środa, 27 stycznia 2016

O porządkach w szafie. Ludzie

z cyklu "Dyrdymałki"

 
Próby sesji "okładkowej", a właściwie "skrzydełkowej" ;) Efekty wkrótce w książce :)

 

Cenię dojrzałą refleksję nad minimalizmem, lubię minimalistyczną powściągliwość i brak egzaltacji (może powodem jest świadomość, że u mnie z tym krucho), dlatego dość regularnie zaglądam na Prosty blog Ajki, gdzie - już trochę mniej regularnie - pozwalam sobie na komentarze. Niekiedy problem poruszy mnie do tego stopnia, że rozpoczęty komentarz przeradza się w zbyt długą jak na tę formę wypowiedź (minimalistką słowa to ja nie jestem, o nie! ;) i wtedy kończę go tu, u siebie.


Tak właśnie jest w przypadku tego wpisu. Taka szybka refleksja w związku z tematem, który na blogach o minimalizmie pojawia się raz na jakiś czas. Od kiedy piszę własny blog, czyli od dwóch lat, zdążyłam zaobserwować ze dwie lub nawet trzy takie fale. Ostatnio problem został wywołany do tablicy właśnie u Ajki, choć nie przez nią samą, a w cytowanej opowieści o tym, jak porządki w zwykłej szafie wpływają na pozostałe aspekty życia, nie wyłączając duchowych, emocjonalnych. Szafa okazała się pojemną metaforą :)

Ludzie w życiu minimalisty. Niekoniecznie przyjaciele. Niekoniecznie dobrzy znajomi. Niekoniecznie ci mile widziani. Toksyczni. Odbierający energię. Nieprzyjemni. Źli? Tacy, których należałoby się z życia pozbyć, ponieważ je zatruwają, utrudniają, powodują emocjonalne wyczerpanie i tak dalej.

Oddalić się, zerwać kontakty, usunąć z listy numerów w telefonie.

Odetchnąć. A potem powiedzieć sobie: jest okej, postąpiłem dobrze, ponieważ nikt nie ma prawa niszczyć mojego życia, gnębić mnie, wykorzystywać, dołować.

Prawda? Prawda.

Na pewno?

Niby tak, ale... Jak to u mnie, "ale" zawsze musi być. Włos na czworo, a zapałka na siedemnaście. Albo na ile tam chcecie.

Generalnie trudno zaprzeczyć twierdzeniu, że nie należy pozwalać wchodzić sobie na głowę. Podchodząc do sprawy rozumowo, wszystko się zgadza, ale (!) jest jedna rzecz, która mnie w takich minimalistycznych (?) porządkach uwiera. Chyba podejście nastawione na "ja", wyłącznie na "ja", bez oglądania się na kogokolwiek innego.

Czuję dyskomfort, gdy mowa o "usuwaniu" z życia toksycznych ludzi. Nie jestem święta, mimo wszystko chyba po prostu czasem wolę w życiu wyjść na pierwszą naiwną niż odtrącić. Paręnaście lat pracy z ludźmi pozwoliło mi zaobserwować jedną rzecz - że agresja, kompleksy, wywyższanie się itp. często pokrywają rzeczywiste problemy, które nie każdy potrafi sobie uświadomić, a nawet jeśli już to zrobi, to nie potrafi się z nimi pogodzić. Mówiąc prosto: ludzie zgrywający cwaniaków, uważający innych za gorszych w istocie często sami tak właśnie się czują i próbują jakoś to ukryć, nawet przed samymi sobą. Nie znaczy to oczywiście, że należy im pozwalać na niszczenie nas, ale może warto spróbować spojrzeć na nich inaczej. Spróbować. Niekoniecznie więcej, nikt nam nie każe nikogo niańczyć i zbawiać, bo dojrzałość emocjonalna to jest jednak cecha dorosłego człowieka. Ale mimo wszystko... Poczucie niższości i kompleksy (oraz paradoksalnie idące za nimi wywyższanie się  i agresja) chyba nigdy nie pochodzą z wnętrza człowieka, raczej zostały mu "wdrukowane" - gdzie? kiedy? przez kogo?

Mój sposób? Nie utrzymuję zażyłych stosunków, ale też ich nie zrywam. Niekiedy czasowo wygaszam, sama się nie odzywam. Ale na podejmowane próby kontaktu odpowiadam pozytywnie (staram się przynajmniej), natomiast uwagę kieruję na to, co uważam, że jest tego warte. Jeśli ktoś tego nie podejmuje i brnie dalej po swojemu, wycofuję się. Trudno. Odezwie się znowu, to pogadamy. Nie, to nie. Ale staram się nie wyrzucać z życia (albo z telefonu ;), dlatego że ktoś jest... jaki jest. Ponieważ także nie jestem idealna i być może ktoś tak samo postrzega mnie, tylko ja o tym nie wiem.

Wiem, to przemądrzałe i banalne, nie wiadomo, co gorsze. Nie pouczam, po prostu sama tak próbuję. Nie zawsze skutecznie, nie jestem wielką bohaterką, bardziej jednak mówię tu o nastawieniu, bo to nastawienie drugi człowiek widzi. Ja się trochę boję ludzi ostentacyjnie asertywnych, ponieważ tak naprawdę zamiast życzliwej asertywności czuję agresję, taką postawę obronną "na wyrost". Uciekam. Z pożytkiem dla obu stron, jak sądzę.

Bardziej stawiam na swego rodzaju psychiczną niezależność od tego, co ktoś mi robi. To, jak postępuje, jest jego problemem (albo i nie jest), staram się, by mnie nie dotykało. Jeszcze tego nie umiem, ale wiem, że chciałabym to osiągnąć. Ponoć można to zrobić bez izolowania się, bez oddalania. Ponoć. Może nawet jest to bardziej pożyteczne. Emocjonalna niezależność (nie mylić z obojętnością albo apatią) od tego, co złe, połączona z uważnością, z otwarciem na drugiego człowieka, mimo wszystko.

Temat ten może się wydawać mało istotny i pewnie tak właśnie jest. Ale mnie poruszył. Bo najczęściej na temat tego rodzaju "porządków" w kontaktach międzyludzkich wypowiadają się osoby zarabiające w domu. Rzeczywiście, pracując bez wychodzenia "do pracy", możemy sobie pozwolić na wybór ludzi, z którymi spędzamy czas. Jednak już w biurze, w szkole, w fabryce, w sklepie - nie. I dobrze by było umieć współistnieć z tymi, których nie możemy "usunąć" sobie z drogi. Być może oni dokładnie to samo myślą o nas? Kto wie. Ktoś powie: można zmienić pracę. Tak. A jeśli okaże się, że w tej nowej jest gorzej? Zmienić ponownie. Ile razy? Do skutku? O pracę jest trudno, a jeszcze trudniej ryzykować, mając na utrzymaniu rodzinę. Choć niekiedy mam wrażenie, że wypowiadający się w tym tonie minimaliści to wyłącznie bezdzietni single, którzy ryzykują tylko swój byt. Ale może się mylę, jeśli tak - z góry przepraszam.

Wracając do porządkowania życia - naprawdę nie chodzi mi tu o zbawianie całego świata, o zatracanie się na rzecz innych (ach, ci niewdzięcznicy! ;) i niszczenie przez to siebie. Jedynie o pozwolenie sobie na otwartość, mimo wszystko. Może o puszczanie w niepamięć i zaczynanie od nowa z tymi, którzy są blisko mnie. Ranne zwierzęta są bardzo agresywne. Ludzie być może też. Dlatego nie chciałabym ich uwzględniać, robiąc porządki w mojej symbolicznej szafie.

No i wyszła tyrada. Przepraszam ;) Po prostu temat mnie rusza. Od zawsze. I nawet chyba już tu u mnie o tym ze dwa lata temu było. Ale nie pamiętam gdzie, a nie znajdę.

21 komentarzy:

  1. Wspaniale to opisałaś.Mam tak samo,zawsze próbuje współistnieć ,być gdzieś obok po cichu wobec osób których nie do końca akceptuję.Ponieważ one też mają prawo do swoich odczuć wobec mnie.
    Jednym słowem nie pale definitywnie mostów,a raczej pozostawiam wolna wolę jeśli chodzi o kontakty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Wiola :)
      Po prostu wychodzę z założenia, że należy się chronić, ale mówienie o ludziach jak o przedmiotach, których należy się z życia pozbyć, budzi mój opór. Zawsze tak było. Uważam, że jest różnica między powiedzeniem: "wycofuję się z relacji z kimś" a stwierdzeniem: "wyrzucam kogoś ze swojego życia". Nawet jeśli to znaczy to samo, po tym, jak się ktoś wyraża, poznać, kim jest. Tych drugich się po prostu boję, nic nie poradzę. Ściskam Cię!

      Usuń
  2. Moje z toksycznymi jakoś tak same wygasły, ale w jednym przypadku extratoksyny" rzeczywiście zerwałam kontakty, bo autentycznie zatruły mi życie. Trzeba było uciekać, albo dać się zniszczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Same wygasły - no właśnie :) A ucieczka od złych relacji, nawet jeśli w przenośni, to bardziej oddalenie, na pewno nie wyrzucenie kogoś, choć pozornie na jedno wychodzi. Ale nie do końca. Niby to tylko słówka, jednak one naprawdę mają znaczenie, bo świadczą o człowieku i jego stosunku do drugiego :) Któremu wszakże nie wszystko wobec nas wolno. Całuję, Beatko :)))

      Usuń
  3. hahaha jakbyś mi to wszystko z ust wyjęła :) kontakty międzyludzkie to chyba najbardziej skomplikowana sprawa. od lat się tego uczę i chyba uczyć nie przestanę. nie wiem, kiedy zacznę być w tych sprawach asertywna, chociaż nauczyłam się chyba jednego. nie narzucam się, kiedy widzę, że komuś na mnie nie zależy tak, jakbym tego oczekiwała. najbardziej mnie jednak boli, że często w rodzinie nie można wypracować właściwego układu. zawsze ktoś oczekuje więcej, pewnie zgodnie z rolami jakie powinien wypełniać tata, mam, siostra, brat, teściowa..... i zawsze w sytuacjach nieporozumienia staram się nie narzucać im niczego. w końcu to, że ktoś jest rodzicem lub rodzeństwem wcale nie oznacza, że musi być taki, a nie inny. przecież nie istnieje żaden podręcznik właściwych zachować, a ludzie są tylko ludźmi i też najczęściej zwracają uwagę przede wszystkim na swoje uczucia i potrzeby.
    ja też kilkanaście lat pracowałam z ludźmi. na początku pracy starałam się dawać z siebie więcej niż ode mnie wymagano i to niestety było wykorzystywane. jak się później okazało, dla tych ludzi nie była ważna przyjaźń, tylko kasa i tzw. prestiż. dlaczego ludziom się wydaje, że mogą mieć nad kimś władzę, kiedy w rzeczywistości wszyscy jesteśmy sobie równi. wszyscy kiedyś umrzemy i pójdziemy do jednej ziemi. i na co się tak szarpać, rządzić, mądrzyć i wywyższać?
    no to żeś mnie sprowokowała, tez mi wyszła tyrada :)
    pozdrawiam :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, jaka ja jestem dumna z Twojego komentarza! :))) I że Cię sprowokowałam :))) I sto procent racji masz, że nie wolno nam oczekiwać, że ludzie będą wypełniać swoje role zgodnie z tym, jak ich obsadziliśmy. Albo życie obsadziło. Bo my sami też tego nie robimy, a nawet jeśli, to często się buntujemy. Każdy ma do tego prawo, byle nie niszczyć innych.
      Pozdrawiam Cię serdecznie, Polly :))) Pisz tyrady, ja lubię dużo czytać ;)

      Usuń
    2. No właśnie, właśnie. Najtrudniej jest wypośrodkować te oczekiwania w stosunku do innych i własne zachowania. Umieć uszanować innych, ale też być na tyle asertywnym, żeby nie dać sobie wejść na głowę. Takie przemyślenia mam zawsze po świętach, kiedy to w mojej rodzinie każdy walczy o to, żeby z nim spędzić trochę czasu i niekiedy następuje tzw. wyrywanie z rąk ;D I jak tu wszystkich pogodzić? Od lat szukam złotego środka :)
      Pozdrówka...albo nawet przytulaski :D

      Usuń
  4. Popieram. Ludzie których los postawił na naszej drodze są tacy, jacy są z wielu nieznanych nam powodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...które zawsze trzeba mieć na uwadze, nawet jeśli nie mogą być czyimś usprawiedliwieniem :) Dokładnie tak, Danusiu :) Całuję!

      Usuń
  5. Hm... u mnie toksyczne relacje same przepadają. Raz, że ja chyba nie mam czasu. Sama wiesz, jak dużo czasu schodzi nam na pogawędki w necie i dobrze trafić na rozmówcę, któremu nie przeszkadza zerwanie rozmowy nagle i bez uprzedzenia i powrót do niej nawet po kilku dniach... bez pretensji i spinania się.

    Kiedyś bardzo się tym przejmowałam. Dzisiaj, jak ktoś ma ochotę utrzymywać ze mną kontakt, jest mi bardzo miło, nie ma ochoty, to jego wybór.

    Przynależę do moich bliskich, tak to już jakoś jest :)

    Unikam ludzi konfliktowych, wyzwalających takie konflikty, zaczepnych, tacy przemeniają się w hejterów. Mam właśnie takiego hejtera, który kiedyś był moim blogowym czytelnikiem i wiem, jak boli to ciągłe psychiczne znęcanie się. Teraz chyba w głowie radar do takich ludzi :)

    pozdrawiam buziaku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, obie lubimy pogawędzić ;) Zwłaszcza ja, kiedy muszę pracować. A serio - zawsze najlepiej rozmawia mi się z ludźmi, o jakich piszesz, tu się zgrałyśmy. Bardzo lubię zamienić dwa słowa w ciągu dnia, przez ten nasz kawałek lądu i morze :) Robi się blisko.
      Podoba mi się, co piszesz o przepadaniu złych relacji. To jest istotne, by same przepadały - relacje, niekoniecznie ludzie, bo dla ludzi zawsze jest szansa. Jeśli jej zechcą. Złych relacji trzeba się pozbywać, ludzi nie. Ale fakt, hejterów w internecie trudno uciszyć, może jeszcze trudniej ignorować, to niszczy. Smutne.
      Ale hejter jest jeden, a przyjaciół wielu - i tego się trzymajmy :)
      Całuję, Kochana!

      Usuń
  6. Ciężki temat ,ale dobrze,że go poruszyłaś . Ja zawsze przyciągałam ludzi którzy mieli coś z głową i wykorzystywali mnie jak tylko mogli bo Aga nie umiała zastosować u siebie słowa asertywność ba dalej nie umie. Staram się wybaczać tym którzy mnie skrzywdzili,nawet sama wyciągam rękę do nich takie mam silne poczucie winy jakbym to ja była wszystkiemu winna. Tylko z jedną osobą zerwałam całkowicie kontakt,ale podniósł na mnie rękę w zazdrości i to był ostatni raz jak mnie dotknął . Uff ciężko mi to pisać. Całuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo paskudy takie to na kilometr wyczuwają dobrego człowieka, żeby się do niego przyssać i wykorzystać. Asertywność jest dobra, o ile nie jest tak naprawdę agresją, a mam wrażenie, że niektórzy ochoczo mylą te pojęcia. Tak z premedytacją. Dlatego nie dawaj sobie chodzić po głowie, Aga :) Dobrze jest zawsze patrzeć, co się samemu źle zrobiło, ale realnie, a nie brać na siebie winę za wszystko. Za podniesienie ręki to się nie tylko zerwanie kontaktu, ale i o wiele więcej należało. Jak dla mnie, to Ty za dobra jesteś, Agnieszko :))) Ściskam mocno i przytulam!

      Usuń
  7. Robie podobnie jak Ty dlatego nie musze robic porzadkow w kontaktach miedzyludzkich i nie jest to ani przemadrzale ani banalne ale ulatwiajace mi zycie bo przeciez nikt nie jest perfekcyjny ...Ludzie sa tylko ludzmi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć, że nie jest się samemu :) Dziękuję! Ludzie są tylko ludźmi. Czasem też aż ludźmi :) Różnie to z nami bywa. Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Bardzo, bardzo mocno się cieszę, że takie masz właśnie podejście :).

    Jesteś osobą stworzoną do sukcesu, a ten niebawem przed Tobą otworzy się w całej swej krasie. Dasz mu radę!

    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :*
      Dziękuję. Sukcesy to ja umiem odstraszać jak mało kto ;) Ale dziękuję za Twoją wiarę! :)))

      Usuń
  9. Bardzo dojrzałe podejście - i mi bliskie. Sama zbieram się do napisania podobnego wpisu od dawna, cieszę się, że podjęłaś ten temat. Niełatwy, ale potrzebny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Dziękuję. Wydaje mi się, że na wiele spraw patrzymy podobnie. Czekam na Twój wpis!

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.