czwartek, 16 kwietnia 2015

Work-life balance znaczy spacer po linie

 ...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda życia"

 

 

Z czym kojarzy się Wam balansowanie? Mnie z cyrkiem. Zachować równowagę, idąc na wysokości po cienkiej linie, łatwo nie jest. Osiągnąć równowagę w życiu też nie. Z jedną różnicą: życie - mimo wszystko! - cyrkiem nie jest.


I dlatego natrętne promowanie kolejnej cudownej recepty na szczęście wydaje mi się mocno podejrzanym sposobem na zarobienie pieniędzy przez kreujących się na guru różnej maści ekspertów. Czynienie z tematu równowagi między życiem i pracą problemu przewyższającego swym znaczeniem wszystkie biedy tego świata wydaje się zwyczajnie głupie, a w najlepszym razie podejrzane. Brak takiej równowagi do niczego dobrego nie prowadzi, jednak proponowane drogi jej osiągnięcia bywają częstokroć kuriozalne.  W tym tonie - choć o wiele łagodniej :) - przywołała temat na blogu SARNIEZYCIEMAMADU.PL Agata. Zgadzam się z Nią w stu procentach, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podzieliła włosa na czworo i nie dodała swoich trzech, a nawet pięciu, groszy ;)

Płynące z wnętrza spokój i harmonia dają poczucie równowagi nawet wtedy, gdy szala przechyla się raz na stronę pracy, a raz pozostałych sfer życia. Tak sądzę i wiem z doświadczenia, że nawet jeśli teoretycznie wychodzi się z pracy o konkretnej (dość wczesnej) godzinie, ale jest się tą pracą zestresowanym czy nie lubi się jej, to nic nie da zamknięcie drzwi, zmiana otoczenia. W głowie (i w reszcie ciała także) wciąż zostaje napięcie, myśli gonią wokół tego, co było i będzie; jak to rozwiązać, jak zaplanować, co zrobić. A do tego stres spowodowany tym, że przecież jestem w domu, więc mam się wyluzować, odpocząć, spędzić czas z dzieckiem... Tylko czemu to się nie udaje?

Myślę, że problem jest głębszy i trochę bardziej złożony. Zbyt wiele czynników wpływa na to, że zachowanie harmonii wewnątrz siebie mało komu wychodzi.

Mówią: uczyń ze swojego hobby pracę, a nigdy nie będziesz pracował. Niby tak, ale jednak nie do końca, bo przecież możesz znienawidzić swoje hobby, gdy stanie się obowiązkiem.

Mówią: nie miej szefa, a wolność sprawi, że rozwiniesz skrzydła, zaś satysfakcja z tego czerpana uczyni życie naprawdę fajnym. Pewnie, co jednak w sytuacji, gdy powinie się noga albo wyczerpie popyt na moje usługi? Ja się tego boję. Ponieważ nie chce mi się wciąż i wciąż zaczynać wszystkiego od nowa, ponieważ obawiam się pod koniec życia wrażenia, że pora umierać, a tak naprawdę znajduję się w punkcie wyjścia. Niby dobrze zawsze mieć jakiś cel, ale brak poczucia spełnienia w chwili śmierci (wiem, wieje grozą, ale cóż, sama prawda :) wydaje mi się dość smutny. Chciałabym umierać bez żalu, z poczuciem, że szkoda co prawda, jednak było dobrze, żyłam tak i tak, miałam to i to, udało się za bardzo nie narozrabiać, zrobić kilka dobrych rzeczy (niekoniecznie dla siebie) i generalnie nie jestem rozczarowana. Nie wiem, czy ciągłe "nowe początki" dałyby mi to poczucie. Mnie chyba nie. Ale może komuś tak.

I tu jest pies pogrzebany. Wrócę do wcześniejszej myśli i za Agatą powtórzę, że równowaga między pracą i pozostałą częścią życia nie polega wyłącznie na godzinowym podziale (choć trochę też). A od siebie mało odkrywczo dodam, że wynika ona z wewnętrznej harmonii. Natomiast osiągnięcie wewnętrznej harmonii to jest problem o wiele bardziej złożony i głębszy niż podział na czas pracy i czas odpoczynku, umiejętność relaksowania się, poczucie satysfakcji z pracy i innych sfer życia, poczucie sensu itd. Bo to wszystko jest ważne, jednak na te elementy nakłada się jeszcze wiele czynników wynikających z indywidualnych cech osobowych, takich jak na przykład temperament, towarzyskość, alergia na posiadanie jakiegokolwiek szefa albo przeciwnie - chroniczne poczucie nadciągającej katastrofy powodowane koniecznością działania na własny rachunek.

Ludzie są różni. Po prostu. Nigdy nie będzie jednej recepty dobrej dla wszystkich. A mityczny work-life balance to nic więcej, jak tylko kolejny sposób na wyciągnięcie od wystraszonych i naiwnych pieniędzy. Kursy, szkolenia, warsztaty, trenerzy osobiści, podręczniki [sic!]... Litości!

12 komentarzy:

  1. zamyśliłam się nad moimi alergiami i tym, od czego stronię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... Dobrze wiedzieć, na co się źle reaguje :) Ściskam.

      Usuń

  2. Wydaje mi się, czy że wszelki balans można rozpoznać po postawie osoby - chwiejnej lub pewnie przemieszczającej się przez ... życie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywa, że szukam go u Ciebie na blogu. To takie źródełko :)

      Usuń
  3. Bardzo mądry tekst. Masz dużo racji.
    Naslonecznej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie znalezienie harmonii wewnętrznej daje nam poczucie wolności miedzy tym co musimy zrobić w życiu a co tylko możemy.Wiem że TY nigdy nie powiesz na starość nie spisałam się dla SWOJEJ rodziny zawsze jesteś na 100%.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko Wiolko! Na sto procent?! Chciałabym, eh. Z wolnością racja. Trudne.

      Usuń
  5. Zgadzam się, to bardzo fajny tekst. Ciekawie się toczy ta międzyblogowa dyskusja, pomyślę, żeby obszerniej dorzucić od siebie 3 grosze. Satysfakcja, poczucie sensowności wykonywanej pracy i kompatybilność z własnymi potrzebami, zainteresowaniami daje bardzo dużo. Hobby - mam takie samo odczucie, a nawet doświadczenie, warto się nieustająco definiować na nowo, szukać nowych pasji, żeby nie zostać więźniem starych wyborów. Ale wciąż twierdzę, że granice - zwłaszcza jeśli chodzi o życie rodzinne trzeba stawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, pisz, jestem ciekawa Twoich trzech groszy ;) A nawet pięciu ;) Miks elementów, które wymieniasz, to rzadko osiągany w życiu luksus. Ale warto wiedzieć, czego warto chcieć ;)

      Usuń
  6. A wiesz, że mnie np. zastanawia jak czasami słyszę, że w takim czy innym kraju jest inaczej, nie ma takiego stresu, pośpiechu, żyje się wolniej. I mam na myśli cywilizowane kraje. Sama mało podróżuję ale zastanawiam się czy to możliwe, że wpływ na ten nasz ciągły niedosyt czasu a nadmiar tego co chcemy ogarnąć jest jakiś uwarunkowany otoczeniem. Czy mamy czegoś za mało czy za dużo?

    OdpowiedzUsuń
  7. Na sto procent nie wiem ;), ale podejrzewam, że to w dużej mierze kwestia charakteru człowieka (jeden wiecznie spięty, drugi za bardzo na luzie, a trzeci w sam raz). Poza tym być może na Zachodzie ludzie już dawno okrzepli i dystansu nabrali. Oni już po prostu nie muszą niczego udowadniać. Być może, bo pewności nie ma żadnej. U nas jest czasem tak, że na przykład ja, kiedy mówię, że coś urządzę w domu tak, by było łatwiej o to dbać i żeby to czasu nie wymagało, słyszę (zdarza się), że jestem leniwa. To kuriozalne podejście, moim zdaniem, ale właśnie tak to z nami jest. Szlachetne zajeżdżanie się. I to nieznośne poczucie misji.

    OdpowiedzUsuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.