piątek, 8 maja 2015

Wnętrze minimalistyczne. Łazienka

...z cyklu "Slow homing"


Zero półeczek, zero przejrzystych szyb, zero ozdóbek. Zero słoiczków, kubeczków i innych gąbeczek. Zero tego wszystkiego na wierzchu.


Oto moja łazienkowa dewiza wywiedziona z doświadczeń nabytych w dwóch poprzednich mieszkaniach.

Pierwsza łazienka posiadała "urocze" niewielkie półeczki wbudowane we wnękę przez murarza i obłożone idealnie pasującymi do podłogi płytkami. Wydawały się wybawieniem od konieczności zakupu łazienkowych mebelków i natychmiast zostały wypełnione tym wszystkim, co dziś znajduje się w łazienkowej szafie. Czar prysł już przy pierwszym sprzątaniu. Trzeba było pracowicie zdjąć, umyć i do sucha wytrzeć każdy najmniejszy słoiczek, każdy kubeczek, każdą inną rzecz oraz samą półeczkę. Oprócz półeczek znajdował się tam żeberkowy grzejnik i mnóstwo przeróżnych rurek, niektóre poukrywane w najciaśniejszych wnękach, do których jednak trzeba było za każdym razem dotrzeć, ponieważ w łazience i kurz, i wilgoć, i inne małe brudki... Poza tym bardzo efektowne lustro ze szklaną półką (do polerowania co dzień, gdyż położenie nad umywalką sprzyja zachlapywaniu) i błyszczącymi chromowanymi (znów polerowanie) uchwytami na szklane kubki ze szczoteczkami i pastą. I tak dalej... Czyszczenie tego wszystkiego oraz mycie sanitariatów, pralki (i miejsca za pralką plus różnych jej kabli i wężyków), a także podłogi, zabierało minimum półtorej godziny. Półtorej godziny na sprzątnięcie samej tylko łazienki! A co z resztą podobnie bezmyślnie urządzonego mieszkania?! Co z dwójką plączących się pod nogami, nudzących się i marudzących dzieci? Zgroza!

Druga łazienka była mniejsza, za to podobnie "uroczo" zabudowana. Przez poprzednich właścicieli. Poziom zagracenia podobny, tylko powierzchnia mniejsza, więc sprzątanie wcale nie krótsze, lecz o wiele trudniejsze. Jeszcze większa zgroza.

Kiedy szliśmy na swoje, po głowie kołatała nam się taka myśl: Nigdy więcej! Nigdy więcej odkrytych półeczek! Nigdy więcej niezabudowanych rurek! Nigdy więcej trudno dostępnych zakamarków! I tym podobnych! Ponieważ nawet jeśli dzieci z marudzenia wyrosną, nawet jeśli zaczną w sprzątaniu brać udział, i tak szkoda nerwów na szarpanie się do końca życia (tak, zamierzamy tu mieszkać do końca życia, jakkolwiek przerażająco to brzmi :) z uciążliwościami wynikającymi z bezmyślnego, za to jakże "uroczego", urządzenia wnętrz. Zwłaszcza tych łazienkowych.

I wymyśliliśmy sobie tak:

Podwieszenie. Wisi, co może. Czyli: muszla klozetowa (bardzo higieniczne rozwiązanie), szafa "na wszystko",  szafka podumywalkowa. Tylko brodzik prysznicowy i wanna nie wisi - bo nie może. A szkoda :).

Zabudowanie. Wanny i brodzika, oczywiście, aby uniknąć czołgania się pod nimi przy myciu. Zabudowa musi być łatwa do zdjęcia w celu naprawienia przeciekającej rury, odetkania odpływu i tym podobnych atrakcji.

Wbudowanie. Tafli lustra w płytki nad umywalką. Aby nic nie wystawało i nie wymagało osobnego czyszczenia. I aby nie trzeba było wiercić dziur w ścianie w celu jego zawieszenia. Poza tym tak jest taniej: samo lustro jest tańsze bez ramy i innych ozdób, a pod taflę nie przykleja się płytek (przy tanich płytkach nie ma wielkiej różnicy, ale już przy drogich...).




Ukrycie półek w szafie. Czyli po prostu szafa sięgająca prawie do sufitu - prawie, ponieważ trzeba było zostawić odsłoniętą kratkę wentylacyjną. Szafa nie musi być bardzo szeroka ani bardzo głęboka. Chodzi tylko o ukrycie w niej wszystkich tych półek lub regałów łazienkowych, które stałyby na wierzchu. I się kurzyły. Taki mebel, choć jego nazwa brzmi groźnie i sugeruje spory rozmiar, jest nawet bardziej ekonomiczny pod względem wykorzystania powierzchni, ponieważ zajmuje tylko niewielką część nad podłogą, zaś półki i regały, na których zmieściłoby się to samo, potrzebują jej znacznie więcej. Paradoksalnie więc wysoka szafa z wieloma półkami wewnątrz to rozwiązanie najlepsze z możliwych do małej łazienki. A poza tym gładka powierzchnia jej frontów "uspokaja" niewielkie wnętrze, które "obklejone" różnymi półeczkami, wieszaczkami i regalikami zawsze będzie sprawiać wrażenie zagraconego.




Nieprzejrzysta szyba w kabinie prysznicowej. Łatwo się skusić na przepiękne przejrzyste szkło kabin prysznicowych prezentowanych w salonach łazienek. Gdzie raz dziennie pracowity pracownik pracowicie je poleruje ku uciesze zwiedzających. Dobrze jest jednak pamiętać, że poleruje szkło nieużywane, a więc wodą z mydłem niezachlapane. W warunkach codziennego domowego użytkowania przez całą rodzinę kabina nie będzie się już tak pięknie i błyszcząco prezentować. Nawet z szybą dokładnie z mydła opłukaną będzie zwyczajnie straszyć, jeśli nie wytrzemy kropel wody do sucha i nie wypolerujemy szyb na błysk. Ktoś jest chętny? To naprawdę średnia, delikatnie mówiąc, przyjemność, po ciężkim dniu i relaksującym prysznicu zabierać się za doprowadzanie go do stanu nie wskazującego na totalną flejtuchowatość właścicieli, którą nikt nie chciałby się przed niespodziewanymi gośćmi popisywać. A przecież dla higieny wystarczy kabinę przetrzeć gąbką i spłukać. Co każdy domownik robi sam po sobie, ale niestety nie daje to wizualnego efektu jak po polerowaniu. Dlatego warto poszukać szyby gładkiej wewnątrz (aby krople wody i mydła swobodnie spływały) oraz pofałdowanej na zewnętrznej stronie. Taka kabina nie wygląda na zachlapaną nawet wtedy, gdy na szybie zostaną krople wody.

Jak najmniej detali. 
To znaczy:




  • wieszaczki na ręczniki w formie kołeczków (nie trzeba ich czyścić, bo się nie kurzą i nie brudzą - na jedynej ich powierzchni poziomej wisi ręcznik),




  • wieszaki na ubrania w formie płaskich haczyków zawieszone na drzwiach szafy (świetne do malutkich łazienek),




  • wieszak na papier toaletowy w formie sterczącego patyka bez żadnego pudełka - przykręcony do szafy naprzeciw muszli (tak jest u nas - chodzi o to, by nie dziurawić ścian bez konieczności).

Każdy element ze stali szlachetnej "włoskowanej", na której nie odbijają się żadne ślady. I więcej już nic.

Jak najprostsza w formie armatura. Prosta forma oznacza elegancję i łatwiejsze utrzymanie w czystości.

To już w zasadzie wszystko.

A jeśli chodzi o tę odrobinę szaleństwa... Owszem, zaszaleliśmy z tapetą na jednej ścianie. No dobrze, i na połówce drugiej. Miała być farba wodoodporna, ale i praktycyzm powinien mieć granice :) Wybraliśmy tapetę zmywalną, odporną na działanie wilgoci i obiecującą przyszłe zdarcie ze ściany od jednego pociągnięcia. Zobaczymy... Wszak i farbę trzeba kiedyś umyć, zeszlifować, odnowić... A szaleństwo ;) polegało na przełamaniu dość ascetycznego wystroju kwiatowym wzorem tapety w stylu glamour.




Do tego aluminiowe okucia frontów szafek i takie samo obramowanie naklejone na brzegach lustrzanej tafli. Jest praktycznie, nieabsorbująco, prosto i całkiem elegancko. Jak na nasze standardy.

14 komentarzy:

  1. Półki zgroza! Widuję takie zakurzone u moich znajomych(ha! niech ścierają jak nie myśleli;)A u mnie ciach i gotowe tak jak u Ciebie,nawet wieszak na papier ten sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgroza. Jak ktoś lubi i mu się chce, niech ma. Szafę ostatecznie też trzeba sprzątać, ale jednak rzadziej :) Wieszak na papier też bezobsługowy ;)

      Usuń
  2. No ja jakąś tam półeczkę do ścierania mam ale za to szafę z pralką do samego sufitu więc się wyrównuje:) Też nie dałam się skusić na przejrzyste kabiny prysznicowe, choć tak ładnie wyglądały na wystawach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jak ja bym chciała szafkę do sufitu z pralką. Nierealne u nas, bo w piwnicy nad pralką okienko :) Mnie do takiej nieprzejrzystej kabiny natchnął jakiś głupi artykuł w kolorowej gazecie o tym, jak to sobie można genialnie radzić z czyszczeniem i polerowaniem szyby przejrzystej. Masakra to była, a w tonie "ach, jakie to proste, wystarczy się trochę (akurat) wysilić". Wstrząsnął mną, he, he, a efekt wywarł odwrotny od zamierzonego :)

      Usuń
  3. Kiedyś, dawno, dawno temu, w odległej galaktyce ... PRL-u z pietyzmem i dumą czyściło się pojedyncze sztuki dezodorantu Fa lub Bac, początkowo do nabycia w PEWEX, a później nawet "rzucane" do zwykłych drogerii. Przywiozłam sobie dwa (!) z Budapesztu w 1979 roku. Jakżebym mogła ukryć ten pożądany towar w szafce i nie cieszyć się łupem za każdym rzutem oka :)

    Ale teraz czasy nastały, że dezodoranty spowszedniały :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, Beatko, i pudełka po kremie Palmolive. I po mydełkach. I puszki po dezodorantach. Znaki luksusu. I fura rupieci do czyszczenia. Dziś tyle się zmieniło :)

      Usuń
  4. Kochana, jesteś głosem rozsądku dla wielu szalonych projektantów własnego M :) Wszak dopiero po czasie ujawnia się praktyczna strona szaleństw i szewska pasja ich użytkowania.
    Ja mam łazienkę tak minimalistyczną, że chyba mnie nikt nie przebije! Choć stylowo kompletnie odmienna od Twojej.
    A, jeszcze tylko co do lustra - ja mam w ramie, bo chciałam mieć furtkę, gdyby się znudziło - wtedy zamienilibyśmy miejscami z innym lustrem w domu. Rama znaleziona w śmieciach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he! Kochana! Dzięki! Szkoda, że taka rozsądna nie byłam, jak się do pierwszego mieszkania wprowadzałam.

      Z lustrem fajny pomysł mieliście - jeśli lubicie zmiany. Bo ja to niby lubię, ale tak naprawdę, jak mi ktoś coś zmieni, to chora jestem. Więc ten problem u mnie odpada :) Pokaż ramę na blogu, plizzz :)

      Usuń
  5. Genialny post! :) i bardzo mądre rozwiązania :)
    Zapraszam do siebie : fochzprzytupem.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję! Serio. Miło być docenionym. Odwiedzałam i zamierzam to powtarzać :)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.