wtorek, 16 czerwca 2015

Czy dziecko przeszkadza w życiu? Moje trzy grosze na temat przebrzmiały i przerobiony okrutnie

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Jak nie można rysować po gazetach, a się nie ma kartki, bo matka akurat czyta gazetę, leżąc na kanapie, to się organizuje przestrzeń do działań twórczych we własnym zakresie ;)


U mnie to jak zwykle musztarda po obiedzie, temat przebrzmiały i przerobiony na wszelkie możliwe sposoby, ale niech tam! Wszyscy mają tak zwane swoje zdanie - mam i ja ;)


Myślę sobie, że tyleż słynna, co chybiona i niechlubna kampania została tak, a nie inaczej odebrana właśnie dlatego, że zasadzała się na błędnym założeniu, jakoby odkładanie rodzicielstwa było spowodowane osobistymi "zachciankami". Może i tak jest, ale taka sytuacja dotyczy chyba niewielkiego odsetka kobiet. Przytłaczająca większość nie ma dzieci z wielu - ale akurat nie z takich - powodów.

Dobra. To wszyscy wiedzą, to już zostało wiele razy powiedziane. Nic nowego.
Mnie zastanawia coś innego. Skąd u autorów kampanii - skądinąd ludzi zajmujących się zawodowo tym tematem - takie przekonanie? Że dziecko tak wielu z nas przeszkadza?

Może stąd, że faktycznie w wielu miejscach w internecie (na portalach, na fejsbuku, na blogach) nie cichnie z jednej strony utyskiwanie, jak to padamy na twarz przez to, że jesteśmy matkami, albo w ogóle rodzicami (tu aż prosi się o odpowiedź: sorry, takie życie rodzica, bo jakie ma być?), a z drugiej przesadnie entuzjastyczne wykrzykiwanie, jak to realizujemy się, podróżujemy i w ogóle wszystko robimy z tymi naszymi biednymi dziećmi, co to je ciągamy bez zważania na ich zmęczenie i chyba trochę inne potrzeby.

No i teraz tak: taka kampania to strzał w kierunku tych, co narzekają - żeby nie narzekali, bo odstraszają, a także (pośrednio, ale jednak) stawianie bezdzietnym za przykład tych, co hurraoptymistycznie przesadzają w drugim kierunku - że tak, że okej, że jak najbardziej. Przekaz (oczywiście pośredni) do odkładających rodzicielstwo: nie odkładajcie, bo przecież możecie to wszystko robić także z dziećmi.

No jasne - chciałoby się odrzec i ironicznie skrzywić facjatę. Czy do końca słusznie? Według mnie nie. Według mnie coś w tym być może jest. Bo skądś się przecież wzięło to mylne przekonanie, że większość ludzi odkłada rodzicielstwo, gdyż chce osiągnąć materialne nie wiadomo co. A przekonanie takie u autorów kampanii chyba było. Inaczej nikt by nie wpadł na pomysł kierowania wielkiej i kosztownej reklamy do zaledwie paru(nastu?) tysięcy kobiet. Chyba. Chyba że jest głupi albo nie liczy się z darowanym mu przez naród groszem, co podpada pod paragraf, i to bardzo konkretny.

Jak zwykle poszłam w dygresje, ale już grzecznie wracam do tematu, a mianowicie: czy przekonanie autorów kampanii o tym, że ludzie w większości są przekonani, że dziecko przeszkadza w życiu, ma jakiekolwiek życiowe uzasadnienie? Czy faktycznie ludzie tak myślą? A jeśli tak, to z czego to wynika? Z nierealnych i niepopartych żadnym doświadczeniem wyobrażeń na temat bycia rodzicem? Z mocno przesadzonych, a za to tak zwanych wyrazistych, wpisów na blogach albo artykułów na portalach internetowych? A może jest całkiem inaczej? Może z dzieckiem faktycznie żyje się inaczej, ale czy to znaczy, że ono ogranicza?

Zależy, jak traktujemy je i siebie samych. Ot co. Chyba ;)

Bo mnie najbardziej przekonuje model, w którym dziecko towarzyszy rodzicowi w jego codziennym, normalnym życiu. To znaczy, żeby nie było ;), wiadomo, że do pracy z nami nie pójdzie, a i w Himalaje z nim nie pojedziemy. Ale powiedzmy sobie szczerze, ilu z nas odwiedza Saharę czy inne lodowce ;) ? Mało kto. Chodzi raczej o to, żeby z tego, co lubiliśmy robić przed urodzeniem dzieci, wybrać rzeczy, które da się robić i po ich urodzeniu - z nimi właśnie.

Ale! Z nimi, nie znaczy przy ich pomocy, ani nawet z ich wielkim udziałem. Raczej pomimo nich, pomimo dzieci. Obecnych przy nas. I nie, wcale nie uważam tego za złe traktowanie. Prosty przykład. Ja gotuję na kuchence (ale nie, żebym lubiła ;) i przygotowuję posiłek na blacie kuchennym, a moje małe dziecko robi to samo na kanapie, na krześle albo na podłodze w kuchni. Albo i nie robi tego samego, tylko po prostu ze mną jest. I rozmawiamy. Lub nie, jeśli muszę się skoncentrować. Albo ciągnie mnie za różne części garderoby, bo akurat jest marudne, a ja, choć zwracam na nie uwagę, to jednak nieprzesadną. Akurat taką, by nie poczuło się ignorowane i odtrącone, ale i nie taką, by rosło w przekonaniu, że jest pępkiem świata. A kiedy jestem wolna, próbuję zająć się swoimi sprawami, na przykład poczytać gazetę, odpisać na mejla, wypić herbatę itp. I tylko na wyraźne życzenie mojego dziecka biorę udział w jego zabawie. Bo jemu wystarcza, że jest ze mną, że obserwuje i komentuje to, co ja robię, że chce mnie naśladować, że dopytuje. Albo nie robi tego, tylko się bawi po swojemu.

Jesteśmy razem. W niewymuszony i niestresujący dla siebie sposób. I nie jest to sielanka, na jaką wygląda, ale zwykłe wspólne życie. Nie wieczne zabawianie potomka, bo to skutkuje męczeństwem rodziców i uzależnieniem dziecka, które nie doznaje minuty nudy i nie umie w związku z tym samo wymyślić sobie zajęcia. Ciągłe poświęcanie dziecku uwagi to tak naprawdę dość ograniczająca je postawa rodziców.

Uważam, że niesłusznie pokutuje pogląd, jakoby posiadanie dziecka jakoś strasznie rodziców ciemiężyło, i to na długie lata. A bezpośrednio w nim źródło ma hurraoptymistyczna i skrajnie odmienna postawa ludzi twierdzących, że z małym dzieckiem robią wszystko, że właśnie wbrew postawie tych drugich oni nie dadzą się dziecku udomowić. To też fałszywe i służące chyba tylko promocji głoszących takie rewelacje.

Fakty są takie, że nie jest tak, że wszystko można, bo nie można, o czym wie każdy normalny, nie bardzo się przejmujący poradnikami rodzic ;) Ale wiele jednak się robi. To kwestia postawy. Przecież nasi rodzice - a przynajmniej moi - w zasadzie wszystko robili wspólnie z nami. Albo tylko w naszym utrudniającym trochę towarzystwie. Pili kawę (slow life ;), sprzątali (może trochę mniej dokładnie, ale się tym nie martwili), piekli ciasta (slow food), uprawiali działkę (a nie było pampersów na wychodne), robili zakupy (bez hipermarketów, samochodu, za to z dziećmi trzymanymi za ręce), naprawiali różne rzeczy, a także jeździli na wakacje - do swoich rodziców na wieś, gdzie woda w studni, a kuchnia na węgiel, nie na wczasy z wiktem i opierunkiem.

Wiadomo, że funkcjonowali inaczej niż bezdzietni. Ale wydaje mi się, że traktowali nas jako normalny element własnego życia, nie jak utrudnienie, uciążliwość czy coś w tym stylu.

Skąd to wiem? Z doświadczenia. Bo sama przy własnych małych dzieciach wpadłam w pułapkę pod tytułem "Nic nie mogę przez nie zrobić". Aż tu nagle dziadkowie wnuki na cały dzień zabrali, a kiedy wieczorem je odbieraliśmy, to się okazało, że: byli w sklepie, ugotowali dwudaniowy obiad, poszli na targowisko, na plac zabaw, na działkę po truskawki, czytali książeczki, zrobili kompot... Pytam: Jak i kiedy??? Odpowiadają: No jak kiedy??? A dzieciaki podskakują szczęśliwe: Mamo, a obieraliśmy truskawki! Tato, a dziadek znalazł taką książkę! Mamo, a... No właśnie. Trzeba się było klepnąć w główkę i nawrócić na nieperfekcyjne wykonywanie z dziećmi albo mimo dzieci różnych codziennych czynności. Szczęście, że olśnienie przyszło w miarę szybko.

Wiem, że wymieniłam przede wszystkim te czynności, które dziś traktowane są nie jako wyznaczniki atrakcyjnego życia, ale jako sprawy do jak najszybszego odbębnienia, by wreszcie zacząć żyć "naprawdę", czyli relaksować się, odpoczywać bez dzieci, korzystać z innych rozrywek lub podróżować daleko bez ograniczeń.

No cóż, jeśli podzieli się życie w ten sposób, to faktycznie, trudno mówić o jakiejś większej satysfakcji, gdyż z dziećmi i odpoczywa się, i podróżuje i "rozrywkuje" się inaczej. Mniej "totalnie". Ale nie gorzej, tylko inaczej. Na tym polega życie rodzinne, do którego nikt nikogo nie zmusza. I wydaje mi się, że tak wiele narzekań na monotonię, zmęczenie i trudności nie wynika wcale z zachwiania proporcji (choć niekiedy pewnie tak, ale na pewno tylko niekiedy, w jakichś skrajnych przypadkach), lecz powodowanych jest niemającym uzasadnienia oczekiwaniem, że życie (z dziećmi czy bez nich) będzie idealne, to znaczy oczywiście przystające do wyobrażeń rodem z kolorowej prasy, tudzież komedii romantycznych. A życie takie nie jest (stwierdziłam - ach, jakże odkrywczo ;). Ani w wypadku bezdzietnych singli, ani dzietnych rodzin. I tyle. Warto brać rzeczywistość taką, jaka ona jest, i zamiast irytować się, że nie nadąża za wykreowanym w głowie obrazem, cieszyć się z tego, co oferuje na danym etapie. Wtedy dzieci nie będą przeszkodą uniemożliwiającą samorealizację, bo właśnie w byciu rodzicami (i ludźmi oprócz tego) będziemy się realizować.

Nawiasem - każdy sposób życia ma swoje ograniczenia i uciążliwości. Kolejny raz odkrywczo napisałam. No.

21 komentarzy:

  1. Wiem, że uradziłam dziecko lata świetlne temu w świecie, który nie istnieje, to znaczy 28 lat temu :)
    Tak sobie myślę, że na wszystko w życiu jest czas i miejsce. Male dziecko mamy 3-6-9 lat, a żyjemy średnio 70-tą parę. To naprawdę krótki okres w naszym życiu, a na dodatek taki, który zlatuje jak z bicza trzasł, nie wiadomo, kiedy. I ja to już wiem, że warto czas kiedy mamy male dzieci poświęć naszym małym dzieciom - ich potrzebom - to jest świetna inwestycja na przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święte słowa, Beatko :) Sto procent racji :)))

      Usuń
  2. Już wypowiadałam się na jednym z blogów w tym temacie, przed obejrzeniem kampanii. Znam wiele kobiet, które zwlekają, bo jeszcze nie teraz, jeszcze chcielibyśmy to a tamto, jeszcze czas. Znam jedną (słownie: jedną kobietę, moją najlepszą przyjaciółkę zresztą) która bardzo długo nie miała dzieci, bo nie mogła. teraz na szczęście jest już dwójka łobuziaków :-) Czy dziecko przeszkadza?? nie wiem. Ja urodziłam dziecko na 3 roku studiów, studia skończyłam, nawet zrobiłam drugie i sobie normalnie żyjemy, podróżujemy, kupujemy to i tamto :-) nie moge tez powiedzieć, że zmieniło coś w naszym małżeńnstwie, bo po prostu było od samego początku :-) to tez jakiś sposób ha ha ha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie to jest kwestia podejścia :)

      Usuń
  3. Wiola, ogólnie się z Tobą zgadzam co do założeń. W szczegółach mam mieszane uczucia ;-) Świeżutkie, bo jestem na wczasach, urlopie, wyjeździe, zwał jak zwał. W Beskidach. Widoki cudne, dla mnie z okna. Wikt i opierunek: by myself;-) ręcznie w misce konkretnie, słabo schnie, śmierdzi, bo pochmurno i wilgotno. Mąż dzisiaj na Babią Górę się wybrał, wczoraj też był na szlaku. Czyli robi to, co w czasach przed dziećmi :-) Z nimi to możemy sobie po wiosce pospacerować albo pojechać na lody i do parku w Żywcu... Trochę na własne życzenie moje wakacje tak wyglądają, ale prawda jest taka, że RAZ jeden w zeszłym tygodniu wlazłam cudem jakimś albo siłą woli, bo nie dzięki poporodowej kondycji do jakiegoś najbliższego schroniska, z 10kg obciążeniem, ale Ł miał gorzej, bo waży mniej, a niósł i Anię i wszystkie bambetle, wodę prowiant, polary. Dałam mu więc zielone światło na dwa samotne wypady, po to tu przyjechaliśmy, nie będę go zakotwiczać na kwaterze, żeby było "sprawiedliwie" We dwójkę mogliśmy śmigać po górach, dla mnie te czasy się skończyły, nie mam siły ani ochoty:-( w ogóle na wyjazdy, bo dla mnie to podwójne zmęczenie, więcej trudu niż przyjemności. Sama podróż 6h to błaznowanie i zabawianie, żeby wytrzymały i się nie darły. Można wybrać się bliżej, w Karkonosze, ale jest dużo drożej, niestety...TROCHĘ więc dzieci ograniczają, od nich odpoczynku nie ma, przynajmniej jak długo są malutkie lub przy piersi jeszcze, wymagające karmienia, wysadzania, przewijania, usypiania, zabawiania i noszenia ;-) Wiem, że sama tego chciałam, nie wiedząc wprawdzie jak to jest w praktyce, ale w miarę świadomie na bazie teorii ;-) Więc przyjmuję, że jest jak jest i bywam bardzo szczęśliwa. A czasem bardzo sfrustrowana, ale nie chciałabym cofnąć się w czasie. Teraz etap jest taki, minie szybciej niż myślę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to prawda, nie można robić wszystkiego, a za niektórymi rzeczami się tęskni. Przerabiałam trzy razy, więc niestety wiem. Na pocieszenie Ci powiem, że starsze to już tylko marudzą: I znowu gdzieś jedziemy... A po co? A niech on/ona się odsunie. A czemu tak szybko? A czemu tak wolno? A za daleko... Za gorąco, za zimno, za pochmurno, za słonecznie, za... Słowem: zmienia się wszystko. Dlatego tak sobie tłumaczę, że na takie zmiany się decydowałam. I mam coś w zamian. Jak to w życiu. Ale uwierz mi, będzie lepiej. A gdy przestaniesz karmić w ciągu dnia, porzucicie potomstwo na całe dziesięć godzin i pomkniecie, gdzie oczy poniosą! Już niedługo :)

      Usuń
  4. Nie wiem czy śmiem się wypowiedzieć?Bezdzietna jestem z wyboru i z wygody,nigdy nie czułam potrzeby bycia matką.Wiem że okres dzieci rosną ,czas mija i ani się obejrzymy a nasze pociechy nie domagają się siedzenia na kolankach,ale nim to nastąpi...Nie wyobrażam sobie wstawania w nocy bo: karmić,bo przewijać,bo się ducha boi,pić się chce albo nie daj boże chore.Z całym szacunkiem to nie dla mnie.Podziwiam wszystkie matki i mam do nich uznanie za ich ciężką pracę.Jednak uważam że dzieci muszą być! Oraz kochające ich matki a nie tylko leniwe jak ja babska które jak słyszą płacz w markecie z uśmiechem pod nosem mówią sobie a trza było ci tego nie lepiej mieć spokój.No ale jak by były tylko takie wygodne Wioliny świat by na Adamie i Ewie się skończył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanuję Twój wybór, świadomy i przemyślany. I szanuję to, że szanujesz ;) wybory innych, a nawet je doceniasz. Słowem - jesteś wielka. I jeszcze jesteś przykładem na to, że nie trzeba być wojującą antymatką, że można inaczej, normalnie. W ogóle z każdym Twoim wpisem na blogu i każdym kolejnym komentarzem mój podziw dla Ciebie wzrasta. No. Poszłam w patos. Ale trudno. Co zrobić, kiedy tak właśnie myślę. Niech no ja Cię kiedyś dorwę w realu, Kobieto :)))

      Usuń
    2. Wow! dziękuję Kochana Moja imienniczko.Nawet nie wiesz jak ja bym Cię chciała dorwać w realu ( a nie tylko przeszkadzać na fb). Ponieważ uważam Cię za niezwykle inteligentną i interesującą osobę.Normalnie poczerwieniałam -podziw dla mnie?Przecież ja taka zwyczajna Wiolina jestem.:))))

      Usuń
    3. Ja również jestem zbyt leniwa na dziecko. A teraz mam w dodatku możliwość poobserwować, co z życiem mojego brata zrobiła jego córeczka, dziecko urocze, ale rozpieszczone i nie dające rodzicom chwili wytchnienia. Brrr.

      Obawiam się, że za 10-20 lat my, bezdzietni, będziemy obarczani winą za upadek systemu emerytalnego. :/

      Usuń
    4. Grunt to wiedzieć, czego się chce, a czego nie. Jeśli tylko jest się tego pewnym. Świadoma decyzja - taka albo inna - nie powinna nikogo obchodzić, a już na pewno nie należy dać się podpuścić i zacząć z niej tłumaczyć :))) Co do obarczania winą ;) Ludzie od początku świata szukają winy w innych ludziach, więc luz ;) A dzieciatych obwini się za przeludnienie i katastrofę klimatyczną ;) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  5. "Chodzi raczej o to, żeby z tego, co lubiliśmy robić przed urodzeniem dzieci, wybrać rzeczy, które da się robić i po ich urodzeniu - z nimi właśnie."

    Wierzę, że nie trzeba się w tej kwestii ograniczać, i że da się połączyć większość z nich -nie mówię tu o wizycie w pubie ;)

    "Bo sama przy własnych małych dzieciach wpadłam w pułapkę pod tytułem "Nic nie mogę przez nie zrobić". Aż tu nagle dziadkowie wnuki na cały dzień zabrali, a kiedy wieczorem je odbieraliśmy, to się okazało, że: byli w sklepie, ugotowali dwudaniowy obiad, poszli na targowisko, na plac zabaw, na działkę po truskawki, czytali książeczki, zrobili kompot... Pytam: Jak i kiedy??? Odpowiadają: No jak kiedy??? A dzieciaki podskakują szczęśliwe: Mamo, a obieraliśmy truskawki! Tato, a dziadek znalazł taką książkę! Mamo, a... No właśnie. Trzeba się było klepnąć w główkę i nawrócić na nieperfekcyjne wykonywanie z dziećmi"

    Gdyby wszyscy byli perfekcjonistami, to nie mieli byśmy na świecie wynalazków. Pamiętam jak jako dziecko dużo bardziej ciekawiły mnie rzeczy którymi zajmowali się dorośli, niż jakieś podwórkowe zabawy. Dalej tak mam, nie chcę z tego rezygnować, i pragnę zarazić tym swoje dzieci. Dlaczego? Bo "zabawki" dorosłych to tak naprawdę doskonalsze wersje zabawek dziecięcych. A dlaczego niby moje dziecko ma nie dostawać tego co najlepsze ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. dzięki blogom mogłam zwrócić uwagę na kilka szczegółów, które nie przyszły mnie samej do głowy. Jak choćby ten: gdzie tata w tej reklamie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam, gdzie go autorki umieściły. To proste. A podobno mamy patriarchat ;)

      Usuń
  7. Bardzo mądry post chylę czoła:) . Ja też narzekam no,ale to z tego co wiem narodowa cecha:) . U nas np kilka dni temu drylowałam czereśnie na kompot Jasio siedział obok paluszkami wyciągał pestki i zadowolony dawał mi już bez niej:),albo pomagał w myciu słoików na dżemy a było przy tym tyle zabawy:) . Teraz od kiedy chodzi do przedszkola nie odstępuje mnie w domu na krok nawet nie chce się bawić tylko siada na kanapie mi każe robić to samo i czytamy,czytam,czytamy,jeszcze oplata się moimi rękami by go tulić . Powinnam narzekać bo mnie ogranicza bo nie mogę w tym czasie robić czegoś innego,ale mnie cieszy ta bliskość:) . Całuje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka, Ty to jesteś wzorem mamy i powinnaś chodzić w aureoli. I nie mnie się z Tobą porównywać. Jasio to szczęściarz :))) Ściskam Was!

      Usuń
  8. Nie wiem dlaczego tak bardzo boimy się powiedzieć, że TAK dzieci ograniczają. Boimy się, że przez to wypadniemy jak wyrodne matki ? Każdy decydując się na dziecko ma mniej więcej świadomość jak to będzie. Kiedy urodziłam drugą córkę prawie całe lato spędziłam w domu bo dziecię moje ukochane darło się na dworzu jak opętane. Nie życzyła sobie być poza pomieszczeniem ani w wózku ani nawet na rękach. I oczywiście, że mnie to ograniczało. Są dzieci, które można przewieźć 1000 km bez piśnięcia i zazdroszczę ale wiedziałam na co się piszę. Na szczęście im dzieci starsze tym ograniczenia dla rodziców mniejsze. Mając dzieci w wieku 5 i 8 lat bardzo to już odczuwam i cieszę się, że możemy robić razem coraz więcej rzeczy, które i dla mnie są ekscytujące :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, chyba Konrad, o ile dobrze pamiętam, napisał coś takiego mniej więcej, że kiedyś wydzielał w dniu czas na pracę, czas dla dzieci i czas dla siebie. I że dopiero w czasie dla siebie odpoczywał, relaksował się. To prawda, potrzebujemy też chwili samotności i oddechu od wszystkiego innego, ale jednocześnie warto trochę przestawić myślenie i przyjąć (to właśnie zrobił Konrad), że czas z dziećmi to też nasz czas. Nie poświęcenie podobne do pracy (jeśli się jej na przykład nie lubi), tylko ta fajna część życia. O tym właśnie pisałam w poście, gdy wspominałam o moich rodzicach. Inna sprawa, że kiedyś ludzie jakby mniej stresowali się pracą (albo tak mi się tylko wydaje) i życie traktowali bardziej całościowo - mam wrażenie, że ono całe do nich należało, że nie oddzielali z niego części, którą chcieli tylko przeczekać, by doczekać do tej lepszej pory dnia. Nie ma miejsca w komentarzu, by rozwijać ten temat, mam nadzieję, że choć troszkę rozumiesz, o co mi chodzi, a resztę na pewno sobie dopowiesz :) Ale masz rację, małe dziecko ogranicza, i to drastycznie, pole działania. Moje, odwrotnie niż Twoje, przez okrągły rok nie schodziło mi z rąk. I nie było zmiłuj, że matka usiadła na kanapie i bawiła. Musiałam stale chodzić. Zero robienia herbaty czy kanapek na śniadanie, zero gotowania, zero zakupów podstawowych, zero sprzątania, zero czegokolwiek, co wymagałoby odłożenia dziecka. A minuta w toalecie okraszona wrzaskiem. Nie było rozpieszczone, po prostu takie było. A potem mu przeszło:) Drugie było całkiem inne, a trzecie jeszcze inniejsze ;) Po tym, jaką szkołę zafundowało nam pierwsze, dwoje kolejnych wydawało się nam aniołami :) Ale ja przyznam, że nie wiedziałam, na co się piszę. I nikt mnie nie rozumiał, bo nikt nie miał tak jak ja. Ale o tym, jakie mogą być niemowlęta, dowiedziałam się przy drugim ;)
      Ściskam ciepło!

      Usuń
  9. Jedni chcą być radzicami, inni nie. Jedni mogą mieć dzieci, inni nie. To taka skomplikowana natura... problem w Polsce jest taki, że jednak nie jest państwem przyjaznym rodzinie. Tu gdzie mieszkam, rodzina 2+3 to minimum, większość decyduje się na 4 dzieci i więcej, ale państwo pomaga kobietom, bo głównie chodzi o to, że to jednak wyrzeczenie :* Może odbiegłam od tematu lekko, ale co tam, kiss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkasz w raju, Małgośku :) Odbiegaj sobie, ile chcesz, od tematu :))) Co tam! Buziaczki!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.