środa, 23 września 2015

Uzależniona

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Wiedziałam. Od zawsze wiedziałam, wiele razy doświadczyłam, ale z drugiej strony (tak, u mnie wszystko ma co najmniej [sic] dwie strony, dlatego gadulstwo na blogu kwitnie), gdy znalazłam się na łonie, albo choćby w pobliżu bardziej takiej dzikiej i ożywionej przyrody (góry, morze, jezioro, wyżyna, nizina, równina, bez różnicy), wydawało mi się, że jest okej, że tak, że to tu, że tak naprawdę to ja wcale nie chcę się stąd wyprowadzać, że tu mi dobrze, że taras, że las, że lisy, sarenki, kicające zające, że dzięcioł, co to w drzewo stuka, kukułeczka, co kuka, a poza tym "w starym dębie stara sowa mruży żółte oko", świerszcze grają w trawie i jest bosko, a w ogóle to właśnie "cicho szumi wiatr w leszczynie", więc niech mi nikt nie przeszkadza kontemplować. No i kur zapiał. Dosłownie. U sąsiada. Siedem razy pod rząd.


A tymczasem wystarczyło mi raz od dawna postawić na dziesięć minut stopę na krakowskim chodniku (ach, czemuż nie na paryskim bruku?), uprzednio zakosztowawszy rzadkiej okazji przejechania się autostradą, koło której (no, prawie) mieszkam, by się ocknąć i stwierdzić: Ależ tak! Ależ o to chodzi! Ja. Kraków. Tak. Względnie: ja plus Warszawa/Wrocław/Paryż/Berlin/Rzym, a najbardziej to Njujork.

Powiecie: miraże. Powiecie: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a metropolia z perspektywy jednodniowego petenta, względnie kilkudniowego turysty wygląda zupełnie inaczej niż z punktu widzenia mieszkańca. Otóż nie. Otóż świadomam, co mówię, bo kilka lat mieszkałam. W Njujorku? W Paryżu? W Krakowie, Warszawie, we Wrocławiu nawet? Mniej więcej. Czułam się u siebie. Czułam się jak ryba w wodzie, idąc co dzień w tłumie.

I zawsze, stawiając od czasu do czasu stopę na... ekhem ;) wielkomiejskim bruku, natychmiast czuję, że... wróciłam do siebie. Nieważne, że większość życia spędziłam gdzie indziej, że przyjechałam na dzień, dwa, najdalej trzy. W delegację, na wycieczkę, na randkę. I że za dzień, dwa, najdalej trzy wyjadę, a ból rozstania (piszę śmiertelnie poważnie) pojawia się na horyzoncie już w momencie, gdy pociąg wjeżdża na peron lub samochód mija rogatki (cudnie nieadekwatne dziś słowo :) miasta.

Wychodzę, rozglądam się, biorę oddech... No! Wreszcie w domu. Chcę zostać. Niech mi światła świecą nocą prosto w okna, niech mi ulica szumi bezustannie, niech nawet będzie drożej, coś za coś.

A kiedy wracam do miejsca, gdzie realnie jestem "u siebie", to nie mówię z ulgą: "Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej". Międlę w ustach różne takie, a między innymi: "Cholera, znowu".

Całe szczęście, że uwielbiam swój dom i dobrze mi w nim. Choć niekiedy - a tak naprawdę coraz, coraz częściej - przychodzi mi do głowy, że mogłabym go zamienić na małe i ciasne coś w samym centrum wielkiego, albo jeszcze większego, miasta. Uwielbiam klimat metropolii. Realnie, nie życzeniowo, nie turystycznie.

Tak. I jak to się ma do "świadomie zwolnij tempo we wszystkich obszarach życia"? Jaki to - za przeproszeniem - sloł lafj? Ale nie. Nie jestem hipokrytką. Po prostu uważam, że człowiek spokojny spokojnie może prowadzić takie życie, jakie mu odpowiada, i tam, gdzie jest mu najlepiej. Śpieszyć się z wywieszonym językiem można i na prowincji. Mit małomiasteczkowego niespiesznego bytowania to... właśnie mit. Choć klimatyczne miasteczka chętnie odwiedzam, zwiedzam, podglądam, smakuję. Podobają mi się. Na chwilę, na spacer, na popołudnie z turystycznej perspektywy. Na życie - nie.

Bo jestem uzależniona. O czym się przekonuję za każdym razem, gdy wracam. Niby nie tęsknię, niby mnie nie ciągnie, niby dobrze mi u siebie, czym chwalę się raz po raz na blogu. A może i nie "niby", tylko rzeczywiście. Ale gdy po okresie abstynencji wracam... Tak, jestem uzależniona. I chętnie zanurzyłabym się w swój nałóg. Gdybym tylko mogła.

sobota, 19 września 2015

Znieczulić

...z cyklu "Dyrdymałki"


Znieczulić się na dziecko,
by dać mu ostatnie chwile normalności,
dobrą pamięć.
Inaczej nie udźwigniesz odliczania,
ulegniesz przerażeniu, rozerwie cię rozpacz.
Na uśmiech i szczebiot
odpowiesz spazmem.
Znieczulić się na dziecko
znaczy przetrwać.
Dotrwać.
Jak?

piątek, 18 września 2015

Leczo, bo jeszcze lato

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

Wyjechali na wycieczkę wszyscy nasi podopieczni. No, prawie wszyscy, bo najmłodsze jeszcze się na te edukacyjne atrakcje nie łapie. A skoro wyjechali, to chata wolna i można obiadu nie gotować. Zatem hulaj dusza, jedziemy po pizzę. Ostatnio mamy fazę na biedronkową. Tak, wiem, to jest be, itepe, itede. Cóż. Raczymy się, gdyż lubimy. Zwłaszcza wolność od gotowania lubimy.

 

Cebula i kiełbasa duszą się na oleju rzepakowym. W tym czasie kroję paprykę. Wrzucam. Sypię kilka łyżeczek soli, kilka pieprzu ziołowego i kilka słodkiej papryki w proszku. Dusi się to kilkanaście minut. Wtedy kroję kilka sztuk cukinii i od razu wrzucam. Mieszam i dusi się. W tym czasie parzę, obieram i kroję pomidory

Zanim dotarliśmy do pizzy, ujrzałam piękne winogrona (sezon, grzech nie jeść do syta), niedrogą paprykę, boskie i polskie pomidory i dużą cebulę. Oraz niewielkie cukinie (że niewielkie, to dobrze, bo bez pestek). I już było jasne, że leczo być musi. W domu pełno kiełbasy pikokowej z lidla (bez koszenili, bez skrobi pszennej i innych atrakcji - nazywa się Kiełbasa Gospodarza), bo była promocja.


U nas gotuje się leczo w siedmiolitrowym garze na dwa dni, więc fakt, że cebula była duża i pomidory też, naprawdę ma znaczenie. Obiera się je szybciej.

Tyle odpadków, że szkoda pleców, by się schylać nad koszem

A więc sprytnie wymyśliłam, że skoro dziś laba, bo pizza, to jutro małżonek może poświęcić swój poranek na krojenie warzyw do lecza, a ja już tylko dopilnuję, jak on pojedzie do pracy, a ja swoją skończę (chwilowo, do popołudnia).

I się przeliczyłam, bo padł mi edytor, redagować nie mogłam, on naprawiał, ja asystowałam i dziecię (zamiast niego) "obrabiałam", a potem poszedł do pracy i zostałam sama z lodówką pełną papryki, pomidorów, cebuli, cukinii i kiełbasy - w sumie z pięć kilo dobra do pokrojenia, o obieraniu cebuli nie wspominając.

Cukinia już prawie miękka, więc można dodać pomidory

Tak się skończyły niecne plany wrobienia małżonka w ugotowanie mojego ulubionego obiadu i mojego przyjścia "z pracy" (czyli od redagowania) na gotowe.

Ale dałam radę. Proszę bardzo:

Jeszcze kilka minut gotowania z pomidorami, a potem będzie sobie stało i się smakowo łączyło

I jeszcze na spacer długi poszłam. Taka pogoda we wrześniu... Żal nie skorzystać, gdy do lasu tak blisko :)

Kaczek było ze trzydzieści na wodzie, ale wyszła do nas ta jedna
 
Gdyby nie konieczność pilnowania dziecięcia nad wodą, zdjęcia mogłyby być bardziej efektowne, w lepszych momentach zrobione, staranniej wykadrowane - niewykonalne jedną ręką, gdy druga musi obejmować w pasie młode, które rwie się do kaciusiek. No i widać opłakany stan stawu. Te pływające śmieci... 
Istotna rzecz: leczo gotuję wyłącznie w sezonie, bo kupujemy tylko polskie warzywa. Owoce w sumie też, z wyjątkiem tych, które w Polsce nie rosną, wiadomo.

poniedziałek, 14 września 2015

Ostatnie podrygi lata, czyli 1 września

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Z poślizgiem czternastodniowym, ale bez stresu, w końcu slołlajf, slołfeszyn i inne takie ;) Zawsze lepiej sobie powiedzieć, że to nie nadmiar roboty spowodował opóźnienie, tylko celowy brak pośpiechu.


Ha. Zaklinanie rzeczywistości pierwszych dni września. Ale dziś trzeci dzień walczę z chorobą, dziś lekko w myślach bredzę, więc litościwie powstrzymam się od redagowania powierzonych w zaufaniu wytworów myśli cudzych, bo skutki mogłyby być opłakane - dla tekstu i dla mnie ;) Co innego na blogu. Tu mogę. Tu sama sobie pozwalam. Wolnoć Tomku, najwyżej nie przeczytacie :)


Dziś wytnę nieostry fragment pierwszowrześniowej, jeszcze upalnej rzeczywistości i ponapawam się wspomnieniem. Tylko tak patrzę... Nie da się ukryć. Nawet prześwietlenie zdjęcia, nawet oddalenie, nawet rozmycie nie pomogą, kiedy... Eh, ale żebyście widzieli takie same fotki dwadzieścia lat temu robione! No. Głupi człowiek niby wie, niby dystans ma, niby... Niby.

Znów w sierpniu popełniłam zakup bez mierzenia. Nie uczę się na błędach, gdy rzecz idzie o siedemnaście złotych za całkiem dobrą jakość i idealną luźną formę. No i te passski... I tak, od razu skojarzyłam, że to i do szortów dżinsowych (kupionych na lato po ciąży w 2013, więc dziś wiszących na pasku), i do balerin za dwie dychy z Carrefoura, i do dżinsów wszelakich starych, i nawet do marynarki, którą dopiero sobie kupię, a co!

Ale udało się, pasuje. Jak się nie wyjeżdża na wakacje, można się chociaż urlopowo poubierać. I jest fajnie. To znaczy było. Bo teraz już zimno. I "choro". No :)

sobota, 12 września 2015

Wnętrze minimalistyczne. Biurko

... z cyklu "Slow homing"


Minimalistyczne biurko to biurko uczynione ze stołu na czas pracy biurowej. Oto definicja najkrótsza, a zarazem najbardziej adekwatna.


Lekko zużyte ;) Swoje lata ma

Cóż jednak począć, kiedy chce się luksusu :) i pokoju osobnego do pracy tak zwanej umysłowej! Gdzie i cisza, i odosobnienie, i minimum wszelkich bodźców.

Właśnie. Jest luksusem posiadanie pomieszczenia, w którym "przy okazji" mieści się biurko wyłącznie według swego przeznaczenia używane. Jeszcze większym luksusem jest pokój, który można nazwać gabinetem. W którym oprócz biurka jest w pobliżu i szafa biurowa. Do tego wygodne krzesło... i już. Przy takim minimum wyposażenia powstaje absolutne maksimum luksusu, czyli wszystko, czego trzeba do pracy. Minus zbędne bodźce w postaci telewizora, radia, regału z książkami:) - chyba że ktoś lubi i mu to nie przeszkadza, a może i pomaga.

Skupmy się jednak na samym meblu, skorośmy go już optymalnie i w zgodzie z preferencjami ustawili.

Dawniej wydawało mi się, że idealne biurko oprócz podstawowego blatu posiada szufladę na klawiaturę (udogodnienie dość archaiczne w dobie notebooków, smartfonów i innych ajpadów :), przynajmniej jedną kolumnę szuflad po jednej plus szafkę po drugiej swej stronie. Opcja plusplus zakładała jeszcze istnienie tak zwanej nadstawki, czyli mnóstwa półek i półeczek, które tylko na początku wydają się przydatne i całe mnóstwo "niezbędności" mieszczące. Kiedy jednak nadchodzi pora starcia kurzu, okazują się podejrzanie irytujące, wnerwiające, cenny i przeznaczony na słodkie lenistwo czas zabierające! Słowem - zbędne!
Co do szuflad oraz szafki podbiurkowej - to zwyczajne zawracanie głowy. I tak nic konkretnego się w nich nie mieści. Większość dokumentów trzymamy w komputerze, a te, które musimy mieć na papierze, powinny być porządnie posegregowane, opisane, poukładane i w segregatorach pozamykane. Tych zaś, jak wiadomo, nijak się do biurkowej szafki lub szufladki nie wciśnie, a gdyby nawet, i tak nie zmieszczą się wszystkie. No to po co nam te szuflady? Chyba tylko na wszelkie zbędne rupieci, wrzucane do nich "tylko na chwilę". A więc śmieci. Nie wiem, jak Wy, ale ja staram się śmieci wyrzucać do kubła, który trzymam w kuchni pod zlewem. Pod biurkiem wolę mieć przestrzeń. Nie wiem na co, chyba tylko tak po prostu - może na swobodne nogami machanie? Co przy dłuższych posiedzeniach nie jest wcale takim głupim pomysłem.

Teraz moje biurko idealne to jak najszersza i jak najdłuższa płaszczyzna wsparta na jak najmniejszej liczbie nóg, stojąca w miarę możliwości pod oknem. Powierzchnia, na której pomieszczę laptop otoczony pootwieranymi książkami i porozkładanymi dokumentami. I jeszcze zestaw "kawa-ciastko". W końcu nazwa "biuro" zobowiązuje :) A na poważnie, to dobrze jest, gdy biurko ma długość wystarczającą do pracy dwóch osób. Czasem jest taka konieczność, że trzeba popracować jednocześnie, a posiadanie dwóch oddzielnych gabinetów dane jest naprawdę nielicznym szczęśliwcom. Z kolei w jednym pomieszczeniu często trudniej jest ustawić dwa krótkie biurka niż jedno dłuższe. Właśnie wtedy przydaje się blat na tyle długi, że z powodzeniem pomieści dwie osoby, nie siedzące sobie podczas pracy "na głowie". 

Dodatkowo. Nietrzymanie materiałów piśmienniczych na, pod lub nad biurkiem ma tę zaletę, że zawsze po wejściu do pokoju widzimy kojąco pustą płaszczyznę, która nie zniechęca do pracy pokładami odstraszaczy zgromadzonymi warstwami lub w zupełnym rozproszeniu, ale zawsze jednakowo wymagającymi zabrania się wpierw za porządki w celu uczynienia miejsca, na którym zmieści się to, za pomocą czego pracować zamierzamy. To nie jest najlepszy sposób na rozpoczynanie pracy, do której i tak trudno jest się zabrać. To jest doskonały sposób na tej pracy skuteczne unikanie i każdorazowo się na pięcie od biurka odwracanie oraz z pokoju znikanie. Co na dłuższą metę... Lepiej mieć puste i zachęcające biurko.

Nawiasem. Taki długi blat roboczy ma, oprócz biurowego, także wiele innych zastosowań. U nas służy dziś za przewijak i do niedawna za stanowisko do kąpieli niemowlaka. Naprawdę wygodne.

niedziela, 6 września 2015

Pułapka uważności?

...z cyklu "Uroda życia" albo "Dyrdymałki"


Nasza "przydomowa" spacerownia :)


Promocja uważności. Uważność święci triumfy. Uważność jako temat znakomicie się sprzedaje. Zainteresowanie uważnością wydaje się sięgać zenitu.


Popatrz w niebo. Kontempluj kształt jabłka. Wsłuchaj się w szum liści. Poczuj opuszkami palców chropowatość zadrukowanych kartek książki. Wystaw twarz ku ciepłym promieniom słońca. Pozwól wiatrowi rozwiać włosy. Weź głęboki oddech, niech balsamiczne powietrze lasu wypełni cię do głębi i przyprawi o zawrót głowy.
Co by tu jeszcze...? A, tak. Filozofia kubka z kawą. Albo z herbatą. Miękka kanapa, pół godziny dla siebie, odpoczynek.
Kilka minut dobrych wspomnień, czas na marzenia i plany.

Co jednak z naszą uważnością w chwilach, które chcielibyśmy, by jak najszybciej przeminęły? W chwilach głębokiego lęku, fizycznego bólu podczas ciężkiej choroby, w rozpaczy?

I takie doświadczenia bywają naszym udziałem. Koncentrowanie się na nich niektórzy nazwaliby masochizmem, inni powiedzieliby o świadomym przeżywaniu cierpienia. Ale czy taki do nich stosunek nie groziłby zatraceniem się w bólu?

Również takie pytania rodzą się w moich myślach, kiedy - zdarza się - piszę o uważności. Ponieważ prawdą jest, że to pojęcie, utożsamiane często z filozofią slow life, bywa niepokojąco zawężane. Takie jego odczytywanie w efekcie, zamiast pomóc nadać własnemu byciu w świecie trochę lepszy kierunek, znacząco nas ogranicza i zubaża.

Na pytanie o uważność w cierpieniu nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Światłe rady de Mello, by oderwać się od własnego bólu i - w dużym uproszczeniu - "stanąć obok", słabo do mnie przemawiają. Bardziej byłam skłonna w nie wierzyć dwadzieścia pięć lat temu, gdy z zapałem neofity zaczytywałam się "Przebudzeniem". Naiwnie wierzyłam, że cierpienie jest wtedy, kiedy boli ząb albo głowa. Tak, przez godzinę lub dwie można zająć się zabawą w "wychodzenie z siebie" i "stawanie obok" swego fizycznego bólu. Śmieszne. Choć dobre jako sposób na zabicie czasu, gdy ząb - albo głowa - boli. Nie miałabym jednak odwagi powiedzieć tego ludziom cierpiącym permanentnie i bez nadziei na to, że ból kiedykolwiek ustąpi.

Co z uważnością w takiej sytuacji? Co ze świadomym byciem tu i teraz?