niedziela, 28 czerwca 2015

Dla kogo Miłosz?

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Rodzicielstwo radosne"

 

Dziękuję! Uściski ślę! :)))

 

Wiem, ja znowu o Miłoszu, jakby nie było innych poetów na świecie. Albo poetek. 

 



Więc dla kogo ten Miłosz? Leży sobie to moje tomisko na parapecie za kanapą i czeka. Aż wysiądą mi nerwy od wyczytywania pasjonujących przygód upierdliwej Basi albo pięciozdaniowych "narr(wrrr)acji" o tym, jak Klara piekła z mamą ciasto. A potem je jadła.

Prawdziwie fascynujące (i wielowarstwowe) "Sceny z życia smoków" są konsekwentnie bojkotowane przez umysł zatruty pseudoliteracką frazą różnych Baś, Hań, Danuś oraz szczekających szczeniaczków. A najstarszak w tym wieku umiał już "Smoki" na pamięć. Starszak także. Boli.

Ale miało być o Miłoszu. Gadulstwo. I talent do omijania sedna. Walczę. Mało skutecznie.

A zatem tak. Snobizm, wybujałe czy chore ambicje, śmieszność - to bym przypisała rodzicowi, który oznajmiłby, że czyta dwulatkowi Miłosza. I Wy też byście tak pomyśleli. A do tego, że lunatyk jaki albo-co. Wariat znaczy.

Niech tam. Myślcie.

Kiedy już naprawdę czuję, że nie przejdzie mi przez usta ni jedno zdanie o przesłodkiej wróżce Amelce, trzech świnkach, z których dwie były głupie, a jedna mądra, i to był akurat braciszek, idę na całość i mówię: albo-albo. Albo przeczytam ci wiersz, od którego zęby mnie nie rozbolą, albo ani słowa więcej. I biorę to tomiszcze, i otwieram na sto dziewięćdziesiątej piątej stronie, i czytam.


I jest i d e a l n i e.

Wyłuszczanie tu, że Miłosz wielkim poetą był, byłoby grubą przesadą, ponadto hipokryzją, gdyż nigdy za nim nie przepadałam, ale wiecie, rozumiecie, jak mus, to mus.

Poziomy odbioru. Od kołyski aż po grób bo ten cykl się do czytania nadaje. A przynajmniej po wyższe filologiczne jakieś. Studia. Spokojnie. Nawiasem: w taki sposób wlecze się za mną kawałek "Na ziarnku maku" - trzecia albo czwarta klasa podstawówki, czwarta klasa liceum, czwarty rok filologii. I znów czwarta klasa. Podstawówki. Poziomy odbioru. Więc i przy dwulatku się nie waham. No i dlatego Miłosz wielkim poetą był. Prawda?

"Świat (Poema naiwne)". To jedyny taki cykl u niego. Inne są - mniej lub bardziej - ale jednak hermetyczne. Że niby "doctus" z niego taki. Trudno. Się mówi. I się czyta.

Ale poema naiwne z powodzeniem mogą cieszyć uszy dwulatka. Który co prawda słabo zna się na Miłoszowej "filozoficzności", nic a nic nie kuma z wewnętrznego rytmu cyklowej układanki, jednak urodę pojedynczego kawałka chwyta i z otwartą (lub zamkniętą ;) buzią chłonie. Świetnie słyszy każde po mistrzowsku dobrane słowo, doskonale czuje idealny rytm tej frazy i zastyga na całe cztery minuty, ze zdziwieniem konstatując kolejne proste, a przecież nieoczywiste rymy. Tak, rymy. Proste, ale nieoczywiste. Zgroza. Wiem. Trudno ;)

I nie, to nie są zaplanowane akcje matki-wariatki, która ma świra na punkcie edukacji własnego potomka. To desperackie próby wyrwania się z zaklętego kręgu wróżek, kotków, świnek, króliczków i całego zastępu słodkich Hań oraz jednej niegrzecznej, ale irytująco poprawnej Basi.

Próby zakończone powodzeniem.

Dziś dziecię zrzuciło na siebie trzykilowe tomiszcze i wysapało spod niego: "Mamo, citaj mi jelsie". Miód na serce. Czym skorupka za młodu... Może jeszcze nie wszystko stracone?

Uważajcie na pseudoliteraturę udającą książki dla dzieci. Prawdziwa nadaje się do czytania każdemu.

środa, 24 czerwca 2015

Można pomóc Pollyannie :)

...z cyklu "Co warto"

 

Dziś taki wpis. Kliknijcie, a dowiecie się paru rzeczy o bardzo fajnej Osobie. A jeśli do tego zechcecie zrobić o jeden krok więcej - to będzie bardzo dużo. Dziękuję!


Zachęcam - kliknijcie, jeśli chcecie pomóc

niedziela, 21 czerwca 2015

Kosz słomkowy (?)

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Co prawda zabawę w marudzenie o ciuchach skończyłam z ulgą po roku eksperymentu z niekupowaniem, i to skończyłam już dawno temu, a nawet - jakże szumnie ;) - podsumowałam, o TU, ale jednocześnie, na wyraźną prośbę, obiecałam wrzucić fotki, gdy tylko coś nowego pojawi się w mojej szafie.


Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, a koszyk na ramieniu, ha!


Stary, o taki, kupiony za 20 zł na wyprzedaży w Carrefourze, po czterech - albo nawet pięciu - latach porozrywał się w środku na strzępy, wybrudził się okropnie (a wyprać czegoś takiego ni odplamić nie sposób), zatem bez żalu i bez wyrzutów sumienia (moich oczywiście;) wylądował w śmietniku w końcówce ostatniej jesieni. A ja zaczęłam czekać na, co tu dużo mówić, ofertę lidla lub biedronki w tej sprawie, bo wiem, że takie rzeczy dają tam za pół ceny.

Tak, tak, jasne, należy kupować u lokalnych producentów za dwa razy większe pieniądze, bo to etyczne. Wiem. Racja. Ale należy też płacić za wykonywaną pracę dwa razy więcej, by pracownik dysponujący fachową wiedzą (tak, tak, cóż za skromność ;) nie musiał dniem i nocą siedzieć przy kompie, a w efekcie zarobić tyle, że wystarczy mu na połowę rachunków, połowę jedzenia i połowę tych ubrań dla dzieci, których nie mogą one odziedziczyć po starszym kuzynostwie. Na połowę, ponieważ na drugą połowę tych wydatków zarabia Druga Połowa. Moja ;) Ubrania, torebki i inne fanaberie obydwu Połów już od dawna znajdują się w galaktyce od naszego życia tak odległej, że nie sposób ją dostrzec i przy pomocy teleskopu Hubble'a. Ot, i cała geneza "minimalistycznego" cyklu o szafie :))) Ten uśmiech nie jest promienny ;) Jest gorzki. A może i zgryźliwy. Taki dzień. Sorry.

Ale co tam, już nie będę narzekać, skoro - zamiast za co najmniej 60 (takie ceny widziałam na wystawach) - udało mi się dostać koszyk za niecałe 30 złotych. Więc jest! I cieszy. I będzie cieszył długo, gdyż dom opuszcza się rzadko, oj rzadko, każdą wolną od opieki nad dziecięciem chwilę poświęcając na niezwykle satysfakcjonującą, miłą i przyjemną, co z tego, że mrówczą i mało płatną, pracę. Obnoszony po świecie raz czy dwa razy w tygodniu przez godzinę - góra! - prędko się zniszczyć nie może. Chyba że gwałtownie. Za sprawą siły wyższej jakiejś.

Ale tego nie przewiduję, nie jestem wróżką, tylko redaktorką ;)

Hurra! Mam koszyk i się z niego cieszę niezmiernie. Naprawdę :))) I teraz nie uśmiecham się już zgryźliwie.

wtorek, 16 czerwca 2015

Czy dziecko przeszkadza w życiu? Moje trzy grosze na temat przebrzmiały i przerobiony okrutnie

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Jak nie można rysować po gazetach, a się nie ma kartki, bo matka akurat czyta gazetę, leżąc na kanapie, to się organizuje przestrzeń do działań twórczych we własnym zakresie ;)


U mnie to jak zwykle musztarda po obiedzie, temat przebrzmiały i przerobiony na wszelkie możliwe sposoby, ale niech tam! Wszyscy mają tak zwane swoje zdanie - mam i ja ;)


Myślę sobie, że tyleż słynna, co chybiona i niechlubna kampania została tak, a nie inaczej odebrana właśnie dlatego, że zasadzała się na błędnym założeniu, jakoby odkładanie rodzicielstwa było spowodowane osobistymi "zachciankami". Może i tak jest, ale taka sytuacja dotyczy chyba niewielkiego odsetka kobiet. Przytłaczająca większość nie ma dzieci z wielu - ale akurat nie z takich - powodów.

Dobra. To wszyscy wiedzą, to już zostało wiele razy powiedziane. Nic nowego.
Mnie zastanawia coś innego. Skąd u autorów kampanii - skądinąd ludzi zajmujących się zawodowo tym tematem - takie przekonanie? Że dziecko tak wielu z nas przeszkadza?

Może stąd, że faktycznie w wielu miejscach w internecie (na portalach, na fejsbuku, na blogach) nie cichnie z jednej strony utyskiwanie, jak to padamy na twarz przez to, że jesteśmy matkami, albo w ogóle rodzicami (tu aż prosi się o odpowiedź: sorry, takie życie rodzica, bo jakie ma być?), a z drugiej przesadnie entuzjastyczne wykrzykiwanie, jak to realizujemy się, podróżujemy i w ogóle wszystko robimy z tymi naszymi biednymi dziećmi, co to je ciągamy bez zważania na ich zmęczenie i chyba trochę inne potrzeby.

No i teraz tak: taka kampania to strzał w kierunku tych, co narzekają - żeby nie narzekali, bo odstraszają, a także (pośrednio, ale jednak) stawianie bezdzietnym za przykład tych, co hurraoptymistycznie przesadzają w drugim kierunku - że tak, że okej, że jak najbardziej. Przekaz (oczywiście pośredni) do odkładających rodzicielstwo: nie odkładajcie, bo przecież możecie to wszystko robić także z dziećmi.

No jasne - chciałoby się odrzec i ironicznie skrzywić facjatę. Czy do końca słusznie? Według mnie nie. Według mnie coś w tym być może jest. Bo skądś się przecież wzięło to mylne przekonanie, że większość ludzi odkłada rodzicielstwo, gdyż chce osiągnąć materialne nie wiadomo co. A przekonanie takie u autorów kampanii chyba było. Inaczej nikt by nie wpadł na pomysł kierowania wielkiej i kosztownej reklamy do zaledwie paru(nastu?) tysięcy kobiet. Chyba. Chyba że jest głupi albo nie liczy się z darowanym mu przez naród groszem, co podpada pod paragraf, i to bardzo konkretny.

Jak zwykle poszłam w dygresje, ale już grzecznie wracam do tematu, a mianowicie: czy przekonanie autorów kampanii o tym, że ludzie w większości są przekonani, że dziecko przeszkadza w życiu, ma jakiekolwiek życiowe uzasadnienie? Czy faktycznie ludzie tak myślą? A jeśli tak, to z czego to wynika? Z nierealnych i niepopartych żadnym doświadczeniem wyobrażeń na temat bycia rodzicem? Z mocno przesadzonych, a za to tak zwanych wyrazistych, wpisów na blogach albo artykułów na portalach internetowych? A może jest całkiem inaczej? Może z dzieckiem faktycznie żyje się inaczej, ale czy to znaczy, że ono ogranicza?

Zależy, jak traktujemy je i siebie samych. Ot co. Chyba ;)

Bo mnie najbardziej przekonuje model, w którym dziecko towarzyszy rodzicowi w jego codziennym, normalnym życiu. To znaczy, żeby nie było ;), wiadomo, że do pracy z nami nie pójdzie, a i w Himalaje z nim nie pojedziemy. Ale powiedzmy sobie szczerze, ilu z nas odwiedza Saharę czy inne lodowce ;) ? Mało kto. Chodzi raczej o to, żeby z tego, co lubiliśmy robić przed urodzeniem dzieci, wybrać rzeczy, które da się robić i po ich urodzeniu - z nimi właśnie.

Ale! Z nimi, nie znaczy przy ich pomocy, ani nawet z ich wielkim udziałem. Raczej pomimo nich, pomimo dzieci. Obecnych przy nas. I nie, wcale nie uważam tego za złe traktowanie. Prosty przykład. Ja gotuję na kuchence (ale nie, żebym lubiła ;) i przygotowuję posiłek na blacie kuchennym, a moje małe dziecko robi to samo na kanapie, na krześle albo na podłodze w kuchni. Albo i nie robi tego samego, tylko po prostu ze mną jest. I rozmawiamy. Lub nie, jeśli muszę się skoncentrować. Albo ciągnie mnie za różne części garderoby, bo akurat jest marudne, a ja, choć zwracam na nie uwagę, to jednak nieprzesadną. Akurat taką, by nie poczuło się ignorowane i odtrącone, ale i nie taką, by rosło w przekonaniu, że jest pępkiem świata. A kiedy jestem wolna, próbuję zająć się swoimi sprawami, na przykład poczytać gazetę, odpisać na mejla, wypić herbatę itp. I tylko na wyraźne życzenie mojego dziecka biorę udział w jego zabawie. Bo jemu wystarcza, że jest ze mną, że obserwuje i komentuje to, co ja robię, że chce mnie naśladować, że dopytuje. Albo nie robi tego, tylko się bawi po swojemu.

Jesteśmy razem. W niewymuszony i niestresujący dla siebie sposób. I nie jest to sielanka, na jaką wygląda, ale zwykłe wspólne życie. Nie wieczne zabawianie potomka, bo to skutkuje męczeństwem rodziców i uzależnieniem dziecka, które nie doznaje minuty nudy i nie umie w związku z tym samo wymyślić sobie zajęcia. Ciągłe poświęcanie dziecku uwagi to tak naprawdę dość ograniczająca je postawa rodziców.

Uważam, że niesłusznie pokutuje pogląd, jakoby posiadanie dziecka jakoś strasznie rodziców ciemiężyło, i to na długie lata. A bezpośrednio w nim źródło ma hurraoptymistyczna i skrajnie odmienna postawa ludzi twierdzących, że z małym dzieckiem robią wszystko, że właśnie wbrew postawie tych drugich oni nie dadzą się dziecku udomowić. To też fałszywe i służące chyba tylko promocji głoszących takie rewelacje.

Fakty są takie, że nie jest tak, że wszystko można, bo nie można, o czym wie każdy normalny, nie bardzo się przejmujący poradnikami rodzic ;) Ale wiele jednak się robi. To kwestia postawy. Przecież nasi rodzice - a przynajmniej moi - w zasadzie wszystko robili wspólnie z nami. Albo tylko w naszym utrudniającym trochę towarzystwie. Pili kawę (slow life ;), sprzątali (może trochę mniej dokładnie, ale się tym nie martwili), piekli ciasta (slow food), uprawiali działkę (a nie było pampersów na wychodne), robili zakupy (bez hipermarketów, samochodu, za to z dziećmi trzymanymi za ręce), naprawiali różne rzeczy, a także jeździli na wakacje - do swoich rodziców na wieś, gdzie woda w studni, a kuchnia na węgiel, nie na wczasy z wiktem i opierunkiem.

Wiadomo, że funkcjonowali inaczej niż bezdzietni. Ale wydaje mi się, że traktowali nas jako normalny element własnego życia, nie jak utrudnienie, uciążliwość czy coś w tym stylu.

Skąd to wiem? Z doświadczenia. Bo sama przy własnych małych dzieciach wpadłam w pułapkę pod tytułem "Nic nie mogę przez nie zrobić". Aż tu nagle dziadkowie wnuki na cały dzień zabrali, a kiedy wieczorem je odbieraliśmy, to się okazało, że: byli w sklepie, ugotowali dwudaniowy obiad, poszli na targowisko, na plac zabaw, na działkę po truskawki, czytali książeczki, zrobili kompot... Pytam: Jak i kiedy??? Odpowiadają: No jak kiedy??? A dzieciaki podskakują szczęśliwe: Mamo, a obieraliśmy truskawki! Tato, a dziadek znalazł taką książkę! Mamo, a... No właśnie. Trzeba się było klepnąć w główkę i nawrócić na nieperfekcyjne wykonywanie z dziećmi albo mimo dzieci różnych codziennych czynności. Szczęście, że olśnienie przyszło w miarę szybko.

Wiem, że wymieniłam przede wszystkim te czynności, które dziś traktowane są nie jako wyznaczniki atrakcyjnego życia, ale jako sprawy do jak najszybszego odbębnienia, by wreszcie zacząć żyć "naprawdę", czyli relaksować się, odpoczywać bez dzieci, korzystać z innych rozrywek lub podróżować daleko bez ograniczeń.

No cóż, jeśli podzieli się życie w ten sposób, to faktycznie, trudno mówić o jakiejś większej satysfakcji, gdyż z dziećmi i odpoczywa się, i podróżuje i "rozrywkuje" się inaczej. Mniej "totalnie". Ale nie gorzej, tylko inaczej. Na tym polega życie rodzinne, do którego nikt nikogo nie zmusza. I wydaje mi się, że tak wiele narzekań na monotonię, zmęczenie i trudności nie wynika wcale z zachwiania proporcji (choć niekiedy pewnie tak, ale na pewno tylko niekiedy, w jakichś skrajnych przypadkach), lecz powodowanych jest niemającym uzasadnienia oczekiwaniem, że życie (z dziećmi czy bez nich) będzie idealne, to znaczy oczywiście przystające do wyobrażeń rodem z kolorowej prasy, tudzież komedii romantycznych. A życie takie nie jest (stwierdziłam - ach, jakże odkrywczo ;). Ani w wypadku bezdzietnych singli, ani dzietnych rodzin. I tyle. Warto brać rzeczywistość taką, jaka ona jest, i zamiast irytować się, że nie nadąża za wykreowanym w głowie obrazem, cieszyć się z tego, co oferuje na danym etapie. Wtedy dzieci nie będą przeszkodą uniemożliwiającą samorealizację, bo właśnie w byciu rodzicami (i ludźmi oprócz tego) będziemy się realizować.

Nawiasem - każdy sposób życia ma swoje ograniczenia i uciążliwości. Kolejny raz odkrywczo napisałam. No.

niedziela, 14 czerwca 2015

Wszystko, czego dziś chcę

...z cyklu "Uroda życia"


No i tak to jest. Upał. Wszyscy mówią, że doskwiera, ale mnie on nie doskwiera, bo ja go lubię. Mrożona kawa, woda z cytryną i miętą, lody.


Żeby woda była bardziej cytrynowa, wpierw wrzucam plasterek świeżo ukrojonej cytryny, a dopiero na niego wlewam gazowaną wodę i dorzucam listek mięty. Potem przez cały dzień uzupełniam dzbanek. To w wersji minimalistycznej. Na bogato - wszystko tak samo, tylko w dużej szklance ;)

Mrożona kawa. Ponownie. Rok czekałam na pretekst w postaci upałów. Jeśli klikniecie, to się dowiecie, jak ją robię:)

Jak się dostaje na Dzień Matki miętę, to chyba można podejrzewać, że młode czują do matki to samo, co? Miętę znaczy ;) Takie kwiaty są super, bo nie pylą. W sam raz dla mnie

Dziecię najmłodsze też życzy sobie wody "ziściem i ciną". Tylko że niegazowanej. I z grubego, nierozgryzalnego kubka ;)

No więc jak doskwiera, jak nie doskwiera? Się pytam ;)

 

Przyznacie, że moje wymagania w ten upał są  o wiele mniejsze niż pani Izy ;)



środa, 10 czerwca 2015

Minimalizm? Minimalistycznie? Minimalista?

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Kto to jest minimalista? Skąd nagle ich tak wielu? Czemu często wykłócają się o duperele? I we wzajemnym obrażaniu wcale nie jawią się minimalistami, bo idą na maksa? Jak to jest? O co chodzi? Gdzie ludzie, którzy są minimalistami naprawdę? I kim oni w ogóle są? Czy w ogóle są? A może to po prostu modna nazwa podchwycona przez tych, co aspirują do tego, by raz wreszcie zastosować w życiu umiar, rozsądek, racjonalne wykorzystanie rzeczy i sensowne urządzenie mieszkania? No, ale to są normalne cechy normalnego człowieka. Że rzadkie? I co z tego?


Z nadmiaru bodźców zewnętrznych rodzi się potrzeba ciszy w przestrzeni. I w życiu. Truizm. W pełnej świadomości, jak głupio to brzmi, powiem jednak: od zawsze miałam w sobie dążenie do maksymalnego upraszczania w życiu tego, nad czym nie warto się wg mnie zbyt długo pochylać, przy jednoczesnym niepozbawianiu się niczego, na czym naprawdę mi zależy. Czystość i ład - tak. Ciągłe i pełne utrudnień sprzątanie - nie. Dobre gatunkowo i w niewielkiej ilości ciuchy - tak. Konieczność ręcznego prania i w kółko prasowania - nie. I tak dalej. Ponieważ źle czuję się w otoczeniu nadmiaru rzeczy i spraw. Dlatego od zawsze ograniczam i upraszczam. Tyle, ile się tylko da. A że życia za bardzo uprościć się nie da, przynajmniej bez szkodzenia innym, boleję.

O tym, że jest to - przepraszam, że tak się pojmuje - minimalizm, dowiedziałam się prawie dwa lata temu. Z kawałkiem. Bo kiedyś nikt przecież nie mówił ani o minimalizmie, ani o prostocie, ani o czerpaniu z tego energii. Było wręcz przeciwnie. Myślę więc, że to chyba raczej kwestia charakteru, osobowości,  niekoniecznie poczynionych założeń. A charakter ludzki jest, jaki jest, niezależnie od akurat panującej mody. Jeśli zaś ktoś ma skłonności do zbieractwa i jest życiowym "bałaganiarzem", wskutek czego rzadko ogarnia własne sprawy, a także mieszkanie i ciuchy - choćby nawet modlił się do minimalistycznych guru (albo powiesił na lodówce dekalog z cytatów Loreau ;), minimalistą nie jest i nie będzie. I dobrze. Bo co to za przyjemność, dążyć w życiu do osiągnięcia stanu, w którym i tak nie będzie się dobrze czuł? Ale istnieją tacy masochiści. Istnieją.

Natomiast całkiem sporo chodzi po świecie takich, co o modnym minimalizmie słyszą tylko w telewizji albo czytają gdzieniegdzie w internecie, a za to żyją (od zawsze, bo inaczej nie przyjdzie im do głowy) w naprawdę minimalistyczny sposób. Tylko o tym nie wiedzą. Uważają, że postępują normalnie. Racjonalnie. Rozsądnie. Etycznie. Ale tak o sobie nie myślą. Piszą blogi na inne tematy. O dzieciach. O rodzinie. O książkach. O gotowaniu. Ubieraniu. Odpoczywaniu. Spokojnie, bez egzaltacji, bez tyleż szumnych, co pustych pojęć. Żyją, jak chcą. Bez nadawania temu etykiety i bez ekscytowania się. Przyjemnie u nich bywać. Ładuje się baterie i jakoś tak głupio się robi na myśl o własnej egzaltacji.

Zwykle i naturalnie człowiek zawsze dąży do tego, w czym najlepiej się czuje. Dopóki (dotyczy to niektórych ;) nie trafi na modną ideę, pod którą zechce się podpiąć. Gdy mu źle, gdy dokucza mu dyskomfort, szuka przyczyn. Ma szczęście, jeśli uda mu się je odkryć. W sobie albo w książkach. Czy też na blogu, dajmy na to, minimalistycznym :) Niektórym (zależy od osobowości) łatwiej podążyć za tym, co odnajdą w sobie - to ci wewnętrznie silni, ufający własnej intuicji i mający odwagę ją wykorzystać. Innym odwagi dodają ludzie, którzy wpierw sami się odważyli sobie zaufać - napisali książki, artykuły, udzielili wywiadów, prowadzą blogi. Najgorzej, gdy podążamy za ideą, która tak naprawdę nie jest nam do niczego potrzebna, której wdrożenie będzie nas uwierać, z którą nie poczujemy się dobrze we własnym życiu.

Czy nie jest tak, że minimalizm, prostota, umiar, slow life albo jak go tam jeszcze zwał, to po prostu stosunek do życia? Nie mordercze odmawianie sobie (i wbrew sobie) każdej przyjemności z posiadania - choć i tak nie mamy już prawie niczego. Może błądzę, może osuwam się w herezję, trudno, ale według mnie "lepszym" (albo i lepsiejszym  ;), no dobrze - prawdziwszym - minimalistą jest ten, który ma nawet więcej przedmiotów, więcej spraw i pozornie bardziej skomplikowane życie, ale za to spokojne podejście do wszystkiego, co to życie stanowi. Jeśli nie czuje, że cokolwiek go przytłacza (ale tak naprawdę nie czuje, nie chodzi o to, że mu źle, tylko sobie tego nie uświadamia), no więc jeśli nie czuje, że cokolwiek go przytłacza, jeśli nic mu w życiu nie przeszkadza, nic nie zabiera mu czasu, który chciałby przeznaczyć na coś (albo dla kogoś) innego, to znaczy, że osiągnął optimum. Taki człowiek nie będzie czuł potrzeby pozbywania się (często w mękach i wbrew sobie - o czym można przeczytać w naprawdę wielu "minimalistycznych" miejscach) rzeczy i ludzi (sic!!! - tak, tak, także ludzi, choć nie w takim sensie jak rzeczy - rzecz;) jasna). Ale też nie będzie miał potrzeby ciągłego poszerzania stanu posiadania. Pozostanie obojętny na reklamy (raczej i z reguły ;), a na zakupy uda się wtedy, gdy coś się nieodwracalnie zepsuje, podrze, zużyje. Co nie znaczy, że raz na jakiś czas nie ulegnie zachciance i nie popełni zakupowego szaleństwa. Szaleństwa w bardzo wyraźnym cudzysłowie, Drodzy Państwo ;), zachcianki raczej, niedrogiego i niedużego "czegoś", co nie jest konieczne w sensie praktycznym, ale już w roli "życioumilacza" jak najbardziej. Proszę tylko nie mylić powyższego z kompulsywnym kupowaniem w celu kompensacji deficytów zupełnie innego rodzaju, bo to podpada pod specjalistyczną terapię i w żadnym razie nie świadczy o umiejętności zrównoważonego życia. Tak samo jak nie świadczy o niej chorobliwe i histeryczne liczenie rzeczy i wymyślanie, czego by się tu jeszcze pozbyć, bo po co to mieć, skoro mogę pożyczać, bo inni (ci gorsi, bo nie minimaliści) to mają. Tak, tak, i tego typu myślenie można napotkać tu i ówdzie. I ono - tak samo jak kompulsywne gromadzenie (kompensacja niezaspokojonej potrzeby bezpieczeństwa?) - budzi mój lęk.

czwartek, 4 czerwca 2015

Same (c)hu(ó)czą tylnojęzykowe albo jak spławić własną matkę, mając dwa lata i miesiąc

...z cyklu "Uroda życia"

 



Ich Dziecię
To jeś auko.

Ona
Auto.

Ich Dziecię
To jeś auko.

Ona
(dużymi literami)
Powiedz: au-to.

Ich Dziecię
(Też dużymi litrami)
Au-ko.

Ona
Tak samo, jak mówisz: "to jest", powiedz: "au-to".

Ich Dziecię
(Głośno i wyraźnie)
Siamochók.

(Za oknem warkot).

Ich dziecię
Pam nie kosi tawy. Toś sijechał.

Ona
(Jest szansa, jest szansa!)
No tak. A co to przyjechało?
(W głowie: tu cię mam! Teraz nie masz wyjścia, powiesz: "auto"!).

Ich Dziecię
Ciocia?