środa, 10 czerwca 2015

Minimalizm? Minimalistycznie? Minimalista?

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Kto to jest minimalista? Skąd nagle ich tak wielu? Czemu często wykłócają się o duperele? I we wzajemnym obrażaniu wcale nie jawią się minimalistami, bo idą na maksa? Jak to jest? O co chodzi? Gdzie ludzie, którzy są minimalistami naprawdę? I kim oni w ogóle są? Czy w ogóle są? A może to po prostu modna nazwa podchwycona przez tych, co aspirują do tego, by raz wreszcie zastosować w życiu umiar, rozsądek, racjonalne wykorzystanie rzeczy i sensowne urządzenie mieszkania? No, ale to są normalne cechy normalnego człowieka. Że rzadkie? I co z tego?


Z nadmiaru bodźców zewnętrznych rodzi się potrzeba ciszy w przestrzeni. I w życiu. Truizm. W pełnej świadomości, jak głupio to brzmi, powiem jednak: od zawsze miałam w sobie dążenie do maksymalnego upraszczania w życiu tego, nad czym nie warto się wg mnie zbyt długo pochylać, przy jednoczesnym niepozbawianiu się niczego, na czym naprawdę mi zależy. Czystość i ład - tak. Ciągłe i pełne utrudnień sprzątanie - nie. Dobre gatunkowo i w niewielkiej ilości ciuchy - tak. Konieczność ręcznego prania i w kółko prasowania - nie. I tak dalej. Ponieważ źle czuję się w otoczeniu nadmiaru rzeczy i spraw. Dlatego od zawsze ograniczam i upraszczam. Tyle, ile się tylko da. A że życia za bardzo uprościć się nie da, przynajmniej bez szkodzenia innym, boleję.

O tym, że jest to - przepraszam, że tak się pojmuje - minimalizm, dowiedziałam się prawie dwa lata temu. Z kawałkiem. Bo kiedyś nikt przecież nie mówił ani o minimalizmie, ani o prostocie, ani o czerpaniu z tego energii. Było wręcz przeciwnie. Myślę więc, że to chyba raczej kwestia charakteru, osobowości,  niekoniecznie poczynionych założeń. A charakter ludzki jest, jaki jest, niezależnie od akurat panującej mody. Jeśli zaś ktoś ma skłonności do zbieractwa i jest życiowym "bałaganiarzem", wskutek czego rzadko ogarnia własne sprawy, a także mieszkanie i ciuchy - choćby nawet modlił się do minimalistycznych guru (albo powiesił na lodówce dekalog z cytatów Loreau ;), minimalistą nie jest i nie będzie. I dobrze. Bo co to za przyjemność, dążyć w życiu do osiągnięcia stanu, w którym i tak nie będzie się dobrze czuł? Ale istnieją tacy masochiści. Istnieją.

Natomiast całkiem sporo chodzi po świecie takich, co o modnym minimalizmie słyszą tylko w telewizji albo czytają gdzieniegdzie w internecie, a za to żyją (od zawsze, bo inaczej nie przyjdzie im do głowy) w naprawdę minimalistyczny sposób. Tylko o tym nie wiedzą. Uważają, że postępują normalnie. Racjonalnie. Rozsądnie. Etycznie. Ale tak o sobie nie myślą. Piszą blogi na inne tematy. O dzieciach. O rodzinie. O książkach. O gotowaniu. Ubieraniu. Odpoczywaniu. Spokojnie, bez egzaltacji, bez tyleż szumnych, co pustych pojęć. Żyją, jak chcą. Bez nadawania temu etykiety i bez ekscytowania się. Przyjemnie u nich bywać. Ładuje się baterie i jakoś tak głupio się robi na myśl o własnej egzaltacji.

Zwykle i naturalnie człowiek zawsze dąży do tego, w czym najlepiej się czuje. Dopóki (dotyczy to niektórych ;) nie trafi na modną ideę, pod którą zechce się podpiąć. Gdy mu źle, gdy dokucza mu dyskomfort, szuka przyczyn. Ma szczęście, jeśli uda mu się je odkryć. W sobie albo w książkach. Czy też na blogu, dajmy na to, minimalistycznym :) Niektórym (zależy od osobowości) łatwiej podążyć za tym, co odnajdą w sobie - to ci wewnętrznie silni, ufający własnej intuicji i mający odwagę ją wykorzystać. Innym odwagi dodają ludzie, którzy wpierw sami się odważyli sobie zaufać - napisali książki, artykuły, udzielili wywiadów, prowadzą blogi. Najgorzej, gdy podążamy za ideą, która tak naprawdę nie jest nam do niczego potrzebna, której wdrożenie będzie nas uwierać, z którą nie poczujemy się dobrze we własnym życiu.

Czy nie jest tak, że minimalizm, prostota, umiar, slow life albo jak go tam jeszcze zwał, to po prostu stosunek do życia? Nie mordercze odmawianie sobie (i wbrew sobie) każdej przyjemności z posiadania - choć i tak nie mamy już prawie niczego. Może błądzę, może osuwam się w herezję, trudno, ale według mnie "lepszym" (albo i lepsiejszym  ;), no dobrze - prawdziwszym - minimalistą jest ten, który ma nawet więcej przedmiotów, więcej spraw i pozornie bardziej skomplikowane życie, ale za to spokojne podejście do wszystkiego, co to życie stanowi. Jeśli nie czuje, że cokolwiek go przytłacza (ale tak naprawdę nie czuje, nie chodzi o to, że mu źle, tylko sobie tego nie uświadamia), no więc jeśli nie czuje, że cokolwiek go przytłacza, jeśli nic mu w życiu nie przeszkadza, nic nie zabiera mu czasu, który chciałby przeznaczyć na coś (albo dla kogoś) innego, to znaczy, że osiągnął optimum. Taki człowiek nie będzie czuł potrzeby pozbywania się (często w mękach i wbrew sobie - o czym można przeczytać w naprawdę wielu "minimalistycznych" miejscach) rzeczy i ludzi (sic!!! - tak, tak, także ludzi, choć nie w takim sensie jak rzeczy - rzecz;) jasna). Ale też nie będzie miał potrzeby ciągłego poszerzania stanu posiadania. Pozostanie obojętny na reklamy (raczej i z reguły ;), a na zakupy uda się wtedy, gdy coś się nieodwracalnie zepsuje, podrze, zużyje. Co nie znaczy, że raz na jakiś czas nie ulegnie zachciance i nie popełni zakupowego szaleństwa. Szaleństwa w bardzo wyraźnym cudzysłowie, Drodzy Państwo ;), zachcianki raczej, niedrogiego i niedużego "czegoś", co nie jest konieczne w sensie praktycznym, ale już w roli "życioumilacza" jak najbardziej. Proszę tylko nie mylić powyższego z kompulsywnym kupowaniem w celu kompensacji deficytów zupełnie innego rodzaju, bo to podpada pod specjalistyczną terapię i w żadnym razie nie świadczy o umiejętności zrównoważonego życia. Tak samo jak nie świadczy o niej chorobliwe i histeryczne liczenie rzeczy i wymyślanie, czego by się tu jeszcze pozbyć, bo po co to mieć, skoro mogę pożyczać, bo inni (ci gorsi, bo nie minimaliści) to mają. Tak, tak, i tego typu myślenie można napotkać tu i ówdzie. I ono - tak samo jak kompulsywne gromadzenie (kompensacja niezaspokojonej potrzeby bezpieczeństwa?) - budzi mój lęk.

25 komentarzy:

  1. Napisałam komentarz, ale pod koniec go pożarło. Napisałam nieminimalistyczny komentarz na kilkanaście zdań , o tym jak to miałam dawniej (maksymalizm) i jak to pewnego pięknego dnia (no tygodnia) po prostu pozbyłam się większości swoich rzeczy. Napisałam ale pod koniec go pożarło :((( Było tego ze 20 worków 120/160 litrów. A po dwóch latach dowiedziałam się, że to minimalizm:) Tak naprawdę, to żadne takie ... to po prostu zmęczenie materiału po 50-tce i konieczność uproszczenia życia, jeśli brak już sił na zmianę zasłonek i lambrekinków zgodnie z porami roku :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też pożera, więc - o ile pamiętam - kopiuję przed dodaniem. Ale tak patrzę na te 20 worków ogromniastych i się zastanawiam, gdzie Ty to wszystko trzymałaś wcześniej na małym metrażu? O którym sama pisałaś:) No i nie wiem. Na pewno zrobiło się luźniej. Też chętnie wyrzuciłabym różności, ale doświadczenie mnie nauczyło, że zasada wyrzucania nieużywanego przez rok to głupia zasada. Bo niekiedy po kilku latach okazuje się, że coś jest niezbędne (nam albo komuś z rodziny), a tego nie ma. A to jest już niedostępne albo drogie. Dobra zasada dla tych, co mogą bez przeszkód odnowić zasoby. Pozostali muszą nauczyć się organizować przejrzyście miejsca do przechowywania. Zmiana zasłonek i lambrekinów (!!!) zgodnie z porami roku!!! Szacunek :)))))

      Usuń
  2. Bardzo mądry tekst, dał mi do myślenia. Może czasami skupiamy się za bardzo na kategoryzowaniu; "jestem minimalistką", "nie jestem jeszcze minimalistą w 100% ale dążę do tego... ". Myślę że nie w tym rzecz żeby nadawać definicje. Tak jak napisałaś, niektórzy są minimalistami od zawsze i nawet o tym nie wiedzą, inni niepotrzebnie dążą do "modnego minimalizmu" zamiast pomyśleć czy to na pewno dla nich dobre. Podoba mi się idea minimalizmu, lubię prostotę ale czy z tego względu mam prawo nazywać siebie minimalistką? Nie sądzę :-) ale to przecież nie jest takie ważne jak coś się nazywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Masz rację, od nazwania się tak albo inaczej nikt się jeszcze nie stał minimalistą ani niczym innym ;)
      Uważam, że mimo wszystko to rzeczywistość kształtuje język, a nie odwrotnie :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Mnie też pożarło komentarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No szkoda. Przepraszam, że akurat u mnie. Wpisz się raz jeszcze :)))

      Usuń
  4. Mnimalizm tak, małostkowość, nie :) pracuję nad sobą :)

    kiss

    OdpowiedzUsuń
  5. przymierzam się, zeby odgruzować chatę, oj przymierzam. Nie mam pojęcia skąd nazbierało nam się tyle rzeczy... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he ;) Chyba nikt nie ma pojęcia skąd, ale też kiedy :)

      Usuń
  6. Jak zwykle twój teks jest świetny!Jesteś moim guru klawiatury.U mnie minimalizm jest bardzo rozsądny mam to czego potrzebuję,nie ulegam chwilowym pokusom ani modzie.do głowy by mi nie przyszło żeby się pozbywać czegoś na siłę.Jednak oznaki kompulsywnego kupowania z dawnych czasów patrzą czasami z wyrzutem na mnie z szuflad no ale to było dawno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Howgh, Zacna Imienniczko :)))
      Guru. Ha! Nie kpij, proszę :)
      Minimalizmu uczę się od Ciebie. Serio.

      Usuń
    2. Jak bym śmiała kpić! A minimalizmu to ja również się uczę od Ciebie:)

      Usuń
  7. Nie uważam się za minimalistkę. Ale dopiero niedawno zrozumiałam, jak nazwać to że proste i czyste (czyt. bez bibelotow, figurek, pierdółek) blaty moich półek dają mi spokojność. A uświadomiła mi to koleżanka, która z wyrzutem po 5 latach wyznała mi, że co roku daje mi piękny prezent w postaci jakiegoś uroczego drobiazu do postawienia na półce. A u mnie nic nadal nie stoi! Pokazałam jej jak bardzo ją doceniam, że jej prezenty maja oddzielny kartonik :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre, bardzo dobre :) Pudełko. Ale jak niczego od nikogo nie trzymasz na półkach, to przecież nikt nie powinien się obrazić. Co innego, gdyby stały tam prezenty od innych :) Ciekawa jestem, jak koleżanka zareagowała na kartonik :)

      Usuń
  8. Bardzo bardzo trafne! Porządkuje mi wiele kwestii, przeczytam jeszcze raz, smakując zdanie po zdaniu :-)

    A propos pożerania komentarzy, to od pewnego czasu google pożera je bardzo nieminimalistycznie, aż zaczęłam kopiować przed dodaniem, bo pierwszy zwykle wcina, na wszelkich blogach... grr :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wirus krąży nad guglownią chyba jakiś ;)
      Marto, smacznego czytania! Takiego samego, jakiego można zaznać u Ciebie, o czym pewnie wiesz, bo już nie raz Ci pisałam. Cieszę się, że Ci się podoba! I jak te dzieci rosną! Trochę mnie to przeraża, bo wciąż mi się wydaje, że ja dopiero co znalazłam się w tej blogowni i prawie od razu Ciebie w niej spotkałam :) Na szczęście :)))

      Usuń
  9. Ja w dzieciństwie cierpiałam na niedostatek wszystkiego ( rzeczy materialne) jeszcze do czasu gdy mama była zdrowa to było wszystkiego pod dostatkiem,ale się skończyło . Teraz jestem taki chomik słodyczy mam taki zapas,że mogę jeść je bez dokupowania dobre pół roku i z innymi produktami też tak jest . Ciuchów u mnie góra,ale i tak w tym roku kupiłam naprawdę niewiele . Minimalizm jest mi obcy:( . Jak mam coś na zapas to się czuję bezpiecznie . Dobrze ,że nie należę do bałaganiarzy bo to już było by kiepsko:) . A u mnie jest tak,że jak mam w domu czysto i porządek to się czuję bezpiecznie a np wysypane zabawki wieczorem i świadomosć,że tak mogą leżeć przez noc wywołuje we mnie lęk hmm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci na ucho, że ze mną jest podobnie, jeśli idzie o te zabawki. I inne takie. Może nie lęk, ale spory dyskomfort. Na przykład kawy nie mogę się napić, jak mam rozgardiasz. Ani poczytać. Ani nic. Masakra jakaś. Ale trochę to opanowałam. Trochę. Jak sobie powiem, że tak i tak robię po kolei, to mi się trochę (!) wydaje, że jest porządek. Hm, w swoim rodzaju ;) Taki bardziej w głowie. Czasem nie ma wyjścia, bo przecież człowiek by zwariował, gdyby życie opierał na układaniu rzeczy. Wyłącznie. Co nie znaczy, że nie trzeba ich układać. Ale jednak zdrowo. Zazdroszczę Ci Twojego porządku i mobilizacji w jego utrzymywaniu. Nienawidzę sprzątać, ot co ;) Uściski!

      Usuń
    2. Kawę piję tak jak ty w filiżance :) to w końcu jest jedyna chwila relaksu dla mnie to niech będzie w miłej prawie:) . Ślę uściski a co do zdrowia to nie zawracam sobie aż tak nim głowy byle do 30.11 będzie zabieg i problem z głowy:)

      Usuń
  10. Modne słowa rodzą problemy z klasyfikacjami.

    Mienię się kundlem burym, lubię poczuwać epikurejką. Gdzieś może w tym i kawałek minimalizmu się plącze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bycie zdrowym na umyśle, o czym świadczy połączenie, które przedstawiłaś, to jedyna etykieta, której warto się trzymać. Ale i to bez przesady ;), co nie?

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.