piątek, 10 kwietnia 2015

Wnętrze minimalistyczne. Ogrzewanie

... z cyklu "Slow homing"

 

Taki kaloryfer ;)

 

Ciepło w domu to kolejny element, nad którym warto chwilę podumać. Nikt nie lubi marznąć w zimie, mało kto lubi mieć zbyt wysoką temperaturę. Jest jeszcze kwestia ekologii, ale zostawiam ją na boku, ponieważ po pierwsze - blog nosi bezwstydnie egocentryczny tytuł, po drugie - rozwiązania naprawdę dobre dla człowieka, są takie również dla środowiska. Między tymi dwoma "dobrami" nie ma najmniejszej sprzeczności.


Temat ogrzewania pojawia się tuż po oknach, ponieważ najpierw wymienia się w nowym mieszkaniu okna, a dopiero potem wykańcza podłogę. By nie zamknąć sobie jednej z dróg wyboru, trzeba o domowym ciepełku pomyśleć troszkę wcześniej. Ale po kolei.

Ogrzewanie w większości przypadków kojarzy się nam z kaloryferem pod oknem. Mniejsza o racjonalność umieszczania tam właśnie grzejnika, skupię się na praktycznych utrudnieniach wynikających z ogrzewania pomieszczeń przy pomocy kaloryferów. Bez względu na kształt - żeberka, panele czy konwektory - aby zapewnić odpowiednią temperaturę w mieszkaniu, kaloryfer musi być gorący i musi to gorąco wyemitować z tego jednego jedynego miejsca (pod oknem) na cały pokój. Trudne to, bo gorące powietrze jest lżejsze od chłodnego i dlatego zanim dotrze do najodleglejszych zakątków, uniesie się w górę, nad nasze głowy. Mimo to, ogrzewając domy kaloryferami, mamy jednak ciepło, ale tylko dlatego, że rozgrzewamy je do bardzo wysokich temperatur, a następnie pilnujemy dzieci, aby przypadkiem kaloryfera nie dotknęły i się nie oparzyły. Czasem zastawiamy grzejnik jakimś ciężkim meblem, aby maluch nie dostał się w jego pobliże, kiedy tylko odwrócimy wzrok. Ale skutkuje to blokowaniem ciepła. Podkręcamy więc grzejnik i płacimy więcej. Aha, jeszcze zakładamy ciepłe kapcie lub skarpety, bo przy samej podłodze jest nam chłodniej niż na wysokości głowy, gdyż ciepłe powietrze jest lżejsze... itd.

Posiadając mieszkanie w bloku, raczej nie mamy wyboru i musimy pogodzić się z zastaną sytuacją, ratując się pomysłami typu: naklejanie za kaloryferem aluminiowego panelu odbijającego ciepło od chłodnej zewnętrznej ściany pod oknem. Kiedyś widywałam też różne hardcore'owe pomysły polegające na - cokolwiek nielegalnym w warunkach spółdzielczych - przenoszeniu grzejnika na jakąś inną ścianę w celu uniknięcia utraty ciepła przez szczelinę pod parapetem (przyłóżcie tam rękę, a poczujecie na własnej skórze, o czym piszę - w zimie jest lodowata).

Gdy wyboru nie ma, mówi się: trudno. Jeśli jednak rysuje się przed Wami szansa samodzielnego zaplanowania typu ogrzewania własnego lokum, kierując się swoim doświadczeniem kilkuletniej eksploatacji, szczerze polecam ogrzewanie podłogowe.

Dlaczego? Jest kilka ważkich powodów:
Powód pierwszy - dla mnie, dość beztroskiej duszy, najważniejszy:). Otóż brak kaloryfera pod oknem, tudzież w jakimkolwiek innym miejscu znacząco wpływa na rozmiar powierzchni użytkowej pomieszczenia. Niby grzejnik sam zajmuje góra 15 centymetrów, ale już konieczność zapewnienia otwartej przestrzeni przed nim (aby mógł bez przeszkód emitować ciepło na cały pokój) może nastręczać pewne trudności w urządzeniu niewielkiego domu lub mieszkania minimalisty. A jeśli tak jak ja macie na dwudziestu metrach kwadratowych salon, jadalnię i kuchnię, wiecie, o czym mówię, kiedy mówię o oszczędzaniu każdego centymetra powierzchni. W moim salonie rogowa kanapa jedną prostą dotyka ściany (pustej, a jakże!:), zaś drugą idealnie wpasowuje się pod okienny parapet, pod którym nie ma kaloryfera. Jest wspaniale położyć się tam z książką przy uchylonym oknie (jeśli akurat nie jest wiosna albo wczesne lato i nic się nie pyli ;) Zresztą można tam postawić komodę, biurko albo stolik do kawy - pomyślcie tylko: relaksująca kawa w towarzystwie dobrej gazety przy otwartym oknie latem lub z widokiem na padający śnieg zimą. Okey, deszcz też jest fotogeniczny znad gorącej kawy z mlekiem:) To luksus. Bezsprzecznie. I tak zrobiło się półtora powodu:)
Powód drugi. I pół:) Brak kaloryfera oznacza brak konieczności czyszczenia go. Kto raz w życiu miał "przyjemność" myć grzejnik żeberkowy lub wysysać odkurzaczem kurz z konwektora, ten dobrze wie, ile czasu pochłania ta czynność i że tak naprawdę trudno jest wykonać ją dokładnie. Zawsze jakiś kurz w środku zostanie, a kurz na powierzchni rozgrzanej do temperatury 70 stopni dosłownie się pali. I ogromnie uczula. O wiele bardziej od takiego leżącego na powierzchni chłodnej. Dlatego trzeba go w kółko czyścić, a to zabiera strasznie dużo czasu i gdzie tu poczucie luksusu, na osiągnięciu którego bardzo mi zależy?
Powód trzeci. I pół:) Mając ogrzewanie podłogowe, możemy sobie pozwolić na zamontowanie pieca na droższe, bardziej ekologiczne od węgla, paliwo. Jakim cudem? Takim, że nie musimy, a nawet nam nie wolno! - rozgrzewać podłogi do temperatury wyższej niż jakieś 20-23 stopnie. I tak uzyskamy taką właśnie temperaturę pomieszczeń, a paliwa zużyjemy mniej, więc wyjdzie na to samo, tylko wygodniej. W nogi nie jest nam gorąco, bo tyle stopni to o wiele mniej od temperatury naszego ciała, więc nie mamy wrażenia kontrastu. Po prostu, stąpając po takiej podłodze, nie czujemy różnicy między nią a naszymi nogami. 
Powód czwarty - ściśle wiążący się z trzecim. I pół:) Odwiedzające nas osoby mówią często, że mają u siebie gorące kaloryfery, temperaturę pomieszczeń wyższą od naszej, a i tak czują, że u nas jest im cieplej, niż u siebie, bo u siebie mimo ogólnej wyższej temperatury marzną w nogi. A gdy człowiek marznie w nogi, to ma wrażenie, że wszędzie mu zimno.
Jak to się dzieje, że nam jest ciepło w sam raz? Dosłownie w punkt? Bo u nas się w nogi nie marznie. Zasada unoszenia się lżejszego ciepłego powietrza w górę nadal obowiązuje, wędruje to powietrze w takiej właśnie temperaturze (22-23 stopnie) od samych naszych stóp (w które nam ciepło, ale nie gorąco) w kierunku naszych głów, stopniowo się schładzając przez mieszanie się z tym zimniejszym, które było tam wcześniej. Tym sposobem nie jest nam duszno. Mimo panującego komfortu cieplnego nie mamy wrażenia duchoty, a nawiewniki w oknach świetnie dają sobie radę, zapewniając stopniowy, acz stały, dopływ świeżego powietrza bez wychładzania pomieszczenia przy otwieraniu okien na oścież na mrozie. Okna otwieramy dla przyjemności, nie z konieczności wietrzenia.
Powód piąty. Chyba ostatni. Summa summarum koszty ogrzania domu w sezonie grzewczym (plus powstająca przy okazji ciepła woda w kotle) są mniej więcej o połowę mniejsze od kosztów ogrzania budynku o takiej samej powierzchni tradycyjną "metodą kaloryferową". Te koszty wahają się oczywiście zależnie od tego, jaką mamy zimę, jednak jaka by nie była, to i tak jest jednakowa dla wszystkich. 

Warunek konieczny. Dobry piec z możliwością precyzyjnej regulacji komputerowej, czujnik pogodowy na zewnątrz (steruje temperaturą pieca - jeśli mu na to pozwolimy) i odpowiednia podłoga zapewniająca niezakłócone oddawanie ciepła pomieszczeniom. Ale o tym w kolejnym wpisie.

Wątpliwości. Cena. 
Instalacja podłogowa jest droższa od kaloryferów. Ponieważ sama w sobie jest droższa, a poza tym wymaga fachowej ekipy, która też kosztuje - raczej nie warto porywać się na samodzielny montaż, gdyż praca ta musi być wykonana naprawdę idealnie - będzie zalana warstwą wylewki i przykryta ostateczną wybraną okładziną, co w razie błędu będzie wymagało sporej demolki. Z drugiej strony późniejsza eksploatacja jest o połowę tańsza przy tych samych efektach z zastosowaniem grzejników. Inwestujemy - nawet większym wysiłkiem i nawet kosztem rezygnacji z nowych mebli - raz, eksploatujemy tanio i wygodnie - przez kilkadziesiąt (co najmniej) lat.
Podłogówka wymaga naprawdę dobrego, dającego możliwość precyzyjnej regulacji pieca, zwykle gazowego - nie jest najtańszy, a nawet kilka razy droższy od zwykłego pieca węglowego. No i wymaga regularnego serwisowania (czyszczenie i kontrola raz w roku), które nie jest tanie, jeśli wykonuje je autoryzowany serwis. Z drugiej strony nie chcemy sami "grzebać" w tym piecu, by go niechcący nie zepsuć, a poza tym fachowy rzut oka na zamknięte urządzenie pracujące na gaz zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. A ono z kolei poczucie luksusu.
Piec gazowy pozwala w pełni wykorzystać znajdujące się w pobliżu pomieszczenia - znika problem pyłu węglowego i sadzy oraz popiołu, który pojawia się prędzej czy później nawet przy stosowaniu najbardziej zaawansowanej technologii i najbardziej ekologicznego węgla. O mule używanym jeszcze przez niektórych nawet nie warto wspominać. Ja w kotłowni piorę. Oprócz pralki, pieca i kotła mieszczę się tam już tylko z wielką miską na pranie, ale trudno, łazienkę mam dokładnie nad kotłownią i dokładnie tych samych (czytaj: mikroskopijnych) rozmiarów. Czemu się chwalę, że tam piorę? Kto widział otoczenie pieca węglowego, ten wie ;)

Może to niepopularne, ale w moim pojęciu luksus nie polega na zapewnieniu sobie drogich ubrań, takich samych mebli i innych gadżetów. Luksus to komfort wynikający z wygody użytkowania urządzeń niezbędnych codziennym życiu. Mają być takie, aby same w sobie nie wymagały obsługi (a jeśli już, to minimalnej), aby nie były przyczyną dodatkowych prac (np. sprzątania - czyściliście kiedyś sadzę? - jest tłusta, czarna i oblepia wszystko wokół), aby nie zabierały mojej życiowej przestrzeni. Słowem - by ułatwiały mi życie, pozostając niezauważalne. To ideał. Nie zawsze możliwy do osiągnięcia. Zawsze wart, by w jego kierunku podążać. Reszta to sprawy drugorzędne - jeśli idzie o urządzenie życiowej przestrzeni. Designerski stół? Zwykły drewniany wystarczy, drewno jest szlachetne. Wielki telewizor? Stary piętnastoletni świetnie się sprawdza. Kanapa dziś czy za dwa lata? Nowa-natychmiastowa nie będzie mnie tak cieszyć, kiedy w zimie zamiast na niej leżeć, będę musiała dorzucać do pieca:) I tak dalej... Mam nadzieję, że wiecie, o co chodzi:)

27 komentarzy:

  1. I skąd to wiedziałaś? no skąd? :))))
    latem planujemy remoncik (???) i założenie podłogowego ogrzewania.
    Post mi z nieba spada, czekam na kolejny wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna Taka Niezaradna napisała ostatnio, że ja wiedźma jestem. To wiedziałam ;)

      Usuń
    2. potwierdzam, gdybyś sie spóźniła z poradami.....

      ...aż szkoda pisać co mogłoby Cię spotkać...........
      ale wiedźma wieeeee....

      :)

      to i tak znaczy dziękuję, przydatny post!

      Usuń
    3. przymierzam się wkrótce...

      Usuń
    4. może masz jeszcze jakieś podpowiedzi i uwagi do tego ogrzewania, chętnie przeczytam :)

      Usuń
    5. Wiesz, myśmy to już osiem lat temu robili, więc pewnie są jakieś nowocześniejsze bajery. Ale generalnie to zmniejszyłabym szerokość fugi między płytkami. Straszyli nas, że będą pękać, tymczasem widzę u znajomych, że mają węższe fugi, ładniej to wygląda i nic im nie pęka. Bo że ma być elastyczna wylewka na rurki, to wiesz, prawda? Płytki daliśmy mrozoodporne, żeby były bardziej elastyczne. Bo ta podłoga stale pracuje.
      Alis, jakby co, to pisz: myslownicelife@blogspot.com

      Usuń
  2. Super! Pełna profeska :) Ten sposób myślenia o życiu nie jest lenistwem jak niektórzy twierdzą, wpędzając mnie od czasu do czasu w poczucie winy. Hołduję mu od dawna i będę kontynuować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Racja. Dodałabym, że nazywają to lenistwem ci, którym nie chce się myśleć. I to oni są naprawdę leniwi ;) Popieram Cię w pełni i kibicuję!

      Usuń
  3. Też już słyszałam, że kaloryfery są passe ;)
    Jeśli jakimś cudem kiedyś się wybuduję będzie tylko podłogowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są zalety, są. Ale i wad nie brakuje. Wszystko ma dwie strony medalu, trzeba przemyśleć i dopasować do swoich potrzeb. Nie ma rozwiązań idealnych :) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Wspaniała sprawa jest z podłogowką. U moich rodziców jest. Można leżeć na płytkach.
    Naslonecznej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można, można. I na dzieciaki krzyczeć nie trzeba, jak boso latają :)

      Usuń
  5. :) podpinam się do Alis.
    Ale czekam na kluczowe zagadnienie nawierzchni. W sumie to mi mącisz szyki, chociaż lepiej wcześniej. Już ja bym Ci głowę sprała, gdybyś mi zaczęła ten cykl po niewczasie. Upiekło Ci się ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana wiem o czym piszesz ,mamy ogrzewanko podłogowe i nogi ciepłe też mamy:) to naprawdę wygoda.Kaloryfery też mamy jako wspomagacze no cóż są to są ale takie z płyty więc z myciem ich nie ma draki.Oczywiście podzielam jak zawsze zresztą Twoje poglądy sprzęt ma być funkcjonalny i nie zatrówać mi życia swą bytnością itd.itp...Sama zresztą wiesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jak ja czasem swoje byki widzę to mam wątpliwość co do swojej edukacji.No cóż trzeba było nie rzucać kamieniami na szkołę.

      Usuń
    2. Czasem wciśnie się coś na klawiszach nie tak, jak się zamierza. Jak się szybko stuka, tak bywa. Usunąć Cię? Wpiszesz się jeszcze raz? Bo dla mnie to rybka, więc spoko :)))

      Usuń
  7. Wolnoć Tomku w swoim domku :) A właściwie chyba wolność :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tym to dokładnie polega. Ale żyłam w trzech mieszkaniach, więc wiesz... ;) Wiem, o co Ci chodzi. Wszędzie umiem się wpasować, żeby było dobrze :)

      Usuń
  8. Pięknie, każdy robi jak lubi :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmmm.., Bezlitosny wpis dla właścicieli pudełeczka bez wpływu na różne różności, Miła Moja Wiedźmo.

    Cóż rzec mogą zatem właściciele pudełeczka sobie na pociechę?

    Pudełeczko bierze się takie pomiędzy - pomiędzy z góry, pomiędzy z dołów i z boków też pomiędzy. Sąsiedzi grzeją, pudełeczkowi pomiędzy już nie.

    Minimalistycznie to może nie jest, kaloryfery są bądź co bądź. Ale jak z rzadka używane, to choć oszczędnie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minimalistycznie sprytne podejście właścicieli pudełeczka. Ale wiesz co? Sto lat temu takich sprytnych miałam wszystkich sąsiadów: z góry, z dołu, z lewej, z prawej. Bo akurat zamontowali mierniki ciepła, a tylko my mieliśmy malutkie dzieci. Po zimie wszyscy się chwalili, jakie minimalistyczne rachunki mieli i jak w kurtkach (naprawdę pamiętam te przechwałki!) siedzieli, i tylko myśmy dostali trzy razy wyższy niż zwykle, kiedy nie było mierników i wszyscy równo grzali. Dogrzewaliśmy góry, doły i boki, żeby móc kąpać noworodka. Miarka się przebrała. Decyzja o budowie zapadła. Amen. A zatem widzisz, że może być też dokładnie odwrotnie. Życie podłe bywa. Czasem. Ale jak Wy tak sobie pomiędzy dołami i bokami trochę skorzystacie, to nikomu krzywda się nie dzieje, się w tłumie grzejących gubicie :)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.