piątek, 24 kwietnia 2015

Wnętrze minimalistyczne. Przechowywanie

z cyklu "Slow homing"

 

Dziś o planowaniu miejsc do przechowywania.

 
Jasne szafy w zabudowie...

...dobrze zaplanowane, zmieszczą prawie wszystko.

Jasna barwa nie przytłacza wnętrza, a drewnopodobny wzór je ociepla.

Fronty kuchenne są ciemne, ale także gładkie - nie zbierają tłustego kurzu w rowkach

 

Projektowanie wnętrza domu lub mieszkania powinno opierać się nie tylko na wielkości działki pod zabudowę (dla mnie im mniejsza, tym lepsza - z wielu powodów), ale także, a może przede wszystkim, na dogłębnym przemyśleniu naszych oczekiwań i realnych potrzeb. Plus margines na ewentualne zmiany życiowe, których nie jesteśmy w stanie zaplanować. Słowem - dobry plan to plan z marginesem, ponieważ margines daje komfort "bezstresu" na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Oczywiście i on musi mieć jakieś granice, jak wszystko w życiu zresztą.


Krok pierwszy. Inwentaryzacja ;)
Niezależnie jednak od indywidualnego punktu wyjścia, jeszcze przed rozrysowaniem rozmieszczenia mebli i wyposażenia powinniśmy usiąść i punkt po punkcie spisać, co musimy w domu przechowywać (i to dość dokładnie, w stylu: drążek na wiszące ubrania dzieci, jedna półka na bieliznę, dwie na swetry i bluzeczki, oddzielna przestrzeń na rzeczy szkolne, na zabawki - konkretne zabawki itd.). Przyznaję, że jest to bardzo żmudny proces, ale się opłaci, ponieważ po pierwsze - później bez zbędnych deliberacji realizujemy plan, a po drugie - naprawdę mamy miejsce na wszystko, co musimy w domu posiadać. Dla powodzenia całej operacji ważna jest konsekwencja i niepomijanie absolutnie niczego. Pomieszczenie po pomieszczeniu.

Jak to się robi?
Sama zrobiłam to w ten sposób, że na każde pomieszczenie w domu przeznaczyłam jedną, dwie lub więcej kartek A4 i po prostu usiadłam, aby zrobić dokładny, ale to bardzo, do bólu, do niemożliwości wręcz, dokładny spis wszystkich rzeczy, które w danym pomieszczeniu a) być muszą, gdyż są tam niezbędne, b) byłyby przydatne, ale jak się nie zmieszczą, nie ma tragedii, c) być muszą, bowiem nigdzie indziej nie ma dla nich miejsca. Czyli podzieliłam rzeczy na kategorie. Jeśli chodzi o ostatnią kategorię, warto przemyśleć, czy te rzeczy w ogóle musimy w domu posiadać, czy też można je bez poczucia straty eksmitować w ogóle albo przeprowadzić do piwnicy (którą także należałoby zorganizować podobnie, choć już niekoniecznie w domowym standardzie).

Uwaga. W tej metodzie nie kombinuje się, jak upchnąć w szafach to, co się ma, ale działa się odwrotnie: wchodzi się myślami do konkretnego pomieszczenia, zastanawia się, do czego ono będzie służyć i co się w nim w związku z jego funkcją powinno znaleźć. Warto wziąć pod uwagę także różne nieprzewidziane wypadki (wyobraźnia!). Po takiej analizie dokonanej w odniesieniu do każdego pomieszczenia może się okazać, że wiele rzeczy dotychczas przez nas posiadanych nie ma swojego miejsca w żadnym pokoju, przedpokoju, łazience, kuchni, toalecie, wiatrołapie ani w piwnicy. I co wtedy?

Możliwości są dwie. W przypadku pamiątek gromadzonych latami przeglądamy je, niektóre pewnie wyrzucamy, bo już nam się z niczym nie kojarzą, a pozostałe wkładamy do wielkiego pudła, opisujemy szumnie hasłem "PAMIĄTKI" i ustawiamy na półce w piwnicy - zyskujemy w ten sposób odgraconą przestrzeń i poczucie, że skarby zostały zabezpieczone, więc sumienie mamy spokojne. Do tego w końcu służy piwnica. Druga możliwość jest taka, że przedmioty, których podczas "wyposażania" pomieszczeń w wyobraźni nie przypisaliśmy do żadnego z nich, są najzwyklejszymi w świecie gratami, których nigdy nie używamy, a trzymamy wyłącznie z przyzwyczajenia. To klasyczne "przydasie" albo rzeczy z gatunku "jeszcze wróci na nie moda" czy "naprawię to później". Bezwzględnie i bez wyrzutów: won z mojego domu!

Przykład.
Spróbuję na przykładzie łazienki pokazać, na czym polega idea podziału na powyższe kategorie:
  • ręcznik do bieżącego wycierania się - kategoria a) - ponieważ musimy mieć się w co wycierać po umyciu, to tak proste, że aż głupie;
  • ręczniki w danej chwili nieużywane - kategoria b) - zapas czystych ręczników niekoniecznie musi być przechowywany w łazience, można je trzymać w bieliźniarce, w szafie z pościelą na zmianę, w jakimkolwiek czystym miejscu, z którego można je wziąć na wymianę;
  • komplet czystych szmat do podłogi - kategoria c) - wyprane i przechowywane w czystym miejscu, można bez brudzenia rąk wyjąć, rzucić na zachlapaną podłogę i, choćby nogą, wytrzeć ją do sucha; od biedy można takie zapasowe czyste szmaty trzymać gdziekolwiek... w specjalnej szufladzie w przedpokoju, w kuchni (warunek jest jeden: musimy mieć oddzielne, czyste miejsce przeznaczone tylko na te szmaty - i to nie na zasadzie, że szmaty do podłogi to takie nic, więc i półki na nie nie trzeba, można je rzucić byle gdzie, bo "byle gdzie" znaczy po prostu "wszędzie").
Tak, tak, ja widzę, jak absurdalnie to wygląda, ale uwierzcie mi, że tylko na piśmie. W praktyce już po kilku rzeczach załapiecie zasadę i dalej pójdzie gładko. A korzyści... nie do przecenienia.

W ten sposób warto przeanalizować wszystkie przedmioty mające wraz z nami zamieszkać. Naprawdę warto. Pozwoli to uniknąć wpuszczenia do domu wielu intruzów, nieproszonych gości pod postacią wszelkiej maści "przydasiów", czyli w rzeczywistości rupieci i gratów. Na wyrzucenie których później nie starcza już czasu albo sił. I jeszcze jedno: nie jest to obsesyjne katalogowanie każdego domowego grata i nadmierne koncentrowanie myśli na przedmiotach. Po prostu przemyślenie od razu na początku, co, gdzie i czy w ogóle gdzieś w domu umieścić, pozwala zapomnieć o przeładowaniu wnętrza gratami na długie lata. Widzę, co mam, w jakim to jest stanie i kiedy powinnam wymienić to na nowe. Nie zaprzątam sobie głowy głupotami, bo zrobiłam to na samym początku. Teraz zostaje mi już tylko powściąganie zakupowych apetytów. Ale to nie problem, wystarczy, że przeliczę sobie zachciankę na książki. Albo na to. I od razu mi przechodzi. Nawiasem mówiąc, warto czasem dobrze się zastanowić, czy mogę sobie pozwolić na zakup jakiejś rzeczy, której mi się zachce. Jeśli tak i jeśli jestem o krok, warto ten krok zrobić, tylko w bok. O tu. I pomyśleć: i tak bym wydała, tylko na coś głupiego, więc w sumie to korzyść, a nie wyrzeczenie.

Krok drugi. Rysowanie i scalanie :)
W tym momencie można już wziąć do ręki wyrysowany wcześniej w skali plan pomieszczeń naszego lokum, do drugiej ręki kartkę, na której szkicujemy półki lub szuflady, do trzeciej ręki (nie śmiejcie się, przecież wszystkie mamy po osiem rąk :) kartkę ze spisem według kategorii, i już można zacząć "scalanie" naszych życzeń (dotyczących tego, co i gdzie chcielibyśmy umieścić) z realnymi możliwościami.
Nie muszę chyba dodawać, że szkic szafy też powinien być przynajmniej "na oko" zaplanowany w konkretnych wymiarach, które da się zmieścić na planie pomieszczenia? No i na tych naszkicowanych półkach "ustawiamy" długopisem przedmioty, wyobrażając sobie jednocześnie ich rzeczywiste położenie. Dlaczego? Aby później, w "realu" wszystko nam się naprawdę zmieściło, gdyż - jak wiadomo - papier wiele uniesie, drewniana półka niekoniecznie.

Jeszcze tylko słówko o konieczności włączenia wyobraźni podczas planowania zawartości konkretnych półek. Najpierw przewidujemy zawartość, później rysujemy odpowiednią liczbę półek, biorąc pod uwagę własne możliwości "wymiarowe". W ten sposób nie będziemy się biedzić, jak zmieścić tak wiele rzeczy na tak niewielu płaszczyznach.

Praktyczna rada.
Odległość między półkami nie powinna być ani zbyt mała, ani zbyt duża. Odkrywcze? Owszem, ponieważ w szale racjonalnego planowania łatwo jest przegiąć i starać się dopasować na papierze wszystko co do centymetra, wskutek czego pozbawić się możliwości skorygowania wcześniejszych "papierowych" błędów i pomyłek. Tu uśrednienie się przyda. Zbyt duże odległości między półkami spowodują, że będzie ich po prostu mniej - wtedy na jednej półce upchniemy zbyt wiele rzeczy i już na drugi dzień nie będziemy mogli niczego znaleźć w bałaganie. Zbyt małe odległości uniemożliwią nam wstawienie na półkę czegoś choćby niewiele odbiegającego od zaplanowanej wielkości i mamy klops. Osobiście dorobiłam się takiej sytuacji, planując regał na książki. Polecam uśrednienie:)

A co to wszystko ma wspólnego z minimalizmem? Otóż ma, bardzo wiele. Nikt bowiem nie dysponuje nieograniczoną przestrzenią. Większość z nas raczej mniejszą niż większą. Dlatego jedni prędzej, drudzy później, ale w końcu wszyscy napotkamy na jej ograniczenie. I to właśnie będzie moment, w którym zaczniemy się zastanawiać, czego musimy się pozbyć, z czym pożegnać, ponieważ w żaden sposób się w naszym domu nie zmieści. Minimalista nawet w małym mieszkaniu ma szansę odsunąć tę chwilę w bliżej nieokreśloną przyszłość.

PS Nie myślcie sobie, że ja taka zorganizowana, zaplanowana i przemądrzała od urodzenia jestem :) O nie! Ja się tylko przeprowadzałam trzy razy: raz sama, a dwa razy z rodziną i całym dobytkiem. Z gratami. Przed przeprowadzką do wyczekiwanego i wymarzonego punktu docelowego powiedziałam sobie: Nigdy więcej graciarni w domu! Nigdy więcej uciążliwych do sprzątania zakamarków! Skoro przeprowadzam się "ostatecznie", nie mogę sobie na resztę życia zgotować koszmaru dbania o niefunkcjonalny i zagracony dom, bo będzie on miał o wiele (ale nie aż tak bardzo ;) większą powierzchnię niż dotychczasowe mieszkania. Ma być idealny na miarę moich potrzeb i możliwości. I podczas wakacji, kiedy wyekspediowałam małżonka do prac wykończeniowych a dzieci do piaskownicy, siadałam sobie, brałam w moje osiem rąk kartki, ołówki i długopisy i kombinowałam, kombinowałam... Czasu miałam wiele, a planowanie było przyjemne - kto nie lubi zastanawiać się nad urządzeniem lokum, które właśnie się buduje albo remontuje? I dotyczy to zarówno domku, jak i pierwszej w życiu kawalerki o wymiarach pudełka. Pozdrawiam!

22 komentarze:

  1. Szkoda, że nie wiedziałam tego wszystkiego przed urządzeniem mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic straconego :) Każdy pretekst dobry do generalnej zabawy w remont :) Albo nowe porządki.

      Usuń
  2. Przeprowadzam się do Ciebie:)!Jesteś bardzo zorganizowana.U mnie szafy również są-muszą być.Ale posiadam też miejsca w domu które z minimalizmem przestrzeni mają mało wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolino Kochana, przeprowadzaj się. Tylko pamiętaj, że istnieje jedno takie ślicznie pojęcie: prawda ekranu ;) Albo świat pobożnych życzeń :)

      Usuń
  3. Fajny przewodnik :) W sumie masz rację, gdy planujemy budowę domu, bierzemy pod uwagę wielkość działki ilość pokoi a często zapomina się o tym co i jak będziemy tam mogli później przechowywać, tak żeby było jak najbardziej wygodnie i przejrzyście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :) Ale wiesz, jak wyprowadzałam się od rodziców do pierwszego mieszkania, taka mądra nie byłam. Popełniłam wszystkie błędy, jaki mogłam. Ale wyciągnęłam wnioski :)

      Usuń
  4. Teraz już całkiem oficjalnie mogę stwierdzić, że Cię uwielbiam! Do rozpuku :*
    Pójdę i dam ten tekst Mojemu Szanownemu, który z uporem twierdzi, że ja jakaś nienormalna jestem z tym planowaniem wszystkiego. Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło, że tacy jeszcze orbitują w okolicach :D
    Dlatego po stokroć, z przytupem krakowiaczka i lekkim sumieniem, TAK, TAK, TAK, zgoda z każdym słowem. Mam doświadczenie jedynie kilku akademików i przeludniającego się mieszkanka, ale wnioski te same. Od dziś jesteś mi mieczem i tarczą (z papieru :) przeciw insynuacjom o mój mentalny disorder :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mentalny disorder. To ja Cię uwielbiam :))) Za orbitowanie i za takie teksty :) A Twojemu Szanownemu to chyba od dzisiaj z drogi muszę schodzić i na oczy się nie pokazywać, ale i tak Go pozdrawiam!

      Usuń
  5. U mnie jak kuchnie robiliśmy to właśnie tak planowaliśmy by szafki były pod sufi więcej można zmieścić rzeczy kuchennych na małym metrażu. Wszystko jest przejrzyste i na swoim miejscu . W łazience mąż zrobił półkę by ręczniki i koszyki z naszą czystą bielizną były pod ręką a nie martwić się,że jestem po kąpieli a nie mam czystych gaci i trzeba lecieć do szafy po nie:) . Więcej takich porad proszę:) . Całuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też w kuchni szafki są pod sufit. Ale z innego powodu ;) Nienawidzę skakania po stołkach, by umyć meble na górze. Lenistwo, nic innego :)
      A pomysł z gaciami w łazience - bezcenny! Ściskam!

      Usuń
  6. Zanim doczytałam do końca, chciałam napisać mniej więcej coś takiego, co ujęłaś w dopisku. Kilka mieszkań, a najlepiej zamieszkanie w małym mieszkaniu weryfikują potrzeby i uczą planowania przestrzeni.
    A co do zdjęć - kuchnię mam jasną, ale fronty jakieś takie fajne, że nie widać odbitych palców. Mimo to ciągle je przecieram :)
    A od drewnopodobnych oklein wolę prawdziwe drewno, no ale to już droga impreza.
    I jeszcze jedno - u mnie są dwie szafy, które bardziej zdobią, a przechowujemy w nich to, co musi być pod ręką. Reszta jest w garderobie, dobrze rozplanowanej, choć maleńkiej. Nie mamy wielu rzeczy, więc jest łatwo o przechowywanie i utrzymanie ładu.
    Poradnik świetny, przemyślany, jesteś bardzo zorganizowaną osobą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, z frontami też celowałam, by nie było widać paluchów. I nie widać, chyba że ta paluchy umazane dżemikiem, masełkiem, rozciapcianymi chrupkami i czym tam jeszcze ;)
      Ale ciągle nie przecieram. Taka jestem zorganizowana ;), że ustaliłam sprzątanie (w tym przecieranie) na jeden dzień w tygodniu. W pozostałe jestem ślepa ;)
      Dzięki za komplementy, wpadaj zawsze!
      PS Zniknął mi Twój blog :(

      Usuń
  7. nikt nigdy tak dokładnie, prosto i jasno mi tego nie wytłumaczył,
    straciłam coś, kiedyś...

    dziękuję wystarczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alis, to ja powinnam Ci dziękować :))) Za takie słowa - nigdy dość podziękowań. Więc przesyłam uściski i tony serdeczności :)))

      Usuń
  8. Poczułam się abnegacko - nie mam szmaty do podłogi. Ale jakoś z tym żyję. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wiem! :) Masz mopa! Da się żyć, faktycznie :)))

      Usuń
  9. Fajnie napisane. Dobrze, że mój dom marzeń jeszcze przede mną, zastosuje porady. A szmat do podłogi też nie mam, wolę mopa.
    Pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Życzę Ci pięknego domu z marzeń. Mopa też mamy, a jakże ;) A w roli szmatek zniszczone bawełniane koszulki i grube dresy. Myję nimi ramy okien, szafy, wkładam pod lodówkę, kiedy się rozmraża i wycieram do sucha umyte pojemniki na śmieci i leżaki na tarasie :) A także zwilżam je i przecieram buty. No po prostu życia sobie bez nich nie wyobrażam ;))) I faktycznie, do mycia podłogi to one się za bardzo nie przydają. Tylko nazwa "tradycyjna" taka im została :) Pozdrawiam!

      Usuń
  10. Uch... zaniemówiłam. Tak urzekła mnie Twoja rzetelność w potraktowaniu tematu.

    A ja rzadko zaniemawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko nie zaniemawiaj, tylko nie to! ;)
      A rzeczona rzetelność to wyłącznie z wnerwu, jakiego doświadczałam przez pięć lat, nie mając się gdzie podziać z gratami, przydasiami, takimi, co to szkoda wywalić, bo ktoś dał, a jak się jest na dorobku, to nigdy nie wiadomo. Męczyliśmy się okropnie. A jak się trafiła szansa zrobienia po swojemu od podstaw, to głupio by było ją zmarnować, nie? Zwłaszcza mając świadomość, że to pierwsza i ostatnia taka okazja.

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.