środa, 19 sierpnia 2015

Pseudoporadniki pseudoekspertów, i jak tu się nie zdenerwować ;)

...z cyklu "Dyrdymałki"


Na spacery ostatnio się z mężem urywam. A co! Czy ja muszę tylko czytać i czytać? ;)

 

Jest taka książka. Nazywa się poradnikiem. Jej autor wyzywa ludzi od idiotów. W dziesięciu punktach. O matko. Tytułu nie będzie, reklamy nie będzie, a zresztą jakiej reklamy, ten blog to nie ta liga płatnego pozycjonowania w Google'u. To w ogóle żadna liga. Rzekła zgorzkniała (chwilowo) baba po czterdziestce. W dodatku dotknięta do żywego.

 
Wracając do książki. A może tak: wracając do owego zbioru zadrukowanych kartek w kolorowych okładkach. Do dziesięciorga punktów obraźliwych i generalizujących, przyjmujących arbitralną orzekającą formę komunałów.

Za odkrywcze to one nie są :) Ale na pewno prawdziwe - tak, komunały są prawdziwe, choć głupie. Niemniej widać, że pan autor sam wziął je sobie do serca i wydał książkę, na której chce zarobić fortunę. Albo już zarobił, czyli wykorzystał tę swoją "wiedzę" w praktyce :))) Uważa on bowiem, że ludziom (pardon, idiotom, ignorantom) brak podstawowej wiedzy i powinni ją czym prędzej nabyć. Skąd? No jak to skąd? Cóż za głupie pytanie! Ze zbioru zadrukowanych kartek w kolorowych okładkach. Że niby wiedzy tam tyyyleee!

Powiem tak: to, o czym on pisze, to nie jest wiedza, tylko zwyczajne życiowe kompetencje. Które jedni od wieków posiadają, a inni nie. Przy czym zarówno jedni, jak i drudzy albo książki czytają, albo nie. Zarówno i po równo. Nie w tym rzecz. Zatem w czym?

Wiedza - w moim osobistym pojęciu - jest czymś zupełnie innym. I wielu znam takich, którym ona niczego nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Może oprócz tego, że daje jakąś osobistą satysfakcję. Jakim cudem? Ano takim, że człowiek, który naprawdę wiele wie i wieloma sprawami się interesuje, dostrzega złożoność zjawisk, a w związku z tym rzadko powie, że wie coś na pewno, prawie nigdy nie osądzi niczego ani nikogo arbitralnie. I dlatego mało kto go dostrzeże, za to wielu uzna go za dziwaka, co nie umie "prosto i do rzeczy". Dlatego nie będzie się lansował (o ile ktoś nie wyrobi w nim postawy narcyza, czyli pewnej odmiany buraka pospolitego). Lansowania nie należy mylić z prezentowaniem tego, co się robi. Serio. Lansowanie polega bowiem na stwarzaniu wrażenia, że się coś wartościowego robi, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wracając do rzeczy: taki ktoś nigdy nie poczuje się upoważniony do tego, by pouczać innych, wypowiadać się jednoznacznie na jakiś temat albo tym bardziej doradzać jako ekspert bez indywidualnego przeanalizowania problemu. Najwyżej powie, co sam myśli, przy czym na sto sposobów będzie się zastrzegał, że to jego osobista perspektywa, jego własne życiowe doświadczenie, że oczywiście każdy może mieć inne, a tak w ogóle to wszystko zależy od tak wielu zmiennych czynników, że nie sposób niczego stwierdzić na pewno, więc on tylko tak sobie a muzom. I jak z kimś takim ma sobie poradzić tak zwany dziennikarz w tak zwanej telewizji? Kiedy zamiast powiedzieć kilka jasnych zdań, zaczyna snuć wywody, odpływać w dygresje i mnożyć zdania w trybie warunkowym?

W związku z tym wszystkim zawsze będzie zbyt mało wyrazisty, by ktoś zauważył go w morzu ignorancji tych, którzy wiedzy zaledwie liznęli i wydaje się im, że są ekspertami. Ci bowiem prędziutko uznają siebie za guru i ochoczo przystępują do edukowania wszystkich wokół (najlepiej za duże pieniądze, wszak to buduje prestiż), a zwłaszcza do nauczania tych, którzy wiedzą więcej od nich, ale siedzą cicho, bo mają świadomość, że nikt nie ma takiej wiedzy, by pouczać innych, może im co najwyżej spróbować pomóc. W pojęciu pseudoeksperta, jak ktoś siedzi cicho i się ze swoją wiedzą łokciami nie rozpycha, znaczy - nie wie. A jak nie wie, jest materiałem do pouczania. Wystarczy spojrzeć na pseudoekspertów medialnych i porównać ich z uczonymi, którzy poza murami uniwersytetów i kartkami książek głosu nie zabierają. Ponieważ są zbyt mało wyraziści i wciąż tylko dzieliliby włos na czworo. Komu chciałoby się ich słuchać? Kto ma czas ich słowa analizować? I po co? Po to, by nabrać jeszcze większych wątpliwości, zamiast dostać kilka prostych recept (jak w tej książce)?

Nie chcę tu generalizować i pochopnie oceniać żadnej ze wspomnianych grup ani nikogo dotykać personalnie. Może z wyjątkiem pana, który napisał ten jakże odkrywczy i ekspercki poradnik ;)

Uh.

13 komentarzy:

  1. Poradniki - dobrze, że ich nie kupuję i nie czytam. Czasami szukam porad, jak wyczyścić srebro, bo szmatki do srebra nie mogę odszukać, albo jak przygotować smaczny sos musztardowy do sałaty... wiem wiem, porady są ważne, Twoje dla mnie, jak pisać poprawnie w naszym języku, cenię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, pewnie to kwestia tematu i stylu. Tak jak napisałaś, sposób czyszczenia srebra albo przepis na sos, a nawet kwestie poprawności językowej - to są rzeczy w pewnym sensie techniczne, tu nie ma nic do rzeczy osobisty pogląd autora porad. Jak robię redakcję, to pokazuję miejsce, w którym tekst jest niezgodny z normą językową, i to nie jest moje osobiste stanowisko, bo nie ja tę normę ustaliłam. Czym innym jest natomiast ustawianie cudzego życia, w dodatku przy użyciu inwektyw stosowanych dla skandalu. To żenada, tak sądzę.

      Usuń
    2. Tak, mało tego, ludzie takich poradników potrzebują, w koncu te wszystkie pudelki, kozaczki, fakty mają najwięcej czytelników :)

      Ściskam buziaku

      Usuń
  2. Czytam czytam i przy tym zdaniu prawie się udławiłam winem :) " ....postawy narcyza, czyli pewnej odmiany buraka pospolitego" . Nie czytam poradników nigdy ich nie lubiłam coś tam zaczęłam czytać jak dziecko pojawiło się na świecie i prawie zwariowałam do pewnych rzeczy trzeba mieć zdrowy dystans . Chcę Ci życzyć miłego wieczoru,ale pewnie już przeczytasz dziś to miłego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ale mam nadzieję, że żyjesz ;) I tak, już zasypiałam powoli na kanapie przy kolacji, więc tu nie zaglądałam. Zatem dzięki za życzenia miłego dnia. I Tobie, Aga, dziś miłego wieczoru :)

      Usuń
  3. Od guru od wszech wiedzy uchowaj nas Panie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. i dokładnie, bez autora i tytułu powinna taka pozycja pozostać...... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytam poradników z "przepisami na sukces i szczęście", ale cenię fachowe porady dotyczące KONKRETNYCH spraw: ogrodnictwo, gotowanie, majsterkowanie, etc.

    Ani zbytnia skromność, ani pycha za mądre nie są. Wiesz - to mów. Nie wiesz - siedź cicho. Lub pytaj.

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię książki, w których mądrzy ludzie opisują to, jak sobie z czymś (problemami) poradzili. Poradniki jak żyć, z przepisami w punkach rzadko są zjadliwe, a jeszcze rzadziej mądre. Są jednak wyjątki. Na przykład książki Dominique Loreau z serii "Sztuka... umiaru sprzątania itd. Najlepsza chyba "Sztuka minimalizmu". Są dla mnie inspiracją. Uważam je za wartościowe. Nie cierpię tych amerykańskich. A jednak jest ich zatrzęsienie, więc chyba ktoś je czytuje.

    Serdeczności poranne ślę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, Beatko, opisują, jak sobie z czymś poradzili. I nie robią tego ex cathedra. Potrafią być inspiracją, a nie "biblią" ani tym bardziej dziesięciorgiem przykazań (a człowiek, który mnie zdenerwował, formułuje swoje inwektywy w dziesięciu punktach!). Co do Loreau - myślę dokładnie tak jak Ty. Tam jest wiele szczegółów, ale one dotyczą tego, co autorka sama "przerobiła" - to jest wartość.
      Cieplutko pozdrawiam! :)))

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.