środa, 30 grudnia 2015

Zwariowałam ze szczęścia

Albo umarłam z rozkoszy. Jak wolicie.

Ale mam:





...z cyklu "Co w szafie piszczy"

Czapka lekka i cienka, ale ciepła, podobnie jak komin. Tanio nie było, ale się opłaciło, bo takie zakupy totalne - że i kurtka, i cienki szal, i gruby, i czapka, i rękawiczki - to u mnie raz na parę lat wydarzenie, więc... Prędko nowych nie będzie. Dlatego się cieszę. A najbardziej z tego, że w sobotę, oprócz słońca, zimno z powodu wiatru było, więc mogłam tę czapkę po świecie obnosić i się chwalić ;)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Jest nieźle, czyli święta u perfekcyjnej pani domu

...z cyklu "Uroda życia"

 
Na tej kartce świątecznej cała ja :) Od Danusi dostałam i bardzo, bardzo dziękuję! Poznajecie szczegóły? Bo Danusia dość dobrze mnie poznała i wie, co było w tym roku najważniejsze :) Jestem wzruszona i mi nie mija

 

Jest nieźle, jeśli w święta nie ma kiedy robić fotek, a te, które uda się pstryknąć, wychodzą nieostre, niewykadrowane, niedoświetlone i inne nie...

 

Najmłodsze już daje prezenty :)

Powiedziałabym nawet - jest bardzo dobrze. Bo to znaczy, że się dzieje, że się nie nudzi, że się zapomina o wszystkim oprócz ludzi. A zrymowało mi się zupełnie przypadkiem, więc proszę się nie śmiać ;)

Własnej roboty :)


Dostaliśmy po medalu!

Totalna niespodzianka. Przez duże en ;) Do dziś jestem wniebowzięta

Nie tylko ja. Chyba ;)


Po rybie i pierogach dobrze orzeźwia zimny kompot z suszu. W tym roku nie wyjadałam owoców, bo nie posłodziłam


I tak. Perfekcyjna pani domu. A co!

Dziecię zdobiło :) Tylko kto zje tyle brokatu?

Pewnej przedwigilijnej niedzieli...

Stroiki robię proste - koszyk, osłonka na doniczkę, świeca Caritasu i gałązki. W tym roku inne niż zwykle, ładniej pachnące, świerk kaukaski

Pierniczkowe upominki - w miejsce czekoladek. Podobnie jak w zeszłym roku

Taki piernik z powidłami w środku - wg Pawła Małeckiego. Pyszny!

O, a to nasza wielkanocna babka z bakaliami. Czyli keks ;)

Jeśli chodzi o keks, to oczywiście, jak zwykle, nie inaczej, bo jakżeby inaczej, kiedy do rzeczy zabiera się "sowinista", który wszystko robi nie według przepisu, tylko według uznania, w myśl zasady "zawsze jakieś ciasto wyjdzie", to ciasto wychodzi idealnie takie, jakie ma wyjść. Natomiast gdy za pieczenie bierze się "cyborg" i ściśle trzyma się przepisu, i się stresuje, że nie wyjdzie, to oczywiście nie wychodzi i bakalie leżą pokotem na spodzie, a wyżej panoszy się lekko (na szczęście tylko lekko) gumowate keksowe ciasto. I bądź tu mądry, i pisz wiersze. No.


Za to makowiec mi się udał. A wiecie dlaczego? Bo kupiłam sobie porządną masę makową sztuk dwie ;)

Miałam jeszcze w zapasie kilka torebek barszczu instant, na wypadek gdyby wyszedł mi taki blady jak w zeszłym roku, kiedy mimo kilku kilogramów buraków i octu nie miałam pewności, co jem - wielkanocny barszcz biały czy wigilijny czerwony. Nie przydały się. Torebki. Tym razem ugotowałam czerwony. Wszystko zrobiłam dokładnie tak samo. Tylko ocet dałam najtańszy, nie winny. Może o to chodziło. Pewnie tak. Nie mam innego pomysłu.

A taki stroik przyniósł 6 grudnia Mikołaj, więc w tym roku to on grał podczas Wigilii główną rolę

Prawda, że było idealnie? Nie inaczej. Po naszemu. Bez stresu, bez pośpiechu, bez napięcia, że musi być  doskonale.

No. To idę dalej chorować, bo się od dzieci moich kochanych zaraziłam. Pa!

niedziela, 27 grudnia 2015

Kwartalnik "sZAFa". Nowy numer

...z cyklu "Dyrdymałki"


Zapraszam!


http://szafa.kwartalnik.eu/56/spis.html

Nowość w "sZAFie": Rozmowy (poetka Małgorzata Południak i malarka Katarzyna Tchórz).

A poza tym:

POEZJA
Paweł Dąbrowski, Ewa Frączek, Sławomir Hornik,  Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Jakub Sajkowski, Marta Zelwan, Kinga Weronika de Walla

PROZA
Jacek Durski, Hanna Dikta, Karol Maliszewski, Mirosław G.  Majewski, Rafał Różewicz, Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska

 FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Dmitry Babenko, Dariusz Bareya, Svietlana Dzemidovich, Agnieszka Kutylak-Hapanowicz, Edyta Purzycka

sZAFa Presents
Leszek Jodliński - Mój Franz Pawlar. Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu. (i o tym jak książka powstała)
Maja Staśko - Pograniczenia epoki. Neo-barokowość/nie-barokowość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (II)

ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Paweł Dąbrowski - Czy utopia multi kulti?
Ewa Frączek - Sarmata nie musi być angielską królową, czyli bez przesady z tym savoir vivre
Magda Harmon - Śmierć czyli być jak neutrino
Leszek Jodliński - Nowojorskie pośladki dziewcząt
Wiola Maj - Redaktor, nie ghostwriter
Karol Maliszewski - Nie do śmiechu... Wokół kwestii humoru w poezji współczesnej
Ania Możdżeń-Brzozowska - O tym, jak kulturożerstwo uratuje kulturę
Kamila Wasilewska-Kaczmarczyk - (Nie)pamięć nasza powszechna
Maja Staśko - Narysuj mi baranka, czyli „to be”

TEATR, FILM
Natalia Kołaczek - Stockholm Stories: Sztokholmskie opowieści
Maja Staśko - Otua. Autoterapeutyczność a autotematyczność wokół Szklanych ust Lecha Majewskiego (II)

KRYTYKA LITERACKA-RECENZJE
Paweł Dąbrowski - W oczach dziecka. Bronka Nowicka Nakarmić kamień * Bodźce pamięci. Jerzy Jarniewicz Woda na Marsie * Raport z nie-tożsamości. Ewa Sonnenberg Obca * Trudne śląskie losy. Sabina Waszut Rozdroża, W obcym domu
Przemysław Górecki - Dojrzewanie, pragnienie, rozczarowanie – o Pierwszej krwi Ireny Krzywickiej
Leszek Jodliński - 1/8 czerni. Wystawa Archibalda Motleya
Klaudia Raczek - Michel Houellebecq Uległość
Teresa Radziewicz - Jak to przetłumaczyć? – Google Translator Jakub Sajkowski
Jakub Sajkowski - Mapy wnętrza gór, centra dowodzenia i konfitury na siedemsetletnią rocznicę. Przegląd debiutancki. Robert Feszak Wnętrza gór, Ewa Olejarz Milczenie placu zabaw
Beata Zdziarska - Zakurzony pisarz, czyli wspomnienie o Choromańskim
Marcin Włodarski - Ofiary i kaci w jednym głosie. Spalanie Grzegorz Kwiatkowski

ROZMOWY W SZAFIE
Cykl o życiu, sztuce i przyjaźni (I)
Małgorzata Południak rozmawia z Katarzyną Tchórz
 

środa, 23 grudnia 2015

Moc truchleje...

...z cyklu "Uroda życia"



Jeszcze rano wszystko wyglądało inaczej. Szczerze mówiąc, całkiem beznadziejnie.

Jeszcze rano czułam, że jedynym, za co mogę dziękować, jest zmęczenie, zniechęcenie, bezradność. Bo w tym roku nie zawsze wydawało się to oczywiste i przez chwilę największym marzeniem było móc wciąż stawiać temu czoła.

Jeszcze rano trzeba było przypominać sobie, że przeżywanie trudności to jednak przywilej, a w obliczu końca świata można chcieć oddać za niego wszystko oprócz życia.

I że nie powinno się narzekać. Albo powinno. Doceniać możliwość narzekania.

Po południu okazało się, że moc, moja moc, nie tak znowu do końca truchleje i da się wspólnymi siłami załatwić kilka spraw, a wieczorem nawet nie zasnąć przy kolacji.

Z makowcem lub bez. Białych albo deszczowych. Magicznych czy męczących. W rodzinnym gronie, gdziekolwiek. Nieważne.

Dobrych, to znaczy w pełni docenionych, bo kolejny raz przeżytych, Świąt!
Kochani.
Dzięki, że wciąż ze mną jesteście.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Był Mikołaj, jest kurtka, komin i rękawiczki :)

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Umówmy się, matka trojga nie odnawia garderoby co miesiąc. Ani nawet raz na pół roku. Raz na rok także nie. Matka trojga chodzi w ciuchach do zdarcia. Cieszy się, kiedy coś się wreszcie podrze, bo ma szansę bez wielkich wyrzutów, choć nie bez wysiłku, zakupić (lub u Mikołaja zamówić), co tam trzeba :)


Zatem: podarło się - zamówiła - dostała. Nie pod poduszkę, co prawda, lecz ciut wcześniej (Mikołaj nie może czekać, gdy widzi okazję), ale matka trojga cieszy się i tak, że w tym roku na nią trafiło i oto ma:


Kurtkę - dokładnie taką, jaką chciała, prawie do kolan, lekko wciętą w talii, z kapturem delikatnie gumką ściągniętym (nie spada z głowy, a wcale nie widać ściągnięcia, ha!) oraz tak samo ściągniętymi od wewnątrz rękawami. Do tego idealny kolor i jeszcze bardziej idealna cena. Puchowa to ona nie jest, o nie, ale wypróbowałam, że ciepła, dlatego te 80 złotych, które kosztowała, warte były wydania. Lidl kurtki ma zwykle beznadziejne, ale nie tym razem.



Szalik, a właściwie komin, bawełniany, bez szwa, dokładnie taki, jaki miał być - 10 złotych na wyprzedaży w Auchan.


Rękawiczki - zakupowe szaleństwo, bez dwóch zdań. Nie żartuję, tyle dobra w jednym roku nigdy nie dostałam, a z tego, co mi wiadomo, to jeszcze nie koniec. Jak tak dalej pójdzie, zwariuję ze szczęścia. Albo umrę z rozkoszy. Camaieu - przecena - 15 złotych.

czwartek, 17 grudnia 2015

Sposób na idealne święta

...z cyklu "Uroda życia"

 


Kilka minut wolnego. Dziecię przekupione mikołajkową czekoladą chwilowo nie woła: "Mamo, nie pracuj! Ale mamo, nie pracuj!", kiedy tylko dotykam komputera. Zatem dotykam i pozwalam sobie na zapisanie tego, co błąkało się po głowie, gdy podczas pasjonującej czynności domowej, czyli sprzątania szafki z koszem na śmieci, kombinowałam, jak by tu wykroić kawałek z kilkugodzinnej nudy budowania z klocków, rysowania sto i pierwszej choinki, grania w dziecięce karty tudzież wyczytywania przygód irytującej, acz ulubionej, Basi. Tak naprawdę to irytuje mnie mamusia, ale o tym sza, bo coś mi mówi, że to silne alter ego autorki :)


Kawałek miał być wykrojony w celu odpowiedzenia na Wasze komentarze, Kochani. Póki co najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa, a właściwie nawet trzy, choć prezentujące dwie różne  postawy wobec przedświątecznych przygotowań.

Pierwszy to komentarz Małgosi, mówiący o tym, że woli przygotować wszystkie świąteczne potrawy tuż przed Wigilią i mieć je świeże, zamiast rozłożyć gotowanie w czasie i - siłą rzeczy - musieć zamrozić lub zawekować część z nich. Domyślam się, że to także po to, by się przedwcześnie przygotowaniami nie męczyć, a rodzinne wigilijne gotowanie należy do świątecznego rytuału.

Druga, a właściwie i trzecia odpowiedź na moje kuchenne wynurzenia pochodzi od Ani, która z wyprzedzeniem nie przygotowuje, bo choruje, a chyba i nie lubi, oraz od niegdysiejszej Niezaradnej, dzisiejszej Antybohaterki, dającej sobie pozwolenie na zmęczenie, zagonienie i ogólne win (rzekomych) odpuszczenie.

Tak sobie, myjąc kubeł na śmieci, kombinowałam niespiesznie, kombinowałam i wyszło mi, że kurczę, przecież to nie są różne postawy, że szczerze kibicuję każdej z nich, bo w istocie stanowią przejaw dokładnie takiego samego stosunku do świąt, a właściwie do przedświątecznych przygotowań. No, Ameryki to ja nie odkryłam, zapewne. Tak w ogóle. Ale dla siebie trochę jednak odkryłam. O co chodzi? Chyba o to, że każda z dziewczyn daje sobie pozwolenie na brak jakichkolwiek wyrzutów związanych z tym, co robi, albo czego nie robi, przed świętami. Względnie - jak to robi. I tyle.

A ja robię jeszcze inaczej. Lubię przygotowania. Przez kilkanaście lat pracy w szkole nigdy nie miałam na nie czasu. Bo koniec semestru, bo zebrania, bo dokumentacja, bo konferencja, bo zespół teatralny, bo jasełka i konkursowe z nimi wyjazdy. Do ostatniego dnia przed świętami. Do utraty tchu. Kolędy, anioły, herody i diabły były u mnie na tapecie od września. To jak ja miałam nagle w szkolną wigilijkę czuć klimat? Kiedy wszyscy cieszyli się atmosferą, ja ganiałam z wywieszonym językiem, by zgrać w czasie dwie tury występów, spotkanie opłatkowe z własną klasą i sprzątanie dekoracji po wszystkim. Poprzedzone intensywną próbą i budową scenografii dzień wcześniej. 

Koszmar. Przetykany momentami prawdziwego wzruszenia, gdy moi młodzi aktorzy grali idealnie tak, jak to z nimi wyćwiczyłam, gdy dwustuosobowa małoletnia publiczność, zasłuchana w powtarzające się co roku słowa o zwiastowaniu i o tym, że nie było miejsca w gospodzie, wprawiała w zadziwienie dyrektorkę, że tak cicho przez godzinę siedzi. I kolega akustyk w pogotowiu na okoliczność moich drżących ze wzruszenia rąk, niezdolnych do operowania suwakami w sprzęcie grającym. A potem jeszcze raz, wszystko od nowa.

I powrót do rzeczywistości. Cisza. Gwałtowny spadek napięcia. Potworne zmęczenie. Wściekłość? Rany! Za chwilę święta! Jakim cudem? To już? Szkolne świętowanie nie miało nic wspólnego z prawdziwymi świętami, praca była pracą, a po niej brakowało czasu i sił, by zorientować się, że... to już.

Bo gdy wracałam do domu, na dwa dni przed Wigilią, nie czekało na mnie nic. Ani posprzątane mieszkanie, ani upieczone pierniczki, ani prezenty schowane gdzieś w szafie. Nic. Tylko huczące w głowie "Bóg się rodzi..." na przemian z "Lulajże, Jezuniu...". Nigdy nie włączaliśmy kolęd. Z wyczerpania miałam ochotę tylko siąść i płakać. Małe dzieci, za dwa dni święta. Tryb awaryjny opanowaliśmy z mężem do perfekcji. Makowiec z przeceny w Auchan, kostka rybna w panierce, pierogi od taty. Wigilia. Świąteczne odwiedziny. Rodzinne posiadówki i po nich zmywanie.

Padam z nóg. Nie z powodu przemęczenia przygotowaniami, tylko z powodu normalnej pracy, wzmożonej przed świętami po to, by w szkolnym grafiku można było odhaczyć kolejną imprezę. Bo w szkole, oprócz prowadzenia normalnych zajęć, pracuje się także zadaniowo. To znaczy od zadania do zadania. Projektami. Jeden się kończy, drugi zaczyna. A w tle zwyczajna robota.

Wiem, wiem, narzekanie jak zwykle.

Ale właśnie dlatego teraz jest inaczej. W poprzednim wpisie wrzuciłam nawet linki do tych pierwszych od lat normalnych przedświątecznych tygodni, kiedy byłam w stanie w porę zreflektować się, że niedługo Boże Narodzenie, że może by tak pomyśleć o potrawach, o nastroju, o dekoracjach. O świątecznej muzyce i kolędach. Kto tamte wpisy odwiedził, widział, że nie o szaleństwo jakieś mi chodziło, raczej o spokojne kontemplowanie tego, co się zbliża, o czas na myśl związaną z czymkolwiek innym poza pracą.

Dziś pozwalam sobie na spokojne, niemęczące delektowanie się przygotowaniami. Chcę odzyskać to, czego nie miałam szans mieć na święta przez tyle lat. Więc uszka na początek Adwentu. Więc zapach pierniczków raz na kilka dni. Więc zawekowana kapusta. Brak presji, że muszę, bo inaczej się nie liczy. Nie muszę, ale mam możliwość i chcę. Doceniam ją, lecz nie przeceniam. Zrobię, ile zdążę. A także ile będzie mi się chciało. To tak w związku z tytułem, jakby się kto pytał ;)

Jest lepiej.

PS "Sezon zamkniętych serc" poszedł już do składu!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Coraz bliżej święta...

...z cyklu "Uroda życia"


Coraz bliżej święta i coraz bardziej jestem zmęczona. Nie, nie przygotowaniami. Nimi to nawet może chciałabym móc się zmęczyć. Niestety. Kumulacja pracy - wyjątkowo w tym miesiącu niewdzięcznej - i korekty autorskiej mojej książki (duża satysfakcja, ale i duży wysiłek) plus różne zobowiązania prywatne... W dodatku starość nie radość, więc zdrowie też już nie to.


No. Ponarzekałam sobie, w związku z czym od razu mi ulżyło, mogę zatem przystąpić do udowadniania, że trochę racji mam, w nadziei, że mnie - jak zwykle, za co Was kocham! - pocieszycie ;)

Proszę bardzo. Jeśli chodzi o żelazny punkt moich przedwigilijnych przygotowań, czyli o kapustę z grzybami, zrobiłam tyle:


i tyle:


...czyli wyjęłam składniki, wstawiłam namoczone grzybki, a następnie zwinęłam się na kanapie, albowiem zmogła mnie choroba. Wybaczcie albowiem, ale ostatnio chodzi za mną i śmieszy miszcz mowy polskiej, czyli niezawodny Król Julian i jego "albowiem jestem reżyserem". Tak, wiem, bardzo to na temat kapusty, ale sobie pozwalam, albowiem jestem tu u siebie i kto mi zabroni? ;) Kapustę kończył małżonek zawezwany z pracy na ratunek żonie i dziecięciu, zaopiekowawszy się nimi uprzednio, jak należy. A posłużył się tym oto, sprzed dwóch lat przepisem.


Tak mu wyszło. Tak to wyglądało po trzecim gotowaniu tuż przed załadowaniem do słoików i zawekowaniem, by do Wigilii dotrwała.

A "zrobiłam" jeszcze to. Naiwnie założyłam, że raz się zdobędę i przygotuję na Wigilię rybę z prawdziwego zdarzenia. Dali mi nawet książkę za grosz, jakby wiedzieli, że sama umiem tylko usmażyć w panierce albo upiec w piekarniku. Niestety nic nie wskórali, albowiem jestem oporna, jeśli idzie o podawanie niefiletowanej świeżej ryby milion kilometrów od morza i się mnie nie przekona. No a poza tym to dość pracochłonne przepisy, co przy kilku (bo przecież nie dwunastu!) wigilijnych potrawach naprawdę robi różnicę. Usmażę więc mrożone filety, jak zwykle, a potem wsadzę je do nagrzanego piekarnika, żeby nie ostygły, zanim się te wszystkie uszka, pierogi i wszystko inne na stół postawi. Tyle. Perfekcyjna ze mnie pani domu, czyż nie? Cha. Cha. Cha. Albo: ha, ha, ha. Jak tam sobie chcecie ;)


Najważniejsze jednak już mam. Odstałam swoje w kościelnym ogonku i jest. Bez tego nie ma świąt. Jeśli chcecie na wigilijny stół świecę, nie kupujcie jej byle gdzie, tylko w Caritasie, czyli w kościele po prostu (bo gdzie jeszcze je sprzedają, nie wiem). To drobiazg, ale jeśli jest okazja wydać pieniądze na taką przyjemność, jak światło świecy, warto, żeby to nie był jeden z wielu zakupów, warto nadać temu jakiś sens. To samo z opłatkiem.

Uf, górnolotnie się zrobiło, czego nie znoszę, więc wracam na ziemię. Z żalem lekkim spoglądam wstecz, bo widzę tam siebie niepracującą zawodowo, a opiekującą się podczas urlopu macierzyńskiego wyjątkowo grzecznym dziecięciem zajmującym się zabawkami w kojcu, w związku z czym mam czas na napawanie się przedświąteczną atmosferą i kombinowanie, co by tu jeszcze...

O tak na przykład:
Albo tak:
Słownie i dużymi literami: P I Ą T A !!!
I powiedzcie mi, że na macierzyńskim nie ma czasu :)

Nie, nie, żartuję sobie, bo czas to ja miałam dopiero przy trzecim dziecięciu, kiedy dwoje starszaków mocno już odrośniętych, a najmłodsze niewyobrażalnie niekłopotliwe. Wyobraźcie sobie dziecko, które bierze się na ręce, bo się za nim stęskniło i chce się je przytulić, a nie dlatego, że się domaga,  i robi to bez strachu, że ono nie da się potem odłożyć. Już? A teraz wyobraźcie sobie inne dziecko - takie, które przez pierwszy rok życia z rąk wcale nie schodzi, a wymaga nie trzymania na kolanach i zabawiania, lecz noszenia. Przerabiałam obie wersje, więc uwagę o czasie na macierzyńskim weźcie w duży nawias, cudzysłów czy w co tam chcecie ;)

Pora kończyć, ziemniaki dochodzą, dzieci w drodze do domu, mąż także... A po obiedzie moja popołudniowa zmiana przy komputerze. No ale przecież to uwielbiam, jak się sama nie tak znowu dawno chwaliłam. Eh. No.

PS Trzecią partię pudełkowych pierniczków mamy dziś za sobą :) I posprzątaną łazienkę ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Piernikowy potwór, czyli Adwent w toku:)

...z cyklu "Uroda życia"

 

 

Dobra, dobra,  używajcie do woli! Róbcie zniesmaczone miny, kręćcie głową i spoglądajcie sobie pobłażliwie. Proszę bardzo :) Pierniczki z pudełka!!! Widział to kto?!!!

A serio, to naprawdę, przysięgam, że do pierniczkowej adwentowej zabawy z maluchem doskonale, jak nie lepiej niż tradycyjne, się nadają. Przynajmniej stresu nie ma, że się miód i inne drogie składniki zmarnują, kiedy przez dom przebiegnie "piernikowy potwór, mamo, piernikowy potwór!". I jest fajnie :)

 


A wracając do pytania "widział to kto?!", odpowiadam: Nooo. Ja. W sklepie. W czterech egzemplarzach. Mało, że widziałam - ja je kupiłam. No :)


Gdyż dziecię u nogi żądne efektu już, zaraz, a nawet tu i teraz. Nie za dni ileś tam, jak już raczą zmięknąć.

 
A zatem.


Oto i są. Bardzo proszę. Zaraz się upiecze porcja numer jeden - trzy blachy piernikowych bałwanków własnoręcznie rozwałkowanych, wykrojonych i wyciśniętych przez dziecię. Z tym samodzielnym wałkowaniem to... ekhem... no. Ale niech tam. Jak samodzielnie to samodzielnie.


Choinki i aniołki zostały wyciśnięte w drodze wyjątku, z łaski na uciechę (matki) albo z wrodzonej (a jakże!) uprzejmości dziecięcia :)

Pomyślałam, że na pieczenie z prawdziwego zdarzenia przyjdzie jeszcze czas (albo i nie, jak znam siebie ;), a teraz raz na kilka dni narobimy w domu świątecznego zapachu, pobawimy się w pierniczenie (jak Marta) i ucieszymy z fikuśnej foremki znalezionej w paczce z piernikowym proszkiem.


Literatura inspiruje, nie ma co :) Zeszłoroczna spod choinki "Basia i Boże Narodzenie" oraz jej piernikowy potwór to hit tegorocznej jesieni i ulubiona książeczka ever dwuletniego dziecka, które przez cały rok wspomina, gdzie stała choinka. A ever to z kolei moje ulubione blogerskie słowo ;) Sama mam zbyt ograniczoną wyobraźnię, by wymyślić jego wstawianie w takie zdania, ale od czego nieoceniona blogosfera. Się można zainspirować ;)


Jak upieczemy wszystkie partie (a zostały nam jeszcze trzy), pobawimy się w lukrowanie :)))

niedziela, 6 grudnia 2015

Szelest folii pod poduszką

...z cyklu "Uroda życia"

 

Śni mi się, że po pierwszym przebudzeniu nad ranem, jeszcze nie otwierając oczu, wędruję dłonią po poduszce, próbując wyczuć twardość. Robię to ostrożnie w obawie, by nie zgnieść tego, co delikatne i cenne.

Jest. Był!

 


Śni mi się, że nieznacznie kręcę głową, by usłyszeć cichy szelest folii przy każdym ruchu.


Śni mi się, że w ciemności dotykam woreczka palcami, usiłując odgadnąć ukryty w nim kształt i smak. Wyobrażam sobie, głaszczę, wysuwam spod poduszki, jeszcze nie oglądam, kładę obok twarzy i z powrotem zapadam w sen. Odkładam wyczekiwaną chwilę na później.


Śni mi się, że otwieram oczy, jest już jasno i dzięki przezroczystej folii mogę dojrzeć to, co zostało dotknięte, wyobrażone. Niekiedy na woreczku wydrukowano podobiznę starszego człowieka w czapce z pomponem i z brodą. Obrazek jest jednokolorowy, na przykład zielony, przy odrobinie szczęścia nad białą brodą czerwienią się policzki, a pod pomponem czapka.

 
Rozwiązuję kokardkę i nurkuję twarzą w mieszance zapachów katarzynek, czekolady, herbatników, jabłek, włoskich orzechów. Gdy odrobina szczęścia jest ciut większa, czuję luksusową woń mandarynek lub pomarańczy. Kręci mi się w głowie, nie wiem, od czego bardziej - z ekscytacji, ze szczęścia czy z powodu odurzenia zapachem. Macie pojęcie, jak pachnie taka mieszanka?

Szelest folii pod poduszką.


Noc szóstego grudnia. Żadne inne wspomnienie jej nie dorówna. Mikołaj roznoszący prezenty, nawet lepsze, ale w Wigilię, to już nie to samo. Ten wyczekiwany, przychodzący nocą, podkładający szeleszczącą paczuszkę pod poduszkę pojawiał się raz w roku. I to była autentyczna magia. Prezent najcenniejszy, bo pierwszy po miesiącach oczekiwania. Imprezy mikołajowe w salkach katechetycznych owszem, sprawiały radość, a ksiądz w biskupiej tiarze naprawdę wzbudzał respekt, ale było wiadomo, że to tylko tak, żeby dłużej ten radosny dzień celebrować. Nikt, przynajmniej u nas w domu, nie brał tego na poważnie :) No przecież TEN prawdziwy Święty Mikołaj już był. Przecież znaleźliśmy już PRAWDZIWE prezenty pod poduszką. Aczkolwiek chętnie i skwapliwie przygarnialiśmy każdą kolejną paczkę. Bo przecież Mikołaj rozsiewał je dla nas po całej rodzinie.


wtorek, 1 grudnia 2015

NadeJszła wiekopomna chwila ;)

...z cyklu "Uroda życia"


Nie jestem Pawlakiem, ale nadejszła, oj nadejszła ;)

 


Siódma trzydzieści, wtorek, pierwszy grudnia Anno Domini dwa tysiące piętnastego.

Mamo, ja już sama umiem układać puzzle, więc cię nie potrzebuję.
Słowo w słowo oświadczenie to powtarzam.
Auuu! Dwa lata i osiem miesięcy. Doczekałam się. I co teraz?