czwartek, 30 lipca 2015

I tak to jest

...z cyklu "Uroda życia

 

Jak się jest, ekhm, starym, to się ma dzieci, które potrafią na urodzinowy spacer wysłać matkę z ojcem, zająć się najmłodszakiem i jeszcze zmajstrować coś takiego :) Serdeczne dzięki Starszakom! W każdym razie ja nie umiem takich cudów w kuchni robić. A to jest jeszcze bezglutenowe - zaznaczam, bo o wiele trudniejsze!

A tak poza tym i z całkiem innej beczki... od dwóch dni na przemian śmieję się i płaczę ze szczęścia. Ciężki przypadek, wiem. Boję się myślami wybiegać gdzieś dalej, bo może tam będzie wielkie nic. Ale to nic. No nic. Trudno. Nic się nie bój, mówią, będzie dobrze. Więc płaczę z szerokim uśmiechem na twarzy. Bo może jednak coś. I może mnie to nie przytłoczy. W końcu przecież od dwóch lat z kawałkiem praktykuję tu niedostrzeganie ciemnych stron. Ktoś powiedział: sprawdzam.

O, i tak to się zawsze u nas kończy :) Finał i nowy początek. Następna stacja: 43
 

niedziela, 26 lipca 2015

Granatowe i szmaciane. Małe, a cieszy

...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Obiecałam pokazywać, co nowego piszczy w szafie od zakończenia roku niekupowania ubrań i w ogóle niczego do noszenia na sobie albo ze sobą. Ci, którzy cykl ten czytali, wiedzą z podsumowania, że parę rzeczy jednak wtedy kupiłam, ale nie z powodu zachcianki, tylko z powodu cenowej okazji, która się akurat nadarzyła, a rzecz kupiona miała zastąpić starą, co już ledwie zipała. A zatem racjonalnie było. Powiedziałabym nawet, że w tamtym momencie rezygnacja z zakupu dla samej idei wytrwania w postanowieniu byłaby głupotą i zemściłaby się okrutnie, gdyż gołym okiem było widać, że tuż po upłynięciu roku ta rzecz zużyłaby się na tyle, że i tak wylądowałaby w koszu, a ja musiałabym od razu kupić nową, tylko już w cenie regularnej, a więc co najmniej dwa razy wyższej. Tak to wyglądało.

 


A teraz, po koszu słomkowym, kolejna rzecz - szmaciane letnie baleriny. Nie sztuczne, w których stopa odparzy się po godzinie, lecz przewiewne i na dość grubej, choć jednocześnie sprężystej podeszwie, więc nie czuję każdego drobnego kamyczka na drodze. I tak, szukałam takich od dwóch lat, jeszcze wtedy, gdy pisałam o niekupowaniu, bo stare, jasnoszare, z reserved, okrutnie przepłacone (50 złotych!) i po miesiącu na czubku palca pęknięte (choć wytrzymały jeszcze cztery lata), porozrywały się w środku i już naprawdę nie dało się w nich chodzić. Gdyby się dało, tobym chodziła, ponieważ nienawidzę nowych butów, które, zanim się do stopy dopasują, potrafią życie uprzykrzyć.

No i są. Kosztowały mnie dwadzieścia złotych, a kupiłam je w Carrefourze. Jakieś dwa miesiące temu.

I wiecie co? Nie muszę się przejmować tym, że rozpadną się w środku lata. Z dwóch powodów. Pierwszy - mało chodzę po świecie, bo pracuję w domu, w kapciach :), a poza tym i tak wszystko się pyli, więc byłabym wiecznie chora, gdybym się rozpustnie poza domem włóczyła. Normalnie nadaję się na żonę szejka, dajcie mi tylko tę złotą klatkę. A drugi - ja po prostu nigdy nie niszczyłam butów. Drogie czy tanie, markowe czy wygrzebane w hipermarketowym koszu albo w chińskim sklepie - u mnie przetrwają wieki, choć czasem naprawdę chciałabym, by żyły krócej. Jak u porządnej ;) kobiety, co to potrzebuje butów nowych w każdym sezonie, gdyż stare jej się rozpadły. U mnie rozpadały się po sezonach pięciu - najwcześniej - i to używane intensywnie, gdy chodziłam w nich do pracy. Droższe żyją i po dziesięć lat. Aż boję się pomyśleć, że te, które mam teraz, będą ze mną już do końca, że nie zużyją się nigdy. Przy tym trybie życia to prawdopodobne. Oj.

Ktoś mi tu kiedyś w komentarzu napisał, że o, że ile to można napisać o jednym głupim T-shircie białym. No. Niniejszym informuję, że o granatowych balerinach za dwie dychy też się da. Jak widać. Tak :)

piątek, 24 lipca 2015

Pomarudzę

...z cyklu "Uroda życia"


Zdjęcie z serii "wspomnienia do powtórzenia". Kiedy?


Czasami mam ochotę zniknąć. Wiem. Kiedyś się doigram. Zniknę. To na pewno. Teraz śnię chłodne morze, wolny tydzień, trzy dni, dzień. I niech pada. Włożyłabym kurtkę, kalosze. I szła. Najchętniej z zamkniętymi oczami. Zniknięta taka. Zmoknięta. Jestem beznadziejnie zmęczona. I pusta.

No. Tośmy sobie pomarudzili, a teraz do roboty.

piątek, 17 lipca 2015

Motyle w brzuchu. 16

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda życia" 

 


Niektórzy to są jacyś dziwni. Niektórzy postępują nie po kolei. Choć od zawsze uważają inaczej, koniec końców robią całkiem odwrotnie. Jak jakieś stare ciotki.


"Najważniejsze, aby był dobry, robotny i nie pił. Aby był uczciwy. Reszta przyjdzie później". Czyżby? A motyle w brzuchu? A zakochanie? Namiętność? I co ze słynnym porozumieniem dusz?

Reszta przyjdzie później. Jak? Może tak, że gdy bez tych motyli wypatruje się kogoś, kto jest "dobry, robotny i nie pije", i jeszcze jest uczciwy, to jest to sensowne, bo on potrafi wzbudzić tę namiętność? W dodatku na zawsze. Tak, że ona nie opadnie i się nie wypali. A nawet przeciwnie - z każdym rokiem będzie coraz większa. Coraz bardziej zdziwiona, że jeszcze ma się czym żywić. I coraz bardziej zachwycona, że ma. Dlatego wciąż większa.

Bo jeśli dobry i uczciwy, to nie zawodzi i nie przestaje się troszczyć. Jeśli robotny - nie miga się od obowiązków i nie mówi, że "pomaga", bo uważa je za swoje. Gdy uczciwy - dotrzymuje tej przysięgi, co ją złożył "na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie". Nie mówiąc o rozglądaniu się na boki. Czy nie takich cech wyglądamy u facetów, czekając na motyle w brzuchu? Czy nie w takim człowieku chcemy się zakochać? Chyba właśnie w takim. A czy to czasem nie jest owo słynne porozumienie dusz? Jeśli on jest taki, jaki chcemy, żeby był, ponieważ uważa, że taki powinien być, a zresztą chyba nawet nic nie uważa, bo nie musi, gdyż taki jest, i już? Z takim człowiekiem nawet niepokonalne różnice chce się w sobie akceptować. Z takim facetem to, że problemy się rozwiązuje, a nie z ich powodu rozstaje - wydaje się oczywiste i nawet nie trzeba o tym mówić. Z takim mężem można po prostu wszystko. Przez wiele, wiele lat.

Niektórzy to są jacyś dziwni. Niektórzy postępują nie po kolei. Niektórych całe życie kręci facet "dobry, robotny i uczciwy". I tylko trochę pijący. Wino do kolacji przy świecach. Piwo do meczu;)

Niektórzy uważają, że to może być sposób na wieczne motyle w brzuchu.

niedziela, 12 lipca 2015

Kto rządzi w domu?

...z cyklu "Rozmówki rodzinne"

 


Niedziela. Późne rano. Zawody pod tytułem kto nie przewinie najmłodszaka. Ona i On udają, że wręcz przeciwnie, że się do tego palą. Nie palą się jednak, bo przewijanie dwulatka to grubsza sprawa. Wygrywa, jak zwykle, Ich Dziecię.


Ich Dziecię
Ciągnie za rękę Jego.
Ty, tato!

Ona
Solidarnie staje obok przewijaka.
Dobra, daj.

Ich Dziecię wije się i rzuca, macha wszystkim, co ma.

On
Dasz radę?

Ich Dziecię
Nie daś jady, mamo! Nie daś jady!

niedziela, 5 lipca 2015

Ozalidy

...z cyklu "Dyrdymałki"

 



Może nie taka głupia...
Może nie taka egzaltowana. Jak ja...
Może dotyczy kilku istotnych spraw...
Może wcale na taką nie wygląda...
Może powściągliwa w słowach...
Może paru pomoże...
Może nie...
Może.
Może ktoś ją wyda...
Chociaż ma okropnie kiczowaty tytuł.
Który lubię i którego nie zmienię.
I dorobione na życzenie zakończenie.
Kochanie, wstawiamy w tym roku małosolne?
Lody z truskawkami o poranku.
A, nie. To było tydzień temu.
Waniliowe.
Śniło mi się, że rzucałam filiżanką o podłogę z płytek.
Dziwiłam się, że mogę, i ręka mi zadrżała.

czwartek, 2 lipca 2015

Drugie urodziny bloga. W prezencie "sZAFa"

...z cyklu "Uroda życia"


Dyskretnie i po cichu wczoraj minęły dwa lata, odkąd w tym miejscu ukazał się pierwszy, nieporadny wpis. Od tamtej pory sporo się zmieniło, choć też wiele pozostało jak wcześniej. Coś idzie lepiej, coś gorzej, w sumie jednak żyje mi się o wiele ciekawiej niż dawniej, więc na pewno nie będę narzekać. Dziękuję, że ze mną jesteście i że wciąż Was przybywa :)



http://szafa.kwartalnik.eu/54/spis.html
http://szafa.kwartalnik.eu/54/spis.html


Nie zamierzam narzekać, będę się za to cieszyć i mam nadzieję, że się przyłączycie, gdyż właśnie ukazał się kolejny numer kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa", w którym po raz pierwszy (i mam nadzieję, że nie ostatni ;) na zaproszenie Małgosi Południak, w dziale ESEJE-FELIETONY-RELACJE pojawił się mój tekst. Znaleźć się w towarzystwie artystów publikujących w "sZAFie" to duża przyjemność, więc się chwalę i zapraszam Was do czytania!

środa, 1 lipca 2015

Zwierzaki pocieszaki, czyli "Warto być dobrym"

...z cyklu "Uroda życia"


Wielu z Was zna już pewnie tytuł "Zwierzaki pocieszaki" i wie, że wiąże się on z charytatywną akcją najbardziej znanych blogerek i blogerów, którzy łączą swe siły, by wspólnie zrobić coś dobrego i udowodnić, że zawarte wirtualnie znajomości mogą mieć całkiem realną siłę oddziaływania.


Choć My Slow Nice Life trudno zaliczyć do grona "najbardziej znanych", czy choćby jedynie "znanych" blogów, to na zaproszenie koordynatorek z radością przyłączyłam się do przedsięwzięcia.
Tu można kupić książkę!


"Zwierzaki pocieszaki. Podróże Karolka" to zbiór piętnastu wierszowanych historyjek stworzonych przez blogerów po to, by wspólnymi siłami wesprzeć finansowo Fundację Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. W tej chwili pracuje ona nad budową sztucznego serca dla dzieci, można więc śmiało powiedzieć, że dokonując zakupu książeczki, okazujecie wielkie serce małym sercom. A to zawsze warto robić.

Zawsze warto być dobrym.

Że wszyscy biorący udział w powstaniu i promocji tej publikacji pracowali całkowicie nieodpłatnie, na pewno nie muszę wspominać ;) Koszt wydruku także pokrył sponsor. Ale na wszelki wypadek to zrobię - zależy mi bowiem na tym, byście mieli pewność, że cała kwota, jaką za książeczkę zapłacicie, wpłynie na konto Fundacji i przyczyni się do powstania sztucznego serca dla dzieci, które nie miały tyle szczęścia, by ich własne potrafiło bić samodzielnie.

PS "Człowiek może być dobry" to słowa zapomnianego już dziś pisarza - Gustawa Morcinka. Aktualne.