niedziela, 26 lipca 2015

Granatowe i szmaciane. Małe, a cieszy

...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Obiecałam pokazywać, co nowego piszczy w szafie od zakończenia roku niekupowania ubrań i w ogóle niczego do noszenia na sobie albo ze sobą. Ci, którzy cykl ten czytali, wiedzą z podsumowania, że parę rzeczy jednak wtedy kupiłam, ale nie z powodu zachcianki, tylko z powodu cenowej okazji, która się akurat nadarzyła, a rzecz kupiona miała zastąpić starą, co już ledwie zipała. A zatem racjonalnie było. Powiedziałabym nawet, że w tamtym momencie rezygnacja z zakupu dla samej idei wytrwania w postanowieniu byłaby głupotą i zemściłaby się okrutnie, gdyż gołym okiem było widać, że tuż po upłynięciu roku ta rzecz zużyłaby się na tyle, że i tak wylądowałaby w koszu, a ja musiałabym od razu kupić nową, tylko już w cenie regularnej, a więc co najmniej dwa razy wyższej. Tak to wyglądało.

 


A teraz, po koszu słomkowym, kolejna rzecz - szmaciane letnie baleriny. Nie sztuczne, w których stopa odparzy się po godzinie, lecz przewiewne i na dość grubej, choć jednocześnie sprężystej podeszwie, więc nie czuję każdego drobnego kamyczka na drodze. I tak, szukałam takich od dwóch lat, jeszcze wtedy, gdy pisałam o niekupowaniu, bo stare, jasnoszare, z reserved, okrutnie przepłacone (50 złotych!) i po miesiącu na czubku palca pęknięte (choć wytrzymały jeszcze cztery lata), porozrywały się w środku i już naprawdę nie dało się w nich chodzić. Gdyby się dało, tobym chodziła, ponieważ nienawidzę nowych butów, które, zanim się do stopy dopasują, potrafią życie uprzykrzyć.

No i są. Kosztowały mnie dwadzieścia złotych, a kupiłam je w Carrefourze. Jakieś dwa miesiące temu.

I wiecie co? Nie muszę się przejmować tym, że rozpadną się w środku lata. Z dwóch powodów. Pierwszy - mało chodzę po świecie, bo pracuję w domu, w kapciach :), a poza tym i tak wszystko się pyli, więc byłabym wiecznie chora, gdybym się rozpustnie poza domem włóczyła. Normalnie nadaję się na żonę szejka, dajcie mi tylko tę złotą klatkę. A drugi - ja po prostu nigdy nie niszczyłam butów. Drogie czy tanie, markowe czy wygrzebane w hipermarketowym koszu albo w chińskim sklepie - u mnie przetrwają wieki, choć czasem naprawdę chciałabym, by żyły krócej. Jak u porządnej ;) kobiety, co to potrzebuje butów nowych w każdym sezonie, gdyż stare jej się rozpadły. U mnie rozpadały się po sezonach pięciu - najwcześniej - i to używane intensywnie, gdy chodziłam w nich do pracy. Droższe żyją i po dziesięć lat. Aż boję się pomyśleć, że te, które mam teraz, będą ze mną już do końca, że nie zużyją się nigdy. Przy tym trybie życia to prawdopodobne. Oj.

Ktoś mi tu kiedyś w komentarzu napisał, że o, że ile to można napisać o jednym głupim T-shircie białym. No. Niniejszym informuję, że o granatowych balerinach za dwie dychy też się da. Jak widać. Tak :)

12 komentarzy:

  1. ia chcę takie, piękne są :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam bardzo podobne szmaciane i tego samego koloru baleriny co Ty:) ja je używam jako kapci po domu gdy goście przychodzą ja ja jestem np w sukience czy w spódnicy bo w zwykłych kapciach nie wypada:) . Ja teraz kupiłam sandałki Lasockiego z przeceny za 69zł:) są bardzo mięciutkie bo skórkowe i pewnie pochodzę długo bo już jedne ich sandały mam 7lat i oficerki też długo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, po domu nie cierpię zakładać butów, gdy przychodzą goście, ale takie szmaciaki w kształcie butów są w sam raz :)

      Usuń
  3. Byłam wczoraj w Realu, chyba po trzech latach przerwy, bo do marketów i właściwie innych sklepów nie chodzę. Mam takie szczęście. No i oczywiście byłam oszołomiona, żeby nie powiedzieć otumaniona. Kupiłam różowy opalacz i różowo-szafirowe talerzyki. No ładne, przydadzą się , ale ... mogłam bez nich żyć do wczoraj, to i dalej bym mogła ;-/
    Mój mąż się śmiał, że doznałam szoku poznawczego :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to zaszalałaś :) Ale należało Ci się, Beatko. A te kolory! Trafiłaś w punkt - jak szaleć, to szaleć :) Pokaż nabytki, bo jestem ciekawa :)

      Usuń
  4. Buty fajne ,w moim stylu.Mi też buty się nie rozwalają czasami to szybciej z mody wychodzą a ja z siebie bo gdzie potem wykorzystać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i widzisz, jakie my biedne jesteśmy! Buty się nam nie rozwalają i musimy chodzić w starych pięć sezonów. Kto to widział! :)))
      Ściskam!

      Usuń
  5. "łażę" po Twoim blogu i z podziwu wyjść nie mogę
    powtórkę TEGO postu planuję na poniedziałek.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A łaź, łaź, Kochana, jako i ja po Twoim hulam sobie :) Na zdrowie!

      Usuń
  6. Przydałyby mi się! Mam problem z butami bo mam niskie podbicie stopy, w związku z czym większość balerinek rani mnie w kostki :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niefajnie :( Ale na pocieszenie powiem Ci, że mnie większość uwiera w podbicie - bo wysokie ;) I tak to jest :)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.