poniedziałek, 14 grudnia 2015

Coraz bliżej święta...

...z cyklu "Uroda życia"


Coraz bliżej święta i coraz bardziej jestem zmęczona. Nie, nie przygotowaniami. Nimi to nawet może chciałabym móc się zmęczyć. Niestety. Kumulacja pracy - wyjątkowo w tym miesiącu niewdzięcznej - i korekty autorskiej mojej książki (duża satysfakcja, ale i duży wysiłek) plus różne zobowiązania prywatne... W dodatku starość nie radość, więc zdrowie też już nie to.


No. Ponarzekałam sobie, w związku z czym od razu mi ulżyło, mogę zatem przystąpić do udowadniania, że trochę racji mam, w nadziei, że mnie - jak zwykle, za co Was kocham! - pocieszycie ;)

Proszę bardzo. Jeśli chodzi o żelazny punkt moich przedwigilijnych przygotowań, czyli o kapustę z grzybami, zrobiłam tyle:


i tyle:


...czyli wyjęłam składniki, wstawiłam namoczone grzybki, a następnie zwinęłam się na kanapie, albowiem zmogła mnie choroba. Wybaczcie albowiem, ale ostatnio chodzi za mną i śmieszy miszcz mowy polskiej, czyli niezawodny Król Julian i jego "albowiem jestem reżyserem". Tak, wiem, bardzo to na temat kapusty, ale sobie pozwalam, albowiem jestem tu u siebie i kto mi zabroni? ;) Kapustę kończył małżonek zawezwany z pracy na ratunek żonie i dziecięciu, zaopiekowawszy się nimi uprzednio, jak należy. A posłużył się tym oto, sprzed dwóch lat przepisem.


Tak mu wyszło. Tak to wyglądało po trzecim gotowaniu tuż przed załadowaniem do słoików i zawekowaniem, by do Wigilii dotrwała.

A "zrobiłam" jeszcze to. Naiwnie założyłam, że raz się zdobędę i przygotuję na Wigilię rybę z prawdziwego zdarzenia. Dali mi nawet książkę za grosz, jakby wiedzieli, że sama umiem tylko usmażyć w panierce albo upiec w piekarniku. Niestety nic nie wskórali, albowiem jestem oporna, jeśli idzie o podawanie niefiletowanej świeżej ryby milion kilometrów od morza i się mnie nie przekona. No a poza tym to dość pracochłonne przepisy, co przy kilku (bo przecież nie dwunastu!) wigilijnych potrawach naprawdę robi różnicę. Usmażę więc mrożone filety, jak zwykle, a potem wsadzę je do nagrzanego piekarnika, żeby nie ostygły, zanim się te wszystkie uszka, pierogi i wszystko inne na stół postawi. Tyle. Perfekcyjna ze mnie pani domu, czyż nie? Cha. Cha. Cha. Albo: ha, ha, ha. Jak tam sobie chcecie ;)


Najważniejsze jednak już mam. Odstałam swoje w kościelnym ogonku i jest. Bez tego nie ma świąt. Jeśli chcecie na wigilijny stół świecę, nie kupujcie jej byle gdzie, tylko w Caritasie, czyli w kościele po prostu (bo gdzie jeszcze je sprzedają, nie wiem). To drobiazg, ale jeśli jest okazja wydać pieniądze na taką przyjemność, jak światło świecy, warto, żeby to nie był jeden z wielu zakupów, warto nadać temu jakiś sens. To samo z opłatkiem.

Uf, górnolotnie się zrobiło, czego nie znoszę, więc wracam na ziemię. Z żalem lekkim spoglądam wstecz, bo widzę tam siebie niepracującą zawodowo, a opiekującą się podczas urlopu macierzyńskiego wyjątkowo grzecznym dziecięciem zajmującym się zabawkami w kojcu, w związku z czym mam czas na napawanie się przedświąteczną atmosferą i kombinowanie, co by tu jeszcze...

O tak na przykład:
Albo tak:
Słownie i dużymi literami: P I Ą T A !!!
I powiedzcie mi, że na macierzyńskim nie ma czasu :)

Nie, nie, żartuję sobie, bo czas to ja miałam dopiero przy trzecim dziecięciu, kiedy dwoje starszaków mocno już odrośniętych, a najmłodsze niewyobrażalnie niekłopotliwe. Wyobraźcie sobie dziecko, które bierze się na ręce, bo się za nim stęskniło i chce się je przytulić, a nie dlatego, że się domaga,  i robi to bez strachu, że ono nie da się potem odłożyć. Już? A teraz wyobraźcie sobie inne dziecko - takie, które przez pierwszy rok życia z rąk wcale nie schodzi, a wymaga nie trzymania na kolanach i zabawiania, lecz noszenia. Przerabiałam obie wersje, więc uwagę o czasie na macierzyńskim weźcie w duży nawias, cudzysłów czy w co tam chcecie ;)

Pora kończyć, ziemniaki dochodzą, dzieci w drodze do domu, mąż także... A po obiedzie moja popołudniowa zmiana przy komputerze. No ale przecież to uwielbiam, jak się sama nie tak znowu dawno chwaliłam. Eh. No.

PS Trzecią partię pudełkowych pierniczków mamy dziś za sobą :) I posprzątaną łazienkę ;)

22 komentarze:

  1. Dziecię niekłopotliwe i łazienka posprzątana, kapusta ugotowana, pierniczki są, no jesteś do przodu. Reszta się zrobi, jakoś :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zrobi się, zrobi :) Wczoraj przez pół niedzieli mieliśmy manufakturę zdobienia pierniczków i szykowania wałówki na dwie szkolne wigilijki. I pieczeń oliwkami się zrobiła. Zamroziłam, więc cicho sza ;)

      Usuń
  2. Brawo Wiolu, tyle roboty a Ty to wszystko z wdziękiem ogarniasz i dokumentujesz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Danusiu :) He, he, musiałabyś widzieć ten mój wdzięk ;)

      Usuń
  3. Albowiem zrobiłaś to wszystko bo jesteś niesamowita kobieto.:)Ja tylko krupnik ugotowałam i przetarłam kurze. Resztę dnia można by opisać tak,,Na tapczanie siedzi leń....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krupnik i kurze - norma wyrobiona. Czego chcieć więcej? Trzeba umieć się lenić :)))

      Usuń
  4. A ja nawet nie zaczęłam, u nas na zmianę wszyscy znów po kolei chorzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Późno odpowiadam, więc mam nadzieję, że już dla odmiany jesteście zdrowi :)))

      Usuń
  5. niektóre z tych akapitów znam z własnego życia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wykuruj się najpierw, a potem takiego powera dostaniesz, że na ostatnią chwilę wszystko będzie picuś glancuś ;-)Porównaj się do tych, co maja gorzej, na ten przykład rodzą jak moja siostra i cięgle nie wie, czy to już nie już, nic nie posprzątane, wręcz bardziej nabałaganione, nieupieczone i niegotowe, a na święta przyjedzie teściowa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wykurowałam się. Chyba :) Porównanie wypadło na korzyść, choć zależy pod jakim względem :) Teściowa na święta to chyba pomóc rodzącej kobiecie przyjedzie, prawda? Nabałaganione, nieupieczone, niegotowe - nieprawda, bo właśnie wszystko jest gotowe. Dziecko się urodzi. Kto zrobił na te święta więcej, ręka do góry. Nie widzę :) Dziękuję. Tyle. Uściski dla Siostry!

      Usuń
  7. Wspieram Cię myślą, mową i uczynkiem :) kapustę z grzybami zrobię, obiecuję sobie i chłopakom :) uściski

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja przeleżałam ostatni tydzień w gorączce. I w nosie mam przygotowania ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. W charakterystyczny dla siebie sposób nie mam jeszcze NIC zrobione. I zero wyrzutów sumienia.

    Liczy się, że mamy dobry nastrój. Pośpiech i nerwowe przygotowania zawsze mi go psują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po szkoleniu u mojego męża przestałabyś się stresować, że coś niezrobione. Podoba mi się Twoje nowe podejście. Tak trzymać!

      Usuń
  10. Może to mało w temacie kapusty, ale... też uwielbiam świece Caritasu. W ogóle Caritas kojarzy mi się z takim wymiarem pomocy, jaki powinna ona zawsze przybierać. Łatwo go znaleźć (szukasz kościoła, a nie przedzierasz się przez tony ogłoszeń dotyczących jakichś okazjonalnych akcji). Jest efektywny (dajesz pieniądze - pójdą dla potrzebujących; dajesz ubranie - dostanie je ktoś, kto go nie ma; dajesz zabawki - trafią do dzieci itd.). Do tego działa od lat i jest godny zaufania. Przyznam, że moja natura hedonistyczna najbardziej lubi, gdy przyjemne można połączyć z pożytecznym dlatego najlepiej wspominam festyny parafialne, na których dochód ze sprzedaży ciast, loterii fantowej itp. szedł właśnie na Caritas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą w pełni, Marto :))) I dlatego z uporem maniaka trzeci rok z rzędu wstawiam zdjęcie świecy :)

      Usuń
    2. Jaki procent pieniędzy, które trafią w ręce Caritasu rzeczywiście pójdzie do potrzebujących?
      Homolek

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.