rzemieślnik języka. Artystą jest pisarz. Ale naprawdę dobre rzeczy nie powstaną, gdy zabraknie któregoś z tych dwóch elementów.

Jeśli macie życzenie otrzymać pomoc w redakcji Waszych książek, ponieważ planujecie wydać je własnym sumptem, zapraszam. Zredaguję, prześlę do korekty autorskiej, dokonam drugiej redakcji, złożę tekst do druku i dokonam korekty. Mogę zrobić to wszystko pod jednym warunkiem: że każdy z tych etapów będzie oddalony w czasie. Aby bowiem nie doszło do zbyt wielu przeoczeń, konieczne jest tak zwane świeże oko, tekst trzeba trochę zapomnieć. A przeoczeń i tak, niestety, uniknąć się nie da. Gdyby ktoś próbował Wam wmówić, że jest inaczej, miejcie pewność, że ta osoba z redagowaniem i z korektą nigdy nie miała do czynienia.

Jak myślicie, czy to, co napisałam o współpracy redaktora i autora, ma sens?


31 komentarzy:

  1. Może dla domowych potrzeb np pisząc list, albo życzenia wystarczy ... mąż inżynier :) U mnie działa mąż redaktor :)

    Ale z książką (jakby co) to walę do Ciebie jak w dym :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, że ja na tę Twoją książkę to całkiem poważnie liczę? Jako czytelniczka, już dawno o tym wspominałam. I tylko się nie wymiguj :)))

      Usuń


    2. Wiecie co mnie odciąga od wydania prozy? Ilość słabych książek, jakie mi wpadają w ręce. I że ta moja, to zginie w tym zalewie słabizny. Ostatnio na FB, trafiłam na FP bardzo słabego autora, ten właśnie raczy czytelniczki, którym książka się nie podobała, że wypisały się z mózgu i mają strupy na vaginie i wiele innych frajerskich epitetów, i ten autor ma tysiące fanek, które go polecają na Lubimyczytać, na blogach... I nie przeszkadza tym fanom, że autor jest słaby językowo i jest socjopatą. Serio, nie wiem czym on mami te babeczki, jeden z moich recenzentów powiedział, Małgoś, to jest gniot, a ja ufam moim współpracownikom. I zaraz przypominam sobie satyryczny rysunek Janka Kozy, 95% Polaków to katolicy, 98% słucha Disco Polo, co jest ze mną nie tak?

      Usuń
    3. Ale nie pozwól, żeby zalew byle czego i kariera jednego czy drugiego socjopaty stanęła Ci na drodze do wydania dobrej książki. Mnóstwo świetnych książek ginie w tym zalewie, niestety. Wiem, co mnie w pracy zachwyca, co nie zachwyca ;) i co się później sprzedaje, a co nie. Chyba jednak zawsze tak było. I dwadzieścia, i pięćdziesiąt, i sto, i dwieście lat temu. Tylko nam się wydaje, że nie było, bo ten chłam nie wszedł do kanonu i historia literatury o nim milczy. Popatrz, taki Miłosz przed Noblem też nie był bardzo znany, w co dziś trudno uwierzyć. Cała dobra literatura jest w głębokiej niszy, niestety. Chyba że dostaniesz Nobla, to się sprzedasz. Może jeszcze Goncourtów, ale Kościelskich to już chyba nie, o tym wie paru ludzi, i to takich, co wcześniej też znali laureata.

      Ale!!! Tobie nisza za bardzo nie grozi. Może wyniki sprzedaży niejakiej Roberts Nory ;) też nie, ale jest wokół Twojej poezji i w ogóle Osoby, taki fajny klimat, że spokojnie możesz wydać prozę i sprzedać na poziomie wymaganym przez oficyny. Tak to czuję, bo Cię lubię. A poza tym nie strasz, że nie wydasz, bo ja się doczekać nie mogę, kiedy sobie zamówię i będę się raczyć do poduszki :)))

      Usuń
    4. Masz rację z zalewem tandety... I z Kościelskimi i innymi nagordami. Byłam chyba na dwóch wręczeniach nagordy, z resztą w Miłosławiu miałam wieczór autorski i ciągnie mnie do tego miasta jeszcze z innych względów :) I ja jak Mikołaj Łoziński, piszę dłuuugo. I nie biorę udziału w konkursach, ale zastanawiam się nad wrocławskim konkursem na opowiadanie, może się skuszę, może... Pewnie wtedy zapytam Cię o stawkę redaktorską, bo bez redakcji, to się nie odważę wysłać :)

      Idę do garów, bo już późno

      Usuń
    5. Małgosiu, przeczytać Twój tekst przed innymi - bezcenne :))) I byłoby to dla mnie zaszczytem, słowo daję.
      Ale poprawiać go? Ja? Ja - Ciebie? Zawodową redaktorkę, poetkę? Ekhm. Żartujesz, prawda?
      Jednak chylę czoła przed Twoim podejściem do tych spraw, bo z nim spotykam się, kiedy mam zaszczyt współpracować z piszącymi, którzy już są artystami albo przynajmniej mają na nich zadatki.

      Usuń
  2. Wpis - ten i poprzedni - tętni tak osobliwą radością z życia, że mi także zrobiło się wesoło w ten nieprzyjemny (do teraz!) dzień.

    Zawsze się zastanawiałam, jak ludzie, którzy czytają cudze prace, mogą czerpać z tego satysfakcję - za każdym razem, gdy mnie ktoś o to poprosił, niewłaściwie uznając mnie za osobę do tego odpowiednią, cierpiałam od pierwszych słów do samego końca. Tym bardziej podziwiam zaangażowanie, jakim przepełniony jest powyższy tekst.

    Doszło też do mnie, że mimo czasu, jaki na pisaniu spędziłam, trafiając na bloga takiego jak ten - gdzie z pewnością ktoś włada naszym pięknym językiem lepiej ode mnie - wciąż boję się, że popełnię głupi błąd, nawet pisząc komentarz. Dziwnie motywujące ^^.

    Pozdrawiam i życzę jeszcze więcej radości z własnej pracy :),
    Vess

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że mogłam sprawić tyle radości i rozchmurzyć trudny dzień :)

      To faktycznie bardzo ważne, by lubić wykonywaną pracę i codziennie siadać do niej z nową radością. A wieczorem mimo zmęczenia nie czuć stresu. O zaangażowanie w nielubiane zajęcie raczej trudno, może z tego wynika liczba sfrustrowanych ludzi wokół nas? Choć w większości nie mamy luksusu wyboru idealnej pracy, to jednak zawsze warto się starać. Ale jestem realistką i wiem, że to niełatwe.

      Radość życia, o której piszesz (jeśli mogę się tak do Ciebie zwracać :), nie jest tu obecna bez powodu. Ja po prostu przez wiele lat wykonywałam pracę, która bardzo mnie stresowała, i to mimo tego, że umiałam robić to, co robiłam, że miałam na tym polu jakieś tam osiągnięcia ;), że niektórzy byli nawet skłonni to zauważać. Stres przeważał i się skończyło. Doceniam to, co jest teraz i już zawsze będę widzieć różnicę. Oraz się z niej cieszyć. Oby tylko była praca w tym zawodzie.

      A redagowanie od zawsze było gdzieś w tle. Teraz czas, by przeszło na pierwszy plan.

      No i, matko kochana, nie stresuj się poprawnością komentarzy, błagam! Każdy popełnia niezręczności (a Ty ich nie popełniłaś :), w końcu blogosfera i Facebook to nie panele naukowe, więc nie, nie widzę żadnych błędów, chyba że swoje własne ;) I kropka.

      Pozdrawiam i zapraszam do kolejnych odwiedzin :)

      Wiola

      Usuń
    2. To ja się zastanawiałam, czy wolno mi mówić na "ty". W końcu lat mam pewnie sporo mniej - i szczerze ubolewam, bo za dużo chciałabym powiedzieć, a wciąż za mało wiem - a pomimo tego, że to blogosfera, jakoś ciężko jest się przestawić ze zwyczajowego "pan"/"pani". Będę więc się zwracać, jak sobie zażyczysz [czy też: jak Pani sobie zażyczy :)].

      A z pracą, której nie możemy sobie wybrać - najprawdziwsza prawda. Jestem na drugim roku studiów, czeka mnie jeszcze trzeci - i już doskonale wiem, że nie tędy droga. Jeśli Los pozwoli, może uda się na dobre zająć się blogowaniem. Jakże bym chciała!

      Usuń
    3. No więc jesteśmy "na ty" ;) Studia skończyłam co prawda dawno temu, ale w ogóle tego nie czuję :)))

      Usuń
  3. Mądrze napisane :)

    Odpowiadając na prośbę, zastanawiam się, czy w tym zdaniu nie powinno być "mimo to":
    Czasem nie podoba nam się jakiś paragraf w kodeksie, ale mimo przestrzegamy go i nie przekraczamy norm przez niego ustanowionych, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No oczywiście!!! Dziękuję! Klasyka gatunku: zjadanie liter albo słówek. To oczywiste :)))

      Uwaga. Edytuję. I wszystkim czytającym ten komentarz ogłaszam: brakowało "to". Dopisałam :)

      Usuń
  4. Zgadzam się z Tobą w pełnej rozciągłości. Redaktor powinien czasem polać trochę zimnej wody na rozgrzany kark pisarza, który - jak słusznie zauważyłaś - kocha swoje dziecko i nie jest bezstronny. Co nie zmienia faktu, że dla mnie osobiście jest również bardzo ważne aby redaktor "czuł" ten tekst (co również i Ty zauważyłaś :). A w tym czuciu chyba najważniejsze jest, by moich bohaterów traktował tak jak ja - czyli jak prawdziwych ludzi. Wtedy nawet spór pomiędzy redaktorem a pisarzem jest czymś przyjemnym, bo z pozycji "tu źle pani napisała" przechodzi w formę: "czy Kika na pewno by tak powiedziała? A może jej się tylko wydawało, że chciałaby to tak ująć...?" ;).

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Marta, bardzo mnie cieszy, że Ty, jako pisarka, i to nie debiutantka, lecz osoba warsztatowo doświadczona, zgadzasz się z tym, co napisałam. Bardzo sobie cenię Twoją opinię i bardzo Ci za nią dziękuję:)))

      A skąd wiesz, że tak o bohaterów pytam? :)))

      Kiedy będą dostępne "Dwa życia Kiki Kan"?

      Usuń
    2. "Osoba warsztatowo doświadczona"... Przestań, bo padnę! Traktuję to oczywiście jako niezwykle miły komplement z przymrużeniem oka. Wszak rolą pisarza jest warsztat w nieskończoność udoskonalać, kształcić, wychowywać. Gdzież tam mój warsztacik - wiadomo, robię co mogę i widzę postępy, które mnie baaaardzo cieszą, ale do obrastania w piórka mi jeszcze niezwykle daleko :). Doświadczone warsztaty pisarskie dostają prawo jazdy i dowód osobisty, a mój ledwo nauczył się chodzić na dwóch nóżkach - bez podtrzymywania się ściany i mebli :)

      A co do "Dwóch żyć..." - premiera planowana na 22 maja. Jestem bardzo podekscytowana, nie będę ukrywać :). Cieszę się strasznie, że to moje dzieciątko w świat wyjdzie.

      Pozdrawiam i dzięki!

      Usuń
    3. Już Ty oka nie "przymrużaj", bo nie masz powodu, a za podejście Twe do sprawy pisania - szacunek. Okładka fajna bardzo :)
      Ściskam!

      Usuń
  5. Napisałam komentarz, pierwszy od baaaaardzo dawna w blogosferze i.... Podły internet go pożarł:( Nie jestem w stanie odtworzyć mojego nagłego ataku gadulstwa. Ogólnie rzecz ujmując było o przypadku. Niezbadane ścieżki wędrówek od linku do linku w blogowym świecie, który czytuję maniakalnie przywiodły mnie tutaj, nakazały się zatrzymać, pochłonąć od deski do deski, ze zdumieniem wielkim stwierdzić, że mieszkasz w moim rodzinnym mieście i że tyyyyyyyle chciałabym Ci powiedzieć;))) A najśmieszniejsze jest to, że zupełnie niedawno byłam odwiedzić rodziców. Och, że też wcześniej mnie tu te linki różnorakie nie przywiały, może dałabyś się namówić na wspólną kawkę!

    Jestem po sesji nauki na egzamin, poza tym od jakiegoś czasu cofam się w rozwoju intelektualnym i mam sieczkę zamiast mózgu. Nie jestem więc pewna, czy cokolwiek rozumiesz z mojej bełkotliwej wypowiedzi. Wybacz, proszę chaos i bezsens. Będę tu do Ciebie zaglądać, jeśli pozwolisz, może wtedy, z czasem, zacznę tak bardziej na temat mówić:)

    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, dekonspiracja :) I co teraz? Jak żyć? Mąż powiedział: "A mówiłem, że za dużo tych zdjęć" :) Swoją drogą, zżera mnie ciekawość, jakie linki Cię do mnie przywiały. Kawkę to ja uwielbiam, więc może jeszcze kiedyś będzie okazja :)))
      Po sesji lekkie cofnięcie się człowiekowi należy, obowiązkowo, chociaż u Ciebie oznak brak. Bełkotu, chaosu i bezsensu też nie mogę się doszukać, więc nie przesadzaj, Kochana, już się tak nie reklamuj, bo to nic nie daje, gołym okiem widać, że głupot gadać nie umiesz, choćby nie wiem co :)

      A zaglądaj sobie, pisz często i długo.

      I jeszcze zapytam: z tym greckim to serio? Normalnie czapki z głów ;)

      Serdeczności!

      Usuń
    2. A wcale nie zdjęcia Cię zdekonspirowały, chociaż potwierdziły przypuszczenia:-)

      Cieszę się, że uważasz że czytelne jest to, co napisałam. Czasem naprawdę mam wątpliwości - za dużo chlonę, za mało produkuję i serio mam poczucie sieczki w głowie.
      No i poszukałam tych ścieżek - trafiłam do Ciebie po Twoim komentarzu u Mrucznej Nadine:-)

      Dobrej nocy
      (komentarz pisany telefonem, więc jakby co, to nie ja,hihi)

      Usuń
    3. Ah, i grecki... cały czas w serduszku ale rozum każe angielski cisnąć. A doba ma tyle godzin ile ma. I tak sobie walczą te moje dwa organy...

      Usuń
    4. No to ciekawe co, jeśli nie zdjęcia, hę? Po Nadine, powiadasz... A cóż ja tam takiego zostawiłam, że Cię do mnie przywiodło? Hm.

      Usuń
  6. interesy ciężkie do wyważenia, zwłaszcza, że jeszcze w grę wchodzi finansowy interes wydawcy (zakładam, że nie jest to działalność charytatywna...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze zakładasz, Ola, w wydawnictwach to ludzie pracują. Na chlebek. A może i na szyneczkę :) Bo "na waciki" to chyba mało kto dziś pracuje.

      Usuń
  7. ciekawie, napisane i dostępnie. Jak już ktoś wspomniał w komentarzach, tez trochę obawiam się u Ciebie pisać, bo taka piękna polszczyzna tutaj :)

    A ja tylko tak z potrzeby wygadania się (bardziej słowem mówionym, niż pisanym, ha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alis, ja Cię normalnie zamorduję! :))) No litości! Dajcie żyć, Kochani, błagam. Bez Waszych komentarzy, bez Waszej obecności ten blog będzie leżał i kwiczał, a potem zdechnie.

      A poważnie: nie jest moim celem onieśmielanie nikogo w kwestii języka. Nie piszę doskonale, każdy może sobie robić błędy, jakie chce, a komentarze i wpisy blogowe to swobodna rozmowa, w której można wiele. Gdy teraz spojrzę do własnych tekstów sprzed półtora roku, które pisałam jednym palcem z wiercącym się na kolanach niemowlakiem i nie miałam czasu ani głowy do ponownego rzutu okiem przed publikacją, to włos mi się jeży na głowie. I co? I nic. To jest blog. I albo mi uwierzycie, albo nie wiem co. Alissssssssss :)))))))

      Usuń
    2. już dobrze, już dobrze :))))))))

      na dobre słowo jedna jest świetna odpowiedź: dziękuję- po prostu :)


      leżał, kwiczał i zdechnie---- nie mogę do tego dopuścić. trzymam kciuki, za pomysły na posty. Bardzo mi się Twoje tematy i teksty podobają.

      pozdrawiam wesoło :)

      Usuń
  8. ja skończyłam edytorstwo i dla mnie jak widzę błędy w gazecie czy książce krew się jeży i sroży... jak to poszło do druku się pytam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No hej :) Faktycznie, czasem trudno dociec, jak poszło. Ale też jest tak, że wśród ludzi masa mitów na temat pisowni funkcjonuje, zwłaszcza w zakresie interpunkcji.

      A w ogóle to miło mi, że wpadłaś :) Witaj!

      Usuń
  9. Ależ Ci sypnęło komentami pod tym wpisem! I nic dziwnego, obradza w zainteresowanie post rzadki jak szlachetna trufla - zadowolonego ze swej pracy fajnego człowieka.

    Wiesz, że czas jakiś zajmowałam się taką robotą i że miałam się jeszcze zajmować. Ale nie miałam poczucia bycia na odpowiednim miejscu, lepiej mi z tym, co jest teraz.

    To szlachetna, benedyktyńska robota, dobra dla kogoś, kto umie krzesać szlachetność z burego kamyka. Ja zawsze męczyłam się ze swą potrzebą szybkiego przelotu i pędu w dalsze rejony.

    Cieszę się, że gdzieś się cieszysz swą pracą :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, co się da, podziel na dwa. Normalnie bez namysłu dziel ;)
      Zadowolony ze swej pracy człowiek, niech będzie, że fajny, za co dzięki, właśnie od miesiąca goni w piętkę i nie może się z niczym wyrobić. Choróbska i domowe sprawy - pracować nie ma kiedy. O pisaniu na blogu mogę tylko pomarzyć. Odpowiadanie na komentarze - już nawet nie można mówić o poślizgu. Wstyd. Jak to wszystko nie padnie, to cud jakiś będzie. No. Ulżyło mi trochę, ale komu, jak nie Tobie :)

      Całuję Cię za to uznanie i ściskam, bo jak chwalisz, to wiesz, o czym mówisz :)

      Obyśmy były na swoim miejscu, a da się żyć, co nie? ;)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.