piątek, 16 września 2016

Matka trojga i slow life, czyli jak zbudować studnię

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Dziś o pewnej książce bliskiej tematyce mojego bloga. Dawno o żadnej nie pisałam, więc...

 

"Rodzina slow. Jak zwolnić, odbudować więzi i doświadczyć większej radości"

Bernadette Noll

 
"Trzeba zwolnić, aby znaleźć czas na harmonijne życie" - głosi hasło reklamowe portalu slowfamily.pl.

Rada zacna, ale tylko spróbujcie zaserwować ją matkom trojga (czyli na przykład mnie). Albo pięciorga. Może ujdziecie z życiem. A może nie. Zależy, jak szybko biegacie. Osobiście słówko "trzeba" zamieniłabym na przykład na "warto", względnie "spróbuj", bo hasło "trzeba zwolnić" działa na zabieganych rodziców jak płachta na byka, ale to tak na marginesie, zawodowe czepialstwo, przepraszam.

Poradnik "Rodzina slow. Jak zwolnić, odbudować więzi i doświadczyć większej radości" Bernadette Noll zawiera natomiast 75 (słownie: siedemdziesiąt pięć!) takich właśnie rad. I gdyby nie chęć sprawdzenia, czy moje własne doświadczenia, intuicje i domysły (od trzech lat radośnie serwowane Czytelnikom na tym blogu) choć w części pokrywają się z tym, co proponuje autorka (sama zabiegana matka czwórki dzieci), pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę.

A jednak się skusiłam. Częściowa w tym również zasługa oficyny wydawniczej, którą darzę zaufaniem i szacunkiem (Edycja Świętego Pawła), oraz założyciela ruchu Slow Life, Carla Honorégo. Z nim mam co prawda na pieńku (o czym dawno temu tutaj), ale zafrapowały mnie cztery, wiarygodnie brzmiące słówka, sprytnie umieszczone w pełnej zachwytów rekomendacji na czwartej stronie okładki:

"pozostaniecie przy zdrowych zmysłach".

Kuszące, nieprawdaż? Być może zrozumie mnie tylko inna matka trojga (albo pięciorga), zaś pozostali (czytaj: mniej dzietni) tylko postukają się w głowę, ale wierzcie mi - mówienie o work life balance w rodzinie wielodzietnej brzmi jak bajka o żelaznym wilku. Nie istnieje coś takiego. Nie ma tego. Nie ma prawa być. Kropka. Dlatego - aby jednak pozostać przy zdrowych zmysłach - tonący (czytaj: matka trojga) brzytwy się chwyci. Albo zdecyduje się poznać 75 (słownie: siedemdziesiąt pięć!) porad, jak nie utonąć.

A zatem - poznałam (czyta się szybko, bo i język klarowny, i rozdziały treściwe a krótkie), przemyślałam (a swobodne myślenie - nie mylić z gorączkowym ogarnianiem codziennego chaosu - to luksus, dostępny, gdy czasem pojedzie się na autopilocie), zaznaczyłam rady według mnie najsensowniejsze i doszłam do wniosku (a jakże!).

Cieszę się, że hasło "trzeba zwolnić" nie odstraszyło mnie od tej książki (matkę trojga nie tak łatwo przestraszyć, swoją drogą), bo dzięki temu z pewną taką... nieskromnością mogłam się przekonać, że pisząc na tym blogu przez ostatnie trzy lata, w kwestiach slow life raczej nie błądziłam - zwłaszcza tu ;) A poważnie, nie od dziś wiadomo, że najbardziej podobają nam się te czasopisma, gazety i książki, które potwierdzają nasze własne poglądy.

Dlatego "Rodzinę slow" przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Nie wiem jak Wy, ale ja mam taką śmieszną przypadłość, że lubię, jak mi ktoś na piśmie potwierdzi to, co myślę. Zaś - jako osoba kompletnie niezdolna do syntetyzowania - jeszcze bardziej lubię, kiedy ten sam ktoś zapisze mi to wszystko w punktach, czyli krótko, prosto i klarownie. Znalazłam 75 punktów w tej książce. Plus radę, by nie trzymać się ich ślepo, bo nie na tym polega bycie slow. I to jest dla mnie wiarygodne.

Kilka cytatów na dowód? Proszę bardzo:

Wierzycie, że nie ma żadnej słusznej metody na życie prócz tej, która służy wam i waszej rodzinie.

Jeśli zajdzie taka potrzeba, macie gotowość zmiany rytmu życia.
(Podoba mi się sens tego zdania: idea slow life nie polega na byciu niewolnikiem idei slow life).

I jeszcze takie na przykład wzruszające (serio, serio - zero sarkazmu tym razem) zdanie:

Rodzina slow jest wyrazem wiary, że życie rodzinne jest czymś w rodzaju studni, a nie studzienki kanalizacyjnej.

Do studni przychodzimy, by zaczerpnąć z niej życiodajną wodę. Do studzienki kanalizacyjnej z własnej woli nie wpadamy.

Jak zbudować własną studnię?

Spośród siedemdziesięciu pięciu, opartych na życiowych, nielukrowanych przykładach, rozdziałów naprawdę można wybrać wskazówkę odpowiednią dla siebie. Ja zacytuję te, które są moim osobistym manifestem i gdyby nie fakt, że są objęte prawem autorskim, najchętniej umieściłabym je w podtytule mojego bloga.

Bądź slow tam, gdzie się da.

Powiedz sobie "dość".

I mój faworyt:

DEAR. Rzuć wszystko i czytaj.
(Drop Everything and Read).

Jednak oprócz tych ogólnych haseł znalazłam w "Rodzinie slow" jeszcze 72 (słownie: siedemdziesiąt dwa! :) rozdziały, szczegółowo - i niekiedy odkrywczo! - opisujące przeróżne (choć w sumie zwykłe) sytuacje z życia wielodzietnej rodziny. Przemawia do mnie autentyzm tej książki, mimo że z niektórymi radami mogłabym polemizować. Jednak czytając, widzę, że Bernadette Noll przećwiczyła wszystko na własnej skórze, pewnie zresztą nie raz. Tak samo jak ja. I niekiedy nasze refleksje się pokrywają, innym razem nie. 

Ale to nic nie szkodzi. Ponieważ "Rodzina slow" to nie kolejny poradnik, który wmawia mi, że ma cudowną receptę na moje udane życie. To książka, której autorka po prostu stwierdza: Nie zamiataj ryżu, zanim nie wyschnie. Proste? Tak. Ale także głębokie. Kiedy się nad tym w kontekście życia rodzinnego zastanowić.



*Źródło cytatów: B. Noll: Rodzina slow. Jak zwolnić, odbudować więzi i doświadczyć większej radości. Częstochowa 2016.

Dziękuję Oficynie Edycja Świętego Pawła za egzemplarz recenzencki książki.

20 komentarzy:

  1. No proszę, nie mam wielodzietnej rodziny, a wciąż się zachwycam, bo sama z wielu rad chętnie korzystam :)

    "Rodzina slow jest wyrazem wiary, że życie rodzinne jest czymś w rodzaju studni, a nie studzienki kanalizacyjnej."

    Myślę, że to się wpasowuje nie tylko w rodzinę slow, ale ogólnie, w rodzinę... bo jednak wielu życie rozinne traktuje, jak to drugie...

    ucałowania Wiolu i szacuneczek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całuję, Małgosiu, i ściskam :)
      Dziękuję za zrozumienie.

      Usuń
  2. Przeczytałam z przyjemnością. Wspaniała notka. Rzeczywiście jak wizytówka bloga:) Pozdrawiam Matkę Trojga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I matka trojga pozdrawia :)
      Dziękuję za komplement!

      Usuń
  3. Ze studia i studzienka świetne porównanie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się :) Bardzo trudno było mi wybrać hasła, bo najchętniej zacytowałabym tu połowę książki.

      Usuń
  4. Pozdrawia Ciebie,ja bezdzietna córka swej poczwórnej matki :)
    Gdy pytam mamę jak dawała radę najpierw z trójką a potem jeszcze ze mną to zawsze pada odpowiedź ,,rozkład jazdy i tego się trzymać"Cokolwiek to znaczy podziwiam wszystkie matki.Całuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozkład jazdy. W punkt. Twoja Mama to też "matka czworga" - jak autorka książki. Dogadałyby się :) I pewnie wymieniły doświadczenia. Może wtedy książka byłaby jeszcze ciekawsza, wszak Twoja Mama wychowywała swoją czwórkę w o wiele trudniejszych czasach. Całuję i ja Ciebie, Wiola :)))

      Usuń
  5. Sam jestem szósty w kolejności narodzin, a po mnie jeszcze trójka. Tak, w mojej rodzinie było nas dziewięcioro. Uważam, że mieliśmy szczęście do rodziców, a zwłaszcza do matki. I choć różni próbują znaleźć jakąś prawidłowość na dobre wychowanie, / jako efekt procesu / to jednak często w wychowywaniu /rozumianym jako proces / decydują predyspozycje osobnicze, siła przykładu rodziców i to coś, co często jest najważniejsze.
    O tych ważnych sprawach nigdy nie mówi się za dużo…z.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że najważniejsi są dobrzy rodzice - takim metody nie są jakoś specjalnie potrzebne, bo oni po prostu mają to w sobie. I z drugiej strony - nie pomoże najlepsza metoda, jeśli zawiodą rodzice. Książka zawiera kilka...dziesiąt podpowiedzi, jak zrobić, żeby zachować to, co najlepsze, a jednocześnie się nie zamęczyć. Serdecznie Pana pozdrawiam! :)

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Miło mi :) Cieszę się. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. Dorwałam się dziś do komputera, więc jeszcze dopiszę, że do tej pory brakowało mi blogów czy książek (przynajmniej ja nie trafiłam, ale też nie szukałam za bardzo), które pokazują, jak z powodzeniem czerpać z założeń minimalizmu czy "slow";) life, mając kilkoro dzieci. Znam Twój blog i Drogę do prostego życia. Zagranicznych nie czytuję, zresztą myślę, ze od takiego Honore czy Babeuty dzielą nas spore różnice ekonomiczne. To ma znaczenie...Przemawiają do mnie realiści, czyli Ty na przykład :-) Skoro rekomendujesz panią Noll-przeczytam :-)A jeszcze dodam link do wywiadu pod tytułem "jak one to robiły":-) Żelazny rozkład jazdy i wojskowa dyscyplina wydaje się tajemnicą sukcesu wielomatek, czy 50 lat temu czy współcześnie...https://mamawduzymdomu.wordpress.com/2016/09/07/jak-one-to-robily/

      Usuń
    3. Dzięki za bardzo trafne spostrzeżenia! Podoba mi się, że piszesz: "jak czerpać z założeń", bo to ważna różnica, którą rzadko dostrzegają osoby żyjące w pojedynkę lub we dwójkę i mogące sobie pozwolić na eksperymentowanie z całościowym stosowaniu minimalizmu czy slow life'u. Dla nich to realne. Dla wielodzietnych realia wyglądają jednak zupełnie inaczej. Każdy ma swoją drogę. Bernadette Noll także. Podoba mi się, że ona się swoim doświadczeniem dzieli, ale nie twierdzi, że jej wnioski są jedynymi właściwymi. Po prostu pokazuje, na czym polega idea rodziny slow :)
      A teraz idę czytać pod link, za który bardzo dziękuję!
      I wiesz, że ja wiele czerpię od Ciebie? Już to kiedyś pisałam :)))

      Usuń
  7. Kiedyś przeczytałam gdzieś stwierdzenie, że w niektórych rodzinach choć byśmy rozpisywali grafiki, stosowali nowatorskie metody i rysowali plany (np. wyrzucania śmieci) to i tak zawsze będą awantury i nic z tego nie wyjdzie, natomiast w niektórych domach śmieci (trzymajmy się tego przykładu) wyrzucają się "same". Myślę, że tę książkę przeczytają ludzie, którym bliska już jest idea życia "slow" (czyli na przykład ja)... ci, którzy pędzą i tak nie znajdą czasu na takie "duperele".
    Moja przyjaciółka ma pięcioro dzieci i kiedyś zapytałam ją jak daje radę organizacyjnie; spojrzała wtedy na mnie zdziwiona i powiedziała, że normalnie i że w jej rodzinnym domu było dziesięcioro dzieci. Co rodzina to historia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie napisałaś. Z liczbą dzieci to jest także kwestia przyzwyczajenia się do pewnego trybu życia, no i oczekiwań. Przy jednym dziecku irytuje nas, że nie mamy dla siebie popołudnia, a przy piątce cieszymy się, że udało się zmieścić grafik przed północą :) Pewnie definicja normalności ewoluuje wraz z sytuacją życiową.
      Co do pędzących i "dupereli" - coś Ci powiem, bo nie znałyśmy się jeszcze kilka lat temu :) Czasem pędzący dobiega do ściany, odbija się od niej, roztrzaskuje sobie twarz i pada. I z tej pozycji zaczyna się rozglądać. Nie bardzo ma siłę się ruszyć, więc leży i wtedy ma naprawdę mnóstwo czasu, także na czytanie. Albo nawet pisanie bloga ;) Szkoda, że dopiero wtedy.
      Ściskam mocno!

      Usuń
  8. Bardzo ciekawa książka :) już zapisuję by ja kupić przy okazji zamawiania ksiażke:).

    OdpowiedzUsuń
  9. Zawsze z nieufnością podchodzę do poradników, których tytuł brzmi "Jak zrobić to, czy tamto", więc tym fajniej, że ta akurat książka nie okazała się niewypałem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak. Ja także jestem cięta na poradniki. Aczkolwiek czasem zaglądam. Czasem najoczywistszą oczywistość ktoś nam musi uzmysłowić, bo sami za milion lat na nią nie wpadniemy ;)

      Usuń

Opinie Czytelników mojego bloga są niezwykle cenne. Dlatego serdecznie dziękuję za każdy komentarz.